piątek, 13 października 2017

Jessica Jones - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani;)

Następny serial duetu Marvel/Netflix, który wypada w kolejności, to Jessica Jones. Serial, który mnie osobiście szokuje pod wieloma względami.



Twórca; Melissa Rosenberg
Premiera; 20.11.2015 (USA)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Krysten Ritter, Mike Colter, David Tennant, Rachael Taylor, Carrie-Anne Moss
W pozostałych rolach; Eka Darville, Erin Moriarty, Susie Abromeit, Robin Weigert, Wil Traval
Nagrody;  Emmy Najlepszy oryginalny temat muzyczny Sean Callery
              Hugo Najlepsza prezentacja dramatyczna - krótka forma Jamie King, Melissa Rosenberg, Michael Rymer, Scott Reynolds za odcinek ''AKA Smile''



Jessica Jones (Krysten Ritter) to wrak człowieka. Już na początku serialu czuć, że przeszła przez niejedno i dopiero w kolejnych odcinkach można się przekonać, jak bardzo została skrzywdzona. Stroni od ludzi, odsuwa się od przyjaciółki, nawiązuje krótki romans i popada w alkoholizm. Na co dzień jest prywatnym detektywem i jest znana ze swoich nietypowych sposobów działania. Gardzi ludźmi, gardzi światem, w którym żyje i mogę powiedzieć, że gardzi samą sobą.

Pewnego razu dostaje zlecenie, by odnaleźć zaginioną Hope Shlottman (Erin Moriarty). Każdy kolejny trop uświadamia jej, że przeszłość, przed którą tak bardzo ucieka, ją właśnie dopadła. Właściwie każde kolejne zlecenie jakie otrzymuje i każda kolejna osoba, która umiera w niezwykle brutalny sposób (biedny Ruben;O) prowadzi ją do Kilgrave'a (David Tennant), człowieka, który potrafi kontrolować ludzkie umysły i który zniszczył Jessice życie. Od tego momentu Jones zdaje sobie sprawę, że musi go odnaleźć i zabić.


Jessica została naprawdę świetnie sportretowana. Widać, że przeszłość ją przytłacza i ciężko jej jest sobie poradzić w życiu, ale z drugiej strony nie brak jej poczucia humoru, a raczej sporej dawki ironii i sarkazmu. Nie jest jednak taka zimna jak się wydaje. Troszczy się o przyjaciółkę Trish Walker (Rachael Taylor), z którą właściwie zna się od najmłodszych lat. Nie jest to tak tylko powiedziane, dzięki licznym retrospekcjom mamy wgląd w trudne dzieciństwo obu młodych kobiet, dowiadujemy się jak Jessica straciła swoich rodziców i skąd wzięły się jej zdolności, czyli ogromna super-siła. W dodatku przelotny romans z czarnoskórym barmanem okazuje się, że dla Jessici nie był tylko przelotny, choć początkowo można odnieść takie wrażenie. Jessica nie może również pozwolić, żeby młodziutka Hope resztę życia spędziła w więzieniu przez Kilgrave'a, który bezkarnie rujnuje życie kolejnych osób.

Serial jest pełen wątków, które łączą się w jedną, spójną historię. Oczywiście wątek Jessici jest tym głównym i najważniejszym, ale mamy również wątek samego złoczyńcy, który odgrywa równie istotną rolę w całej historii. Też przeszedł przez piekło i ten ból, którego doświadczył zamienił go w paskudnego manipulanta i naprawdę sprytnego złoczyńcę, któremu nikt nie może się sprzeciwić. I to dosłownie. David Tennant genialnie sprawdził się w roli Kilgrave'a, jest naprawdę podstępny, ale potrafi być też niezwykle pociągający, elegancki, szarmancki, nawet romantyczny i chwilami naprawdę było mi go żal. Z Kilgravem można się utożsamić, zrozumieć jego motywy i niejednokrotnie podziwiałam go za inteligencję i umiejętność przewidywania ludzkich zachowań, ruchów. Do tego ten niesamowity brytyjski akcent, o mamuniu... jego głosu słuchało się z przyjemnością.


Na nieco dalszym planie mamy wątek Trish, sławnej ze swojego słuchowiska radiowego, która jest ogromnym wsparciem dla Jess i próbuje jej pomóc za wszelką cenę. Pojawia się też Malcolm (Eka Darville), który próbuje otrząsnąć się po tym co zrobił mu Kilgrave i chce odzyskać wiarę w ludzi. Postać Simpsona (Wil Traval) mnie okropnie irytowała. Ten facet mnie strasznie denerwował i nie mogłam na niego patrzeć. Glina, który chce zabić Kilgrave'a i przy okazji wszystkich wokół, którzy stają mu na drodze, bo zażywa jakieś super pastylki i zamienia się w bezmózgiego zabijakę. Nie mogłam go zdzierżyć-,-.

Na osobne rozważanie pozostawiam panią Jeri Hogarth (Carrie-Anne Moss), która dla mnie jest postacią kontrowersyjną, Jej wątek jest przedstawiony dosyć ciekawie. Pani adwokat, dla której nie ma sprawy przegranej, ucieka się czasami do oszustw i niecnych czynów, potrafi kochać na zabój swoją kochankę Pam (Susie Abromeit), by potem zniszczyć powoli życie swojej byłej żonie. Tak, serial nie boi się homo-seksualności i nie traktuje tego jako czegoś... nielegalnego, zabronionego.


Tak samo cieszy mnie pojawienie się w serialu Luke'a Cage'a (Mike Colter), kochanka Jessici. Co prawda w całej produkcji nie odgrywa jeszcze tak istotnej roli, przyjdzie na niego czas, ale cieszę się, że został tutaj pokazany, zarówno jako człowiek i superbohater. Jego relacja z Jess jest dość trudna, w serialu odgrywa raczej rolę drugoplanową, ale fajnie, że mogłam zobaczyć jego niezniszczalną skórę w akcji;P.


W całej produkcji tak naprawdę nie ma wielu scen akcji. Dużo jest motywów obyczajowych, detektywistycznych, kryminalnych, romantycznych. Jednak jeżeli już się ktoś bije to z pełną pompą. Efekty specjalne są naprawdę wspaniałe, bardzo naturalne. W serialu nie bali się porządnej rozpierduchy i lejącej się rzekami krwi. Klimat w zupełności przypomina ten z Daredevila, czuć, że dzieje się w tym samym uniwersum. Do tego muzyczny motyw przewodni Jessici Jones brzmi fantastycznie, wiernie oddaje nastrój filmu i postać główną. Pan Sean Callery się spisał bardzo dobrze. Generalnie podczas oglądania można się pośmiać, troszkę zdenerwować, wzruszyć. Gra aktorska jest na naprawdę wysokim poziomie.

Ciężko mi znaleźć jakiekolwiek minusy, bo serial wciąga jak ruchome piaski i to od pierwszego odcinka. Całość mi się bardzo podoba, może jest tam trochę niedociągnięć i końcowa scena wzbudza we mnie lekki niedosyt, ale generalnie oceniam serial bardzo pozytywnie i cieszę się, że Jessicę nie wcisnęli w spandexowy kostium, tylko zrobili z niej trochę taką chłopczycę;P. Daję ocenę 9/10




PS. W jednym z pierwszych odcinków można dostrzec nawet polski akcent<3

piątek, 6 października 2017

Daredevil - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani;)

Długo brałam się za oglądanie seriali Marvela i jakoś nie mogłam się przemóc, by w końcu zacząć. Raz odkładałam ze względu na brak czasu, potem ze względu na brak chęci czy ochoty. W końcu stwierdziłam. No halo, mam wakacje, więcej czasu i większą motywację, więc może dotrzymam słowa i przekonam się. jak naprawdę wyglądają seriale, należące do Kinowego Uniwersum Marvela i pośrednio łączą się z filmami Marvel Studios. Pierwszy w kolejności ukazał się Daredevil - Diabeł z Hell's Kitchen!


