piątek, 8 grudnia 2017

Iron Fist - recenzja I. sezonu

Witajcie!

Tym razem przyszło mi się zmierzyć z kolejnym serialem stworzonym przez Marvela w kooperacji z Netflixem. Jest to o tyle wyjątkowa produkcja, bo nigdy nie czytałam tylu negatywnych opinii. Oba sezony Daredevila były super, Jessica Jones również nie zawiodła, Luke Cage także niczego sobie, a Iron Fist... tu już fala hejtu i krytyki się wylewała hektolitrami. Najczęściej besztano kreację głównego bohatera, sceny walk oraz bezsensownie przedłużaną akcję. Byłam więc przygotowana na najgorsze, acz po obejrzeniu 13 odcinków stwierdzam, że nie jest aż tak tragicznie. 


Twórca; Scott Buck
Premiera; 17.03.2017 (Polska)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Finn Jones, Jessica Stroup, Jessica Henwick, David Wenham, Tom Pelphrey
W pozostałych rolach; Wai Ching Ho, Rosario Dawson, Barrett Ross


W wyniku katastrofy lotniczej u podnóży Himalajów 10-letni Danny Rand traci swoich rodziców. Zostaje jedynym ocalałym. Trafia on do Kun-Lun, zakonu, który szkoli młodego chłopca na niesamowitego wojownika Iron Fista - obrońcę i zaprzysiężonego wroga The Hand, który nie spocznie, póki nie zlikwiduje morderczego klanu. Danny (Finn Jones), po wielu latach treningu i szkolenia, odchodzi z Kun-Lun i wraca do Nowego Yorku, gdzie chce odzyskać swoją tożsamość i dowiedzieć się prawdy o swojej przeszłości.

Zastaje jednak chłodne powitanie. Traktowany jest wręcz z pogardą. Nikt bowiem nie wierzy