Twórca; Drew Goddard
Premiera; 06.01.2016 (Polska)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Charlie Cox, Vincent D'Onofrio, Elden Henson, Deborah Ann Woll, Vondie Curtis-Hall, Toby Leonard Moore, Bob Gunton
W pozostałych rolach; Peter Shinkoda, Scott Glenn, Rosario Dawson, Ayelet Zurer
Nagrody; Saturn Najlepszy serial w nowych mediach
                 Złota Świnka Skarbonka Ulubiona scena akcji bitwa w hallu


W wieku 9 lat życie Matta Murdocka odmieniło się na zawsze. W wyniku wypadku samochodowego, w którym swój udział odegrała pewna radioaktywna substancja, młody chłopak stracił wzrok. Od tamtej pory, dzięki pomocy Sticka (Scott Glenn), odkrywa w sobie nadzwyczajne zdolności. Mimo, że Matt stał się niewidomy, jego pozostałe zmysły zostały wyostrzone do niewyobrażalnych rozmiarów. Jego słuch stał się niczym radar, potrafi słyszeć odgłosy z bardzo daleka i dostrzec czy ktoś kłamie, oceniając po rytmie bicia serca. Dzięki polepszonemu dotykowi, nie potrzebuje w sumie pisma Braille'a, żeby odczytać nadruk. Jest w stanie przeczytać tekst, wyczuwając różnicę w grubości atramentu. 

Po wielu latach treningu i samo-udoskonalaniu, Matt (Charlie Cox) za dnia prowadzi małą firmę adwokacką, wraz ze swoim przyjacielem Foggym Nelsonem (Elden Henson) oraz sekretarką Karen Page (Deborah Ann Woll), walcząc o sprawiedliwość w sposób legalny i zgodnie z prawem. W nocy zaś zmienia się w Daredevila, Diabła z Hell's Kitchen, broniąc krzywdzonych i karząc okrutnych, których sprawiedliwość nie dosięgnęła w sądzie. 


Powiem szczerze, że nie nastawiałam się na ten serial jakoś szczególnie. Owszem, wiedziałam, że należy on do uniwersum Marvela, że klimat, w przeciwieństwie do filmów, jest o wiele mroczniejszy, bardziej ponury, a rola złoczyńcy jest w sumie bardziej rozwinięta i pogłębiona, nie tak jak zdarza się to w poszczególnych filmach MCU. Niemniej byłam ciekawa, jak to wygląda i czy będę się bawić równie dobrze jak oglądając chociażby Kapitana Amerykę czy Strażników Galaktyki

Bawiłam się równie dobrze, acz słowo ''bawiłam się'' nie bardzo pasuje do produkcji duetu Marvel/Netflix. Uff... matko, co to było!? Nawet nie wiem, od czego by tu zacząć. To może od postaci, które najbardziej przykuły moją uwagę, a później przejdę do kwestii technicznych i moich ogólnych wrażeń. 


Oczywiście na główny plan wysuwa się Matt Murdock. Bardzo pięknie została opowiedziana jego historia. Tak właściwie to dzięki licznym retrospekcjom dowiadujemy się jak prezentowały się relacje młodego Matta z ojcem bokserem, później ze swoim trenerem Stickiem, jak generalnie toczyło się jego życie na przestrzeni lat aż do chwili obecnej. Ciągłe powroty do wydarzeń minionych wcale mi nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Pojawiały się w odpowiednich i kluczowych dla bohatera momentach. 

Matt, mogę powiedzieć, że jest postacią tragiczną. Wiele przeżył cierpienia w swoim życiu, a teraźniejsze zdarzenia wcale nie przynoszą ukojenia. Nie ma ani szczęścia w miłości, ani w życiu zawodowym, ani w każdym aspekcie. W pewnym momencie jego przyjaźń z Foggim przechodzi poważny kryzys, a Matt sam o mały włos się nie wykrwawia na śmierć. Jego śledztwo w sprawie ujawnienia najbardziej niebezpiecznego kanciarza w Hell's Kitchen niejednokrotnie kończy się utratą nie tylko zdrowia, lecz także wielu bliskich Mattowi osób czy nawet oskarżeniem samego ''człowieka w masce'' o dokonanie zbrodni, których rzecz jasna nie popełnił. Matt jest jednak niezwykle odważny, zdeterminowany, pomimo ciągłych zwątpień i upadków. Jest postacią świetnie wykreowaną, można się z nią utożsamić i poczuć jak bardzo ciężkie dźwiga na sobie brzemię. 


Cieszy mnie jednak, że pozostałe postacie nie były tylko tłem do opowiadanej historii. Pokochałam wręcz Foggy'ego od pierwszego momentu, gdy się pojawił. Jest zabawny, dowcipny, sympatyczny i przeuroczy. Z Murdockiem łączy go wieloletnia przyjaźń, a dla mnie Foggy jest idealnym wzorem kumpla i powiernika tajemnic. Jego relacja z Mattem została pokazana przecudownie (także w kilku retrospekcjach), czy to w chwilach, gdy omawiają sprawę sądową, gdy upijają się przy drinku czy gdy ich przyjaźń jest wystawiona na próbę. Cudowny człowiek!

Ponadto Karen, która pomaga chłopakom w ogarnięciu biura. Jako jedyna pragnie do końca rozwiązać zagadkę i spaja dwóch adwokatów, którym jednak zdarza się utracić nadzieję. Widzę, że czuje miętkę do Matta, ale jakoś jej częste spotkania z Foggim ugruntowują mnie w przekonaniu, że jednak bardziej lubię duet Karen z właśnie Foggim. Tak samo polubiłam postać Bena Uricha (Vondie Curtis-Hall), wścibskiego redaktora, który nie cofnie się przed niczym, by rozwikłać tajemnicę, oraz krótki występ Claire Temple (Rosario Dawson), niezłomnej pielęgniarki, która pomaga Daredevilowi, gdy ten już... ledwo żyje;P. Cała drużyna próbuje przekazać światu, że paskudny kanciarz niszczy miasto od środka. O kim mowa?


O Wilsonie Fisku (Vincent D'Onofrio). Kurczę, w tym serialu mogę śmiało powiedzieć, że zarówno główny bohater jak i antagonista zostali potraktowaniu po równi. W sensie oboje mają swój origin story i obydwoje są przekonywujący. Podkreślam to, bo jednak w filmach ze stajni Marvel Studios nie działa to tak dobrze jak właśnie w Daredevilu

Historia Wilsona również opowiadana jest w retrospekcjach. Miał potworne dzieciństwo i można powiedzieć, że w pewnych chwilach rozumiałam jego motywy i współczułam mu. Naprawdę. Jest okrutnikiem, dążącym do celu po trupach, nawet jeżeli dotyczy to jego współpracowników czy sojuszników. Nie ma oporów, by pobrudzić sobie ręce w krwi. Mimo to, potrafi troszczyć się o tych, których rzeczywiście kocha, potrafi być romantyczny, czuły, wręcz delikatny. Dba o Vanessę (Ayelet Zurer), ceni swojego przyjaciela Wesley'a (Toby Leonard Moore) i niejednokrotnie widać to w czynach. Dobitnym przykładem tych sprzeczności w charakterze jest SPOJLER scena, gdy po romantycznej kolacji Fisk rozmawia z Vanessą, po czym bije Ruska i drzwiami od auta pozbawia go głowy. Cieszę się, że poświęcono mu dużo czasu w serialu i przez to wykreowano świetnego villaina, jednego z lepszych stworzonych przez Marvel Studios. To on pociąga za sznurki, to on nawet przekonuje całe miasto, że to Daredevil jest tym złym. Wkurzył mnie niejednokrotnie, ale robił to z taką klasą... że, sama nie wiem, chylę czoła panu D'Onofrio za taką świetnie stworzoną postać. 


Powiem, że ciężko mi uwierzyć, że ten serial jest powiązany jakkolwiek z Iron Manem czy Spider-Manem. Klimat produkcji jest zupełnie inny. Mroczny, ponury, bardziej realny, że tak powiem. Można poczuć, że to co się dzieje w serialu jednak bardziej dotyczy tego co się dzieje w rzeczywistości. Jest to przecież nie tylko serial superhero. Są też elementy kryminału, cyklu detektywistycznego, trochę wpleciono dramatu i obyczajówki. Jest to ogromny plus dla Marvela, bo widać, że nie zatrzymuje się w miejscu i sprawdza się w niejednym gatunku. Ponadto efekty specjalnie są obłędne! Sceny walk są opracowane cudownie (np. akcja na korytarzu), ludzie na planie nie bali się zastosowania dźwięku łamanych kości czy lejącej się strugami krwi. Czasami posunięto się też do takiego stopnia, że najbrutalniejsze sceny pokazano ze zbliżeniem i w zwolnionym tempie.

Daredevil normalnie jest jak rollercoaster emocji. Bawi, denerwuje, wkurza, wzrusza (np. scena, gdy Matt w pewnym momencie po prostu płacze:( ), daje nadzieję, motywację, ekscytuje, doprowadza do szaleństwa. Choć pierwsze trzy odcinki były trochę nudnawe i obawiałam się, że jednak nie dla mnie jest ten serial, nie pożałowałam, że doszłam do samego końca. Potem to już po prostu jazda bez trzymanki. Finał dla mnie ciutkę za szybki, ale może to też dlatego, że do tej pory wszystko właśnie zmierzało do kulminacyjnego punktu. Świetny serial, cudowni i wyraziści bohaterowie, akcja, która nieustannie biegnie do przodu. Muzyka filmowa w wykonaniu Johna Paesano taka średnia jak dla mnie. Żaden kawałek nie utkwił mi w pamięci, no może poza utworem z czołówki. Polecam obejrzeć ten serial, naprawdę warto! Nawet jeżeli nie jesteś fanem/fanką Marvela. Każdy tutaj znajdzie coś dla siebie;).

Moment, w którym Matt w końcu wdziewa oryginalny strój, jest prze-epicki!

Pomimo tych kilku minusików, całość oceniam bardzo pozytywnie na 9/10. Teraz... starcie z Jessicą Jones!



PS. Bardzo podobają mi się także krótkie wstawki związane z MCU. Taki uśmieszek w stronę fana<3

poniedziałek, 2 października 2017

Muzyczne podsumowanie września!

Witajcie, drodzy czytelnicy!

Miesiąc wrzesień niestety dobiegł końca. To oznacza, że zaczyna się nowy rok akademicki i trzeba będzie przestawić się na tryb szkolny. Jestem jednak nastawiona pozytywnie. Mam mniej przedmiotów, mniej punktów ECTS, więc może uda mi się pogodzić studiowanie z moim życiem prywatnym. Zwłaszcza, że ponownie nawiedzają mnie problemy zdrowotne i będę musiała niestety skupić się trochę na sobie.

Wrzesień minął mi bardzo szybko. Po poprawkowym egzaminie wzięłam się za kolejne nadrabianie serialowych zaległości (chociaż chyba nigdy mi się to nie wyrówna;P), a także muzyczne zaległości. Moim ambitnym celem jest przesłuchanie wszystkich albumów mojego ulubionego zespołu/orkiestry/studia muzycznego, czyli Two Steps From Hell. Jest tego ogrom, więc zapewne nie prędko odsłucham wszystkiego. No i na pewno nie będę się nudzić.


W tymże miesiącu udało mi się znaleźć kilka fajnych kawałków, z którymi się teraz z Wami podzielę. Tradycyjnie lista zawiera 10 utworów przeróżnych gatunków. Miłego słuchania!


10.) The Chainsmokers Ft. Demi Lovato, Alan Walker – Young Like Me (?)



09.) Hidden Citizens – Ain’t No Grave



08.) Fifth Harmony – That’s My Girl



07.) Zayde Wolf Ft. Ruelle – Walk Through The Fire



06.) Ciara – Paint It, Black



05.) Skillet – Saviors Of The World



04.) Ed Sheeran – Nancy Mulligan



03.) Ed Sheeran – Supermarket Flowers



02.) Apashe Ft. Panther – Battle Royale



01.) Alan Walker – The Spectre





Ostatnio, zapewne przez koleżankę, zaczęłam przesłuchiwać piosenki Eda Sheerana. Te dwie, które trafiły na dzisiejszą listę, szczególnie przypadły mi do gustu. Szczególnie Supermarket Flowers, które przypomina mi jak ważną osobą dla mnie jest babcia;).

Mam nadzieję, że coś Wam się spodobało;).

piątek, 22 września 2017

Marvel Orchestral Universe! Part II

Witajcie, kochani;)


Oto ciąg dalszy mojej przygody z muzyką filmową ze świata Marvel Cinematic Universe. Nie ukrywam, że jest pełna niespodzianek i ciekawostek, o których dowiaduję się, przygotowując te wpisy. Mam też nadzieję, że i Wy czerpiecie z tego radość i przynajmniej trochę Was przekonałam co do kombinacji muzyka filmowa-Marvel Studios. Zapraszam na drugą część mojego wywodu, gdzie poznacie kolejnych kompozytorów, którzy włożyli swój wkład w powstanie jednej z największych franczyz na świecie. Tutaj macie przypominajkę i link do pierwszej części KLIK


6.) Brian Tyler (Iron Man 3, Thor; The Dark World, Avengers; Age of Ultron)


W porównaniu do poprzedników jest najmłodszym kompozytorem, ale to nie oznacza wcale, że gorszym! Zaczął pracę już pod koniec lat 90. Tworzył muzykę do takich filmów jak Ręka Boga, Nożownik, Constantine, seria Szybcy i wściekli, Obcy kontra Predator 2, John Rambo, Oszukać przeznaczenie 4, Niezniszczalni, Inwazja; Bitwa o Los Angeles, Iluzja, Epicentrum, Wojownicze żółwie ninja

Studio zdecydowało, że warto zatrudnić fana Marvela do pracy, który mógłby wprowadzić więcej muzyki orkiestralnej do filmu aniżeli ostrego, rockowego brzmienia i wprowadziłby nowy ton, który byłby jakby odzwierciedleniem ''nowego'' Iron Mana (jego przemiany). Pan Tyler miał za zadanie połączyć energię, wrażliwość i czerpać ze swoich poprzednich prac. Wspierał się również dorobkiem innych znanych osobistości świata muzyki filmowej jak chociażby John Williams. Oczywiśnie nie chciał zrezygnować z ostrej muzycznej tonacji, ale miał niemałe wyzwanie, gdyż musiał stworzyć muzykę, która będzie już przez kolejne filmy reprezentować Iron Mana. Miałaby się stać motywem przewodnim. Nie powiem, udało mu się to pięknie i do tej pory w kolejnych produkcjach MCU można usłyszeć tą charakterystyczną melodię.


Jeśli chodzi o soundtrack do Thor; The Dark World, Brian Tyler nie był pierwszym potencjalnym kandydatem. Po tym jak Carter Burwell zrezygnował z angażu na poczet innego filmu, Tyler przyszedł na zastępstwo. Jako, że Marvel Studios współpracowało z nim w poprzednim filmie to wiedziało, że jest świetnym kompozytorem i poradzi sobie także z Thorem... . Sam muzyk przyznał, że score do nowych przygód boga piorunów był dla niego nie lada gratką, bo (jak sam porównał) było to spotkanie science-fiction z klasyczną średniowieczną wojną, Star Wars i The Lord Of The Rings w jednym. Również i w przypadku tego filmu, pan Tyler musiał stworzyć theme song dla Thora, który miałby być jego cechą charakterystyczną w kolejnych produkcjach. Tutaj starał się być oryginalny, ale nie odszedł też całkowicie od muzyki zaproponowanej wcześniej przez Patricka Doyla.


W kolejnym Marvelowskim hicie, Brian Tyler nie pracował już stricte sam. Miał do pomocy Danny'ego Elfmana, jednego z bardziej znanych kompozytorów (chociażby Spider-Man, Jeździec bez głowy, Faceci w czerni). Tyler był odpowiedzialny za spokojniejsze utwory oraz umiejętne wplecenie motywów przewodnich z Iron Man 3 i Thor; The Dark World, Elfman zaś (za namową Briana, który chciał podtrzymać tonację utrzymaną w filmie The Avengers) miał wpleść właśnie ten charakterystyczny motyw. Obu panom udało się to znakomicie. Jestem pod ogromnym podziwem, bo nie odstąpili od oryginału i wprowadzili elementy ''swojskie''. Pan Brian w szczególności przysłużył się Marvel Studios i na pewno tchnął we franczyzę mnóstwo pozytywnej energii.



7.) Henry Jackman (Captain America; The Winter Soldier, Captain America; Civil War)


Zaczął karierę właściwie od niedawna. Potwory kontra Obcy, Kick-Ass, Podróże Guliwera, Kot w butach, X-Men; Pierwsza klasa, Ralph Demolka, Kapitan Phillips, Wielka Szóstka, Piąta fala. Na pewno jednak przysłużył się Marvelowi.

Początkowo miał stworzyć muzykę do pierwszej części przygód Captain... . Gdy jednak udało mu się ''załapać'' na kolejną część musiał kompletnie zmienić swoją wizję. Klimat drugiej odsłony był nieco inny. Bardziej przypominał The Dark Knight Rises niż Superman. W związku z tym pan Jackman musiał wprowadzić więcej elementów dramaturgii, brutalności, a zarazem emocjonalności. Pozostał oczywiście przy heroicznym motywie Kapitana, ale dodał też coś od siebie - nowy motyw Hydry, Falcona czy samego Winter Soldiera, którego tematyka jest niezwykle charakterystyczna. To właśnie na tym tragicznym bohaterze Henry Jackman skupił się najbardziej. Ujął jego postać w tak rewelacyjny sposób... zresztą, pozwolę sobie zacytować jego wypowiedź;

"tortured, time-stretched human cries of someone who has been so processed that it's become mechanized at the same time but you can still hear the human in there"


Ucieszyłam się, gdy Henry Jackman powrócił do skomponowania muzyki do Civil War. Zrozumiał, że w kolejnej odsłonie musi połączyć nieco klimat Kapitana Ameryki z Avengersami i wprowadzić więcej muzyki orkiestralnej niż mocnej i elektronicznej. Postanowił, że nie chce tworzyć czegoś w rodzaju ''choose one side'', tylko zdecydował się na nowy main theme, który na swój sposób łączy oba konfliktowe obozy. Oczywiście w niektórych sekwencjach nie mógł porzucić typowej tonacji charakterystycznej dla danego herosa i dodawał ją w momentach, kiedy to było właściwe i na miejscu. Do tego, wraz z pojawieniem się nowych postaci, udało mu się wymyślić ciekawe utwory przewodnie.


Bardzo mnie raduje, że gdy jeden kompozytor pracuje nad kilkoma projektami, które są niejako związane z poprzednikami, potrafi stworzyć coś nowego, unikatowego jednocześnie szanując wykonaną przez poprzedników pracę i wplatając znamienne melodie. To się nazywa sztuka! 

8.) Tyler Bates (Guardians of the Galaxy, Guardians of the Galaxy vol.2)


Znany z muzyki w takich filmach jak Życie na krawędzi, Królestwo niebieskie, Miasto duchów, Wpół do śmierci, 300, Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, Watchmen, Sucker Punch, John Wick, Szczerze mówiąc, to jakoś nieszczególnie zwróciłam na niego uwagę w tychże produkcjach. ALE, po soundtracku do GotG, zmieniam zdanie! Wykonał naprawdę niesamowitą robotę.

Reżyser obu części, James Gunn, niejednokrotnie pracował z Tylerem Batesem i postanowił, że i tym razem będą działać razem. Sam Bates przyznał, że Guardians... sprawili mu największe wyzwanie spośród wszystkich prac. Chciał wywarzyć dobry humor z kosmicznym klimatem filmu, a zarazem jednak utrzymać tonację emocjonalną i oddać ducha filmu akcji. Nie powiem, udało mu się, naprawdę. Motyw przewodni Strażników jest bardzo charakterystyczny i cieszę się, że pozostał w formie także w sekuelu.



9.) Christophe Beck (Ant-Man, Ant-Man And The Wasp [?])


Jego dotychczasowy dorobek jest ogromny, więc podam tylko kilka tytułów. Dziewczyny z drużyny
Fałszywa dwunastka, Pod słońcem Toskanii, Nowożeńcy, New York Tavi, Garfield, Elektra, Różowa Pantera, Ciemność rusza do boju, Kac Vegas, Burleska, Ślepy traf, Kraina Lodu, Siostry. To dopiero kilka filmów!

Film miał mieć zupełnie innego reżysera i zupełnie innego kompozytora. W końcu jednak postawiono na pana Becka. Początkowo coś nie pasowało do filmu, którego muzyka była zbyt komiczna i nie na miejscu. Na szczęście Marvel Studios zawsze wkracza do akcji, kiedy trzeba i tak też udało się połączyć komizm, poczucie humoru, akcję i motyw rodzinny. Sam kompozytor świetnie sprawdził się w tymże filmie i mam nadzieję, że będzie kontynuować swoją pracę w sequelu Ant-Man and The Wasp, który wyląduje w kinach pod koniec przyszłego roku.


10.) Michael Giacchino (Doctor Strange, Spider-Man; Homecoming)


Ten pan ma naprawdę niezliczoną ilość nagród, w tym Oscara (!) za Odlot. Zaczął od kompozycji dog gier (w tym Call of Duty), a potem doszły filmy tj. Iniemamocni, Ratatuj, Zaginiony ląd, Star Trek, Super 8, John Carter, Ewolucja planety małp, Jurassic World, W głowie się nie mieści, Zwierzogród.

Pan Michael bardzo chciał wziąć udział w projekcie Marvela. Uważał, że Strange zarówno jako film, jak i postać wyróżnia się bardzo i jako niezwykle magiczny film, Giacchino miał szerokie pole do manewru. Nie czuł presji, bo nie miał narzuconych konkretnych granic, by trzymać się klimatu poprzednich filmów. Jak wiadomo, Strange to jest totalna jazda bez trzymanki! I właśnie taka jest też jego muzyka - dziwna!


Tak samo epicko brzmi jego wersja muzyki w Spider-Man; Homecoming. Giacchino miał niemałe wyzwanie, gdyż nie dość, że musiał utrzymać formę (to wciąż jest jedno i to samo uniwersum), to musiał jeszcze dorównać w jakimś stopniu innym muzykom, którzy przedstawili postać Spider-Mana, a jest to wysoka poprzeczka, bo tymi poprzednikami są Danny Elfman, James Horner czy Hans Zimmer! Dał sobie jednak radę, biorąc pod uwagę jego spore doświadczenie w branży i niesamowity feeling. 




Ufff... jak na razie to jest koniec. Tych dziesięciu panów, jak do tej pory, pokazało swój talent w filmach produkcji Marvel Studios. Część z nich będzie kontynuowała swoją przygodę z tym szalonym uniwersum.

Jeśli chodzi o następne filmy i kolejnych kompozytorów to za Thor; Ragnarok ma być odpowiedzialny Mark Mothersbaugh, za Black Panther Ludwig Göransson i niewykluczone, że w Avengers; Infinity War powróci Alan Silvestri! Są to jeszcze niepotwierdzone informacje.

Moimi źródłami, z których czerpałam wiedzę, to przede wszystkim Filmweb oraz Wikipedia, gdzie znajdziecie jeszcze więcej informacji o samym kompozytorach, instrumentach na jakich się skupili podczas tworzenia, ich współpracy ze studiem oraz fragmenty ich wypowiedzi. Zachęcam do zapoznania się, bo to jest naprawdę ciekawe;).

Mam nadzieję, że nie przytłoczyłam Was za bardzo bogatą treścią, ale chciałam Wam pokazać, jak muzyka jest ważna w filmach, jak ważni są sami kompozytorzy i ich podejście do pracy, do filmu, do postaci, o których mają opowiedzieć za pomocą nut i instrumentów. To są naprawdę utalentowani, zdolni ludzie, bez których filmy nie byłyby tak wspaniałe w odbiorze. Może faktycznie, poprzez narzucone im granice i limity, muzyka nie wyróżnia się na tle innych kultowych produkcji i nie jest zbyt spójna, jeśli chodzi o chronologię filmów, ale jest naprawdę piękna, świetnie wkomponowana w całość i tak działa na emocje, że czujesz się jakbyś jechał/a na rollercoasterze.



Gratuluję dotrwania do końca!:)

piątek, 15 września 2017

Spider-Man, Spider-Man, friendly neighbourhood Spider-Man...

Witajcie, kochani;).

Na ten film fani Marvela czekali od dawna. Przyczyn oczywiście jest wiele, ale jedna najważniejsza. Pająk trafił w końcu do Marvel Cinematic Universe, dzięki wspólnej kooperacji Marvel Studios oraz Sony. Nareszcie przyszło mu się pokazać w swoim pierwszym (i zapewne nie ostatnim) solowym filmie. Jego debiut w Captain America; Civil War przekroczył wszelkie oczekiwania i tylko podsycił nastroje fanów, w tym także i mój. Zatem dzisiaj wita się z Wami jeden z najbardziej charakterystycznych herosów uniwersum Marvela!


Reżyseria; Jon Watts
Scenariusz; John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts, Christopher Ford, Chris McKenna, Erik Sommers
Premiera; 14.07.2017 (Polska)
Produkcja; USA
W rolach głównych; Tom Holland, Michael Keaton, Jacob Batalon, Robert Downey Jr., Marisa Tomei, Jon Favreau
W pozostałych rolach; Gwyneth Paltrow, Zendaya, Donald Glover, Laura Harrier, Tony Revolori, Bokeem Woodbine, Chris Evans, Jennifer Connelly
Nagrody; Teen Choice Aktor lata Tom Holland
                 Teen Choice Aktorka lata Zendaya
                 Teen Choice Film lata

Młody chłopak, Peter Parker/Spider-Man (Tom Holland), który w wielkim stylu zadebiutował w hicie ''Kapitan Ameryka; wojna bohaterów'' Marvela, rozpoczyna nowy rozdział swojego życia - jako śmigający na pajęczej sieci superbohater w filmie ''Spider-Man; Homecoming''.

Spotkanie z Avengersami było dla niego wielkim przeżyciem. Ale teraz trzeba wracać do domu, do cioci May (Marisa Tomei), pod baczne spojrzenie nowego mentora, czyli Tony'ego Starka (Robert Downey Jr.). Peter próbuje prowadzić zwyczajne życie i tylko ma nadzieję pokazać kiedyś, że jest kimś więcej, niż przyjacielskim Spider-Manem z sąsiedztwa. 

A kiedy w mieście pojawi się bandyta Sęp (Michael Keaton) - zagrozi wszystkiemu, co dla Petera jest w życiu ważne.

Pozwolę dodać coś od siebie, gdyż opis filmu zaczerpnęłam z kinowej ulotki. Początkowa scena ma miejsce po walce Avengersów z armią Chitauri w filmie Avengers. Ekipa odpowiedzialna za sprzątanie odpadów po bitwie,  pod dowództwem Adriana Toomsa (Michael Keaton), zostaje niespodziewanie oddelegowana przez firmę stworzoną przez Tony'ego Starka (Robert Downey Jr.). Co nie oznacza, że czarny interes się nie rozkręca. W międzyczasie zostaje konstruowana broń na bazie kosmicznych znalezisk, która jest sprzedawana różnym innym rzezimieszkom. Gdy coś staje na drodze Adriana do ubicia interesu czy kradzieży, ubiera on specjalny kostium i zamienia się w Vulture'a.

Akcja filmu kolejno przenosi się do wydarzeń po Captain America; Civil War. Peter Parker (Tom Holland) stara się wieść normalne życie. Nie jest mu jednak łatwo. Po akcji w Niemczech chłopak poczuł się jak prawdziwy Avenger. Pragnie dołączyć do drużyny i robić coś więcej niż tylko pomagać maluczkim. Chce brać udział w porządnych misjach. Nowym mentorem Petera staje się nie kto inny jak Iron Man, który nawet pozwala chłopakowi zachować strój i ''trzymać się blisko ziemi''.


Wkrótce nadarza się okazja, by w końcu zaimponować panu Starkowi i udowodnić, że jednak Spider-Man jest gotowy, by dołączyć do ekipy Mścicieli. Tak się akurat składa, że ścieżki Spider-Mana i Vultura się zazębiają i Peter musi przyłapać złoczyńcę na gorącym uczynku, co oczywiście prowadzi do coraz ciekawszych odkryć i niespodziewanych zwrotów akcji.

Powiem, że film bardzo mi się spodobał! Naprawdę jeden z lepszych filmów, traktujących o przygodach Ścianołaza, jeżeli nie najlepszy. Waham się jeszcze, bo gdzieś tam świadomość podpowiada mi, że druga część Spider-Mana od Sama Raimiego (słynna trylogia z Toby'im Maguire'em) jest ciekawsza. Niemniej nowa produkcja od Marvel Studios naprawdę mocno zawyża poprzeczkę.


Największym plusem jest oczywiście sam główny bohater, grany przez Toma Hollanda. Jest kwintesencją tych wszystkich Pajączków, z którymi miałam styczność zarówno we wcześniejszych filmowych produkcjach, jak i co nieco w komiksach. Peter Parker to typowy uczeń, 15-latek, totalny nerd, mała ciapa, przegryw. Z nikim właściwie się nie koleguje, nikt z nim nie gada i gdyby nie chodził do elitarnej szkoły dla geniuszy, to pewnie i tak nikt by go nie zauważył. Jego jedynym kumplem jest Ned (Jacob Batalon) - postać kreowana na komiksowym koledze Milesa Moralesa, Ganke - z którym najczęściej się spotyka. W dodatku młody Pete wzdycha do pięknej i popularnej w szkole dziewczyny, Liz (Laura Harrier) i poza licznymi spojrzeniami nie jest w stanie za bardzo do niej zagadać. Jakby tego było mało, Peter musi znosić kolejne docinki Flasha (Tony Revolori), który zdecydowanie uwielbia zatruwać życie Parkera. Po szkole Pete ubiera kostium i jako Spider-Man zwalcza przestępstwa na dzielni.

Tom Holland spisał się na medal pod każdym względem. Jest autentyczny, zarówno jako Peter Parker, jak i Spider-Man, który sam śmieje się ze swoich dowcipów. Uwielbiam Toma odkąd zagrał w The Impossible i od tamtej pory staram się śledzić jego kolejne filmowe poczynania i coraz bardziej nie mogę przestać się zachwycać. Bardzo angażuje się w projekty, poświęca się pracy właściwie całym sobą. Od dziecka tańczy, ćwiczy, uprawia sporty. Ponadto od maleńkości czytuje komiksy ze Spider-Manem. Nosił kiedyś kostiumy z Pajączkiem i kupował figurki. Jego marzenie się spełniło i został prawdziwym Spider-Manem. Po prostu Tom Holland przeszedł samego siebie i podziwiam go za wytrwałość, zaangażowanie, czasami też poświęcenie, bo to dieta, godziny treningów. Jego gra aktorska jest niezwykle autentyczna. Poza fragmentami komediowymi filmu udowodnił też, że potrafi wspiąć się na wyżyny aktorstwa i doprowadzić do wzruszenia takiego widza np. w scenie, gdy krzyczy pod zwałami gruzu o pomoc. Ewidentnie wyniósł doświadczenie z wcześniejszych swoich ról. Tom Holland idealnie sprawdził się w roli Spider-Mana i wręcz nie mogę się doczekać na jego powrót w Avengers; Infinity War oraz następnych sequelach o przygodach Ścianołaza.


Kolejną zaletą produkcji jest pokazanie takiego zwykłego, szkolnego życia. Film wcale nie ocieka superbohaterskością czy epickością. Opowiada historię zmagań młodego chłopaka, jak pogodzić życie przeciętnego nastolatka z odpowiedzialnością, jaką ponosi bycie herosem. Mamy świetnie przedstawioną grupkę uczniów, którzy nie stanowią tylko dodatku do produkcji. Pojawia się m.in. Michelle (Zendaya), izolująca się pani geniusz o specyficznym poczuciu humoru, wyżej wspomniany Ned, który jest wzorem idealnego kumpla i pomocnika, Liz, która jest niby szkolną popularną dziewczyną, ale za to bardzo naturalną i autentyczną. Nawet Flash nie jest typowym muskularnym złolem, który znęca się nad Peterem. Jego ''Penis Parker'' zapamiętam do końca życia;P. Wszyscy są wyraziści, oryginalni i każda kreacja jest na swój sposób wyjątkowa.

Podoba mi się także nieznaczna rola Iron Mana czy Happy'iego Hogana (Jon Favreau). To nie był kolejny Iron Man 4, Stark pojawił się dosłownie w 3-4 scenach i uważam, że to jest akurat w sam raz. Czuć, że sprawuje pieczę nad młodym herosem, nawet chwali go i pomaga w tarapatach, ale trzyma dystans i nie kradnie całego filmu. Pozwala wręcz zabłysnąć chłopakowi. Jeśli chodzi o Happy'iego to od początku go uwielbiałam i te kilka scen z jego udziałem sprawiły, że banan niejednokrotnie pojawił mi się na twarzy.


Także występ Marisy Tomei w roli cioci May był bardzo ciekawy (ostatnia scena z jej udziałem mnie dosłownie rozwaliła na łopatki), gościnne cameo Gwyneth Paltrow jako Pepper (nie wspominając o legendarnym już Stanie Lee) czy intrygujące wystąpienie Donalda Glovera (czyżby Miles Morales miał się kiedyś pojawić w MCU?). To wszystko sprawia, że pod względem gry aktorskiej czy uchwycenia tych takich niuansów, puszczenia oka dla fanów, nie mogę przestać się zachwycać.

Ponadto Marvel Studios zaczyna skupiać się coraz bardziej na złoczyńcach. Vulture nie chce zniszczyć świata. Pragnie utrzymać swoją rodzinę, i choć robi to w sposób nielegalny i czasami wręcz brutalny, czyni to wszystko dla swojej żony i córki, którą, jak się później okaże, jest Liz. Michael Keaton spisał się genialnie. W niezwykły sposób pokazał swoją złowieszczość, ale także troskę i miłość. Nie jest typowym villainem, bójcie się mnie, bo Was zniszczę. Nie zajmuje się tym z rozkoszy czy przyjemności. Pragnie tylko szczęścia swojej rodziny. Cieszę się, że w końcu mogę zrozumieć antagonistę, współczuć mu, spróbować chociaż częściowo się z nim utożsamić.


Inną wspaniałą rzeczą w Spider-Man; Homecoming jest muzyka filmowa, skomponowana przez Michaela Giacchino. Kompozytor inspirował się serialem animowanym o Spider-Manie, bodajże z lat 60., lecz także wprowadził coś od siebie i dodał charakterystyczne aranżacje, które nie mogłyby mi się kojarzyć z nikim innym. Motyw przewodni Spider-Mana czy genialny motyw Vulture'a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Teraz może przejdę do tej mniej przyjemnej części, mianowicie wady filmu. Nie mogę powiedzieć, że efekty specjalne są złe. Wręcz przeciwnie, każdy moment jak Spider-Man śmiga i huśta się jest nieziemski, Vulture jak lata... mogłabym podać mnóstwo scen, które udowadniają, że technika komputerowa to czysta magia. Charakteryzacja jest również nieziemska, kostiumy Pajączka i Sępa prezentują się epicko. Niemniej w scenach walk, np. na samolocie, prawie nic nie widziałam. Wszystko pokazane było tak chaotycznie, kamera trzęsła się piekielnie, a te jarzeniowe kolory wcale nie ułatwiały odbioru filmu. Bałagan straszny. Tak samo finałowa walka. Już nieco lepiej się oglądało, acz wciąż musiałam wytężać wzrok, żeby zobaczyć co się dzieje.


Ponadto nieścisłość czasowa filmu. Po pierwszej scenie w filmie, tuż po wydarzeniach w Avengers, akcja przenosi się 8 lat do przodu, czyli do 2020 roku. W kilku scenach, gdzie Kapitan Ameryka udziela lekcji (nie dosłownie), wszystko wskazuje na to, że akcja powinna toczyć się po 2016 r., czyli po wydarzeniach z Civil War. Czemu tak zrobili? Troszkę namieszali z linią czasową.

Podsumowując, najnowszy film o przygodach Spider-Mana bardzo mi się spodobał, bawiłam się świetnie i cieszę się, że mogłam obserwować jak dojrzewa Peter Parker. Cała produkcja obfituje w niesamowitą ilość Easter Eggów, żartów, ciekawych zwrotów akcji. Cieszę się, że potraktowano film na luzie i pozwolono skupić się na postaciach, a niekoniecznie samych wybuchach, bo prawdę mówiąc, nie ma jakichś spektakularnych scen z toną efektów specjalnych. Film oceniam pozytywnie na 8/10.




PS. Są dwie scenki po napisach;).

piątek, 8 września 2017

''We're not friends. We're family!''

Witajcie, kochani;)

No i w końcu spotykamy się ponownie ze świtą Strażników Galatyki w drugiej odsłonie ich szalonych przygód!


Reżyseria; James Gunn
Scenariusz; James Gunn
Premiera; 05.05.2017 (Polska)
Produkcja; USA
W rolach głównych; Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Michael Rooker, Karen Gillian, Pom Klementieff, Kurt Russell
W pozostałych rolach; Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn
Nagrody; Teen Choice Ulubiony film science-fiction
                 Teen Choice Ulubiona aktorka w filmie science-fiction Zoe Saldana
                 Teen Choice Ulubiony aktor w filmie science-fiction Chris Pratt


Uff... ten film to było mocne uderzenie!

Akcja filmu toczy się dwa miesiące po wydarzeniach z pierwszej części. Strażnicy teraz podróżują po galaktykach i pakują się w przeróżne tarapaty. W celu zarobienia ''legalnie'' pieniędzy, walczą z groźnymi bestiami takimi jak Abilisk, który buszuje na terytorium Suwerennych - pięknych, złotych istot, które nie lubią babrać swoich rączek i trwonić swoich planetarnych zasobów. W zamian za przysługę królowa Ayesha (Elizabeth Debicki) ofiaruje Strażnikom pewien nietypowy prezent jakim jest... Nebula (Karen Gillian), która chciała okraść złotoskórych i byłaby formą zapłaty dla nietypowych obrońców galaktyki. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie Rocket (Bradley Cooper), któremu akurat w tamtym momencie zachciało się przywłaszczyć pewne cacuszko.

Strażnicy są zagrożeni i ledwo udaje im się zbiec, gdyby nie pomoc pewnego nieznajomego. Co nie oznacza, że statek Milano się nie rozbił na obcej planecie. Tym ''pewnym nieznajomym'' okazuje się być Ego (Kurt Russell), ojciec Petera Quilla a.k.a. Star-Lorda (Chris Pratt), któremu w końcu udaje się znaleźć syna i przekonać, by został na jego planecie. Co się jednak dzieje z pozostałymi członkami teamu i czy wszystko jest takie piękne jakie się wydaje?


Na pierwszy rzut oka wydaje się, że film składa się w głównej mierze z jednego wątku jakim jest relacja między ojcem a synem. Poznajemy bliżej historię Ego, Żyjącej Planety, który czując się samotnym i zagubionym, podróżował przez milion lat po wszelkich czeluściach kosmosu aż w końcu odnalazł życie i miłość w matce Quilla, zwykłej Ziemiance. Przyjął ludzką formę i dzięki temu poczuł się spełniony. Nie mógł jednak pozostać przy niej na zawsze, musiał pilnować światła na swojej planecie, by jego powłoka przetrwała. Tak też opuścił swoją ukochaną i synka, który nigdy nie dowiedział się jak to jest mieć ojca. Gdy w końcu Peter, po wielu latach, odkrył tajemnicę poczuł, że w końcu los się do niego uśmiechnął, a początkowe niedowierzanie szybko zamieniło się w ogromną radość. Quill powoli uczy się korzystać ze swoich nadnaturalnych zdolności, a w między czasie pozostali Guardiansi muszą walczyć z własnymi słabościami i ciemną przeszłością.


Mamy wątek Rocketa, który nie przywykł do współpracy i oddania się w grupie, toteż odgrywa rolę zgryźliwego i złośliwego szopa, którego nic nie rusza. Sam uważa się za geniusza i ma w poważaniu resztę ekipy. Przynajmniej Rocket udaje twardziela, o czym uświadamia go Yondu (Michael Rooker), który został odtrącony podwójnie, bo przez swoją załogę i swojego ówczesnego dowódcę, Stakara (Sylvester Stallone). Sam wątek Yondu został znacznie poszerzony i uważam, że jego postać jest niezwykle złożona i istotna w tymże filmie.

Mamy też o wiele bardziej rozwinięty wątek Gamory (Zoe Saldana) i Nebuli. Obie za sobą specjalnie nie przepadają, a Nebula robi wszystko, by zabić swoją siostrę. Na wierzch wychodzą stare, niezagojone rany, które obie w sobie chowają. Niemałą w tym rolę miał ojczym Thanos, który dotkliwie skrzywdził obie kobiety, a dziewczyny musiały ze sobą rywalizować, zapominając o swoich uczuciach i sercowych potrzebach.


Niemniej ważny jest wątek Draxa (Dave Bautista) i przeuroczej Mantis (Pom Klementieff), którzy w zabawny sposób nawiązują znajomość i można wyczuć, że tworzą z sobą świetny, przyjacielski i nieco dziwaczny duet. Nie mogę też zapomnieć o Baby Groot-cie (Vin Diesel), który jest główną maskotką filmu i gdziekolwiek się nie pojawi, tam można się rozpłynąć z przesłodzenia<3.

Jak widać, wątków jest mnóstwo, a jest ich jeszcze więcej. Jest miłość między Gamorą i Peterem, jest przyjaźń między Yondu a Rocketem, a i rola Kraglina w tym filmie została nawet powiększona. Można by pomyśleć, że ten sequel, właśnie przez tyle poruszonych kwestii, mógłby zostać totalną porażką, kompletnym niewypałem jak to generalnie bywa, w przypadku kontynuacji serii. Co za dużo, to niezdrowo, a sam film się nie klei do kupy. Marvel jednak wiedział, że jak weźmie do pracy Jamesa Gunna i samych najlepszych aktorów to GotG musi się udać. I się udało!!!

Każdy bohater jest ważny, każdemu poświęcono swój czas ekranowy i historia każdego jest o wiele bardziej rozszerzona i o wiele bardziej ciekawsza. Nie ma jednego głównego bohatera, nie ma jednego konkretnego tematu przewodniego. W tejże produkcji wątek bycia rodziną staje się najważniejszy. Film jest napakowany pięknie rozwijającą się płynnie akcją, bez żadnych niedomówień. tak, że nie da się zgubić, niesamowitymi efektami specjalnymi, nie gorszymi od tych z Doktora Strange'a,  piękną kolorystyką i bombowo dopracowanym dźwiękiem, wspaniałą muzyką Tylera Batesa, który na nowo przywołuje temat przewodni z pierwszej części filmu, wzbogaconą o składankę Awesome Mix Vol. 2 z muzyką z lat 80.


Same dialogi są rewelacyjne, gra aktorska na naprawdę wysokim poziomie. Film jest po prostu prawdziwym rollercoasterem. Sama nie raz się przyłapałam na tym, że siedziałam na skraju fotela, a bilet, który trzymałam przez cały seans w rękach, stał się proszkiem. Tak mnie wciągnęło! Można się śmiać aż do bólu brzucha i cieknących po policzkach łez. Żartów jest od groma, a i można się też wzruszyć i popłakać. Strażnicy Galaktyki vol. 2 to dowód na to, że więcej to wcale nie znaczy gorzej, a sequel nie musi być taki zły jak go malują. Jeszcze bardziej zakochałam się w Rocketie, Draxie czy Yondu (o Groot'cie nie wspominając), a i nowe postaci wzbudziły moją sympatię.

Sam villain, czyli Ego, naprawdę został przedstawiony znakomicie! Od początku myślałam, że to Ayesha będzie tą złą, zimną kobietą, ale ona jedynie była złotą dekoracją na galaktycznym firnamencie. To Ego właśnie, udając kochającego tatulka, pragnącego naprawić swoje błędy, okazał się tym mrocznym złoczyńczą, który nie cofnął się przed niczym, by pozyskać moc swojego syna. Nawet kosztem zabicia swojego potomstwa czy ukochanej matki Star-Lorda. Kurt jest w swej roli niezwykle autentyczny i matko... jego Żyjąca Planeta jest jednym z najlepiej wykreowanych antagonistów MCU.

Która część Strażników jest lepsza? Ciężko mi powiedzieć, bo na obu częściach bawiłam się przednio i naprawdę świetnie mi się oglądało zarówno Vol. 1 jak i 2. Myślę, że obie części są warte zachodu i wydania tych paru złotych na seans. Nie będę oceniać. Prawdziwy nerd uszczęśliwiony będzie ze wszystkiego, a jak wiecie, mnie jest bardzo łatwo zadowolić. Gdyby jednak ktoś mi przystawił nóż do gardła to wybrałabym dwójkę. Może i niektóre żarty były obleśne i momentami film wydawał się przytłaczający, ze względu na ilość omawianych kwestii, ale i tak kocham, kocham, kocham i teraz będę czekać na spotkanie Strażników z Avengersami. Film oceniam na 10/10. I'M MARRY POPPINS Y'ALL!



PS. Nie zapomnijcie o aż PIĘCIU scenach po napisach!

niedziela, 3 września 2017

Doktor Strange, czyli kolejna nowa postać w MCU!

Witajcie, kochani:)

Trzeba przyznać, że Marvel Studios się niezwykle rozwija pod każdym możliwym względem! Począwszy od efektów specjalnych na doborze aktorów i wprowadzaniu coraz to nowych postaci i wątków do całego MCU zakończywszy. W Kapitan Ameryka; Wojna Bohaterów spotkaliśmy dwójkę nowych herosów, czyli Spider-Mana i Black Panthera, a teraz w oddzielnej produkcji, spotykamy niezwykle ważną postać, która odegra dość istotną rolę w przyszłych filmach ze stajni Marvela jak np. Thor; Ragnarok oraz coś na co wszyscy czekamy, czyli Avengers; Infinity War! Ladies and gentleman, welcome Doctor Strange, the Master of Mystic Arts!


Reżyseria ; Scott Derrickson
Scenariusz ; Jon Spaihts, C. Robert Cargill, Scott Derrickson
Premiera ; 26.10.2016 (Polska)
Produkcja ; USA
W rolach głównych ; Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen
W pozostałych rolach ; Rachel McAdams, Benedict Wong, Michael Stuhlbarg, Benjamin Bratt
Nagrody; Saturn Najlepsza adaptacja komiksu
                 Saturn Najlepsza aktorka drugoplanowa Tilda Swinton
            Annie Najlepsze indywidualne osiągnięcie; efekty animowane w filmie aktorskim Georg Kaltenbrunner, Mike Marcuzzi, Thomas Bevan, Andrew Graham i Ji Hyun Yoon
                 CDG Najlepsze kostiumy w filmie fantasy Alexandra Byrne
       


Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest niesamowicie utalentowanym i prze-inteligentnym neurochirurgiem. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych! Wręcz przeciwnie, zawsze ima się tylko przypadków najtrudniejszych, wymagających najwięcej pracy, wysiłku i skupienia. Jego ręce uratowały wiele istnień ludzkich. Jest ceniony na całym świecie. I choć zbiera wiele nagród i pochwał, na pewno nie osiągnąłby tego wszystkiego bez pomocy koleżanki z pracy, Christine Palmer (Rachel McAdams), z którą łączy go coś więcej aniżeli fartuch. 

Strange jest jednak niezwykle arogancki i raczej nie obejdzie się u niego bez kąśliwych uwag czy ciętych ripost. Nie pozwala także innym na zdobywanie pochwał. On przecież musi być najlepszy! To jest taki trochę Tony Stark, mimo to jednak, zupełnie inny... ale o tym może potem;].

Sielanka doktora kończy się kiedy ten ma wypadek samochodowy, w wyniku którego jego ręce ulegają poważnym uszkodzeniom. W ten sposób Strange traci swoje narzędzie pracy. Nie może przeprowadzać operacji, gdyż jego ręce nieustannie się trzęsą. Próbuje wszelakich metod, wydaje krocie, byleby tylko odzyskać sprawność nad rękoma. Jest zdruzgotany, załamany i niezwykle zdesperowany! Z nerwów obraża samą Christnie.


Stephen, idąc za radą Jonathana Pangborna (Benjamin Bratt), (który kiedyś sparaliżowany odzyskał pełną sprawność), nie mając już wiele do stracenia, udaje się do Nepalu, a konkretniej do Kamar-Taj. Tam też poznaje Ancient One (Tilda Swinton) oraz Karla Mordo (Chiwetel Ejiofor), ucznia Starożytnej, gdzie uczy się tajników magii i podróży między multiwymiarami. 

Na horyzoncie jednak pojawia się tajemniczy i groźny Kaecilius (Mads Mikkelsen), sługa Dormmamu (Mrocznego Wymiaru), bytu, który pragnie zniszczyć czas by móc żyć w wieczności, jaką oferuje Dormmamu.

Powiem tak. Film zupełnie inny od poprzednich 13 filmów MCU. Kompletnie inny klimat. I to wcale nie oznacza, że to jest coś złego. Wręcz przeciwnie! Z kina wyszłam (za każdym razem) z wielkim WOW na twarzy! Ten film sprawia, że można się poczuć dosłownie jak na haju. No i to przede wszystkim dzięki niesamowitym efektom specjalnym, które warto obejrzeć w IMAX czy 3D. Podróż Strange'a przez alternatywne wymiary, tworzenie portali między nimi, lustrzany wymiar, opuszczanie ciała fizycznego, wytwarzanie tarczy, biczy etc. z niczego, zabawa czasem i do tego choreografia scen walki to istne mistrzostwo! Incepcja wypada przy tym strasznie blado! Trzeba przyznać, że spece od techniki, zatrudniani przez Marvel Studios, naprawdę potrafią wykonać kawał genialnej roboty i tak doskonale odtworzyć też wszystkie detale, szczegóły i kolorystykę, zwłaszcza w scenie, gdy Strange odbywa przyspieszoną podróż po multiwymiarach.


Kolejną, a właściwie pierwszą rzeczą, o której powinnam była wspomnieć, to obsada. Dosyć znane nazwiska. Przede wszystkim Benedict Cumberbatch, znany z roli w serialu Sherlock Holmes. Miał wbrew pozorom trudne zadanie. Musiał przedstawić bogatego, aroganckiego i zapatrzonego w siebie doktora, który ma, jak niektórzy mogą zauważyć, podobne cechy do Tony'iego Starka. Co za tym idzie, Cumberbatch musiał tak przedstawić Stephena Strange'a, żeby nie był podobny ani do Starka, ani do Holmesa. Choć nie oglądam serialu, tak mogę powiedzieć, że Strange wypadł Benedictowi znakomicie i wcale nie jest on podobny do Starka. W żadnym wypadku! To jest zupełnie nowa postać i to świetnie zaprezentowana. Poza tym fajnie ukazał przemianę, jak to zwykle w filmach MCU, głównego bohatera, który traci wszystko i przechodzi drogę do bycia superbohaterem.

Bardzo podobało mi się, choć wielu miało obiekcje, obsadzenie Tildy Swinton w roli The Ancient One. W oryginale The Ancient One jest skośnookim Azjatą, do tego starcem i wybranie kobiety Szkotki mogło wywołać spore zamieszanie. Według mnie Tilda spisała się znakomicie, bardzo pasowała mi do roli mentorki Strange'a. Tajemnicza, cicha, skromna, ale wymagająca i surowa. Kryje w sobie jednak ogromną tajemnicę, bowiem skrycie czerpie moc z Mrocznego Wymiaru, skąd pochodzi Dormmamu. Robi to tylko, żeby chronić praw natury, choć sama właśnie złamała jedną, najważniejszą z nich zasadę. Odkrycie tej prawdy odmienia losy naszych bohaterów, a przede wszystkim... Mordo!


To jest bardzo intrygująca postać. Niewiele o niej wiadomo, jest uczniem Starożytnej, miał za sobą nieciekawą przeszłość i strzeże praw natury całym sobą. W chwili zagrożenia pomaga Doktorowi, ale gdy dowiaduje się o kłamstwie Ancient One coś w nim pęka. Podąża własną drogą, która może go sprowadzić w złą stronę. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyż w komiksach Mordo jest odwiecznym wrogiem Strange'a, także taki zabieg byłby dość słuszny.

Kolejną ważną postacią jest antagonista, czyli Kaecilius. Marvel Studios ma trochę problem z wykreowaniem postaci złoczyńców, choć są wyjątki (czyt. Loki, Zemo, Red Skull). Były nadzieje, że Kaecilius okaże się jednym z tych lepszych villainów. Ja akurat uważam, że jego rola jest taka sobie. Nie ujął mnie jakoś szczególnie. Choć trzeba przyznać, że miał motywy działań i znamy powód jego przejścia na ciemną stronę. Stracił rodzinę, uważa, że czas jest największym wrogiem człowieka, więc największym zbawieniem będzie życie w wieczności, w krainie Dormmamu. Nie powiem, że jego rola była słaba, ale też nie jakaś wybitna. Tak właściwie to Dormmamu, byt, który pojawił się w scenie kulminacyjnej, jest tym najważniejszym. Kaecilius to tylko pionek.


A taką wisienką na torcie jest występ Benedicta Wonga, który gra Wonga (;]), strzegącego biblioteki oraz występ Rachel McAdams jako doktor Palmer. Choć nie przepadam za tą aktorką jakoś szczególnie, tak jej występ w tym filmie wywołał u mnie taki pocieszny uśmiech.

Film był naprawdę, naprawdę dobry! Poza efektami specjalnymi i świetną obsadą aktorską bardzo podobała mi się muzyka Michaela Giacchino (o której więcej powiem co nieco w innym poście), a także kostiumy bohaterów, zwłaszcza samego protagonisty. Oryginalne odzienie, do tego kolejny Kamień Nieskończoności pod postacią wiszącego na szyi Oka Agamotto oraz Peleryna Lewitacji, która kradnie każdą scenę^^! Nie dość, że niejednokrotnie ratuje Strange'owi życie, to jeszcze robi to w tak zabawny sposób. Najlepsza! I tak też przechodzimy do części komediowej filmu. Wątki zarówno te poważniejsze jak i weselsze są doskonale wyważone. Nie ma poczucia, że jakiś żarcik akurat w tym momencie nie pasuje. Scena, gdy Wong słucha Beyonce, a Strange zakrada się po książki. To było cudowne, gdy cała sala kinowa parskała śmiechem! Choć i smutne, wręcz tragiczne sceny też powodowały lekki pomruk współczucia na sali. Pokaraskane ręce Doktora czy SPOJLER śmierć Starożytnej.


Są też takie sceny akcji, które naprawdę zapamiętam na długo. Np. obrona Sanctum Sanctorium w Hong Kongu czy Nowym Yorku i to podwójna, trening Strange'a, cofanie czasu, walka w Lustrzanym Wymiarze i dosłownie falujące budynki NY, walka ciał astralnych. Jednak finałowa bitwa nie była aż taka mocna. Zawarcie umowy z Dormmamu nie było jakieś spektakularne.

Generalnie film porządnie zrobiony, akcja trzymana na poziomie. Fabuła może prosta i przewidywalna, ale tak generalnie prezentują się filmy mające dopiero przedstawić nowego herosa. Choć nie przebija ten film CA; Civil War czy CA; The Winter Soldier, tak bawiłam się naprawdę dobrze! Summa Summarum; daję 8/10:).


PS. Są dwie sceny po napisach^^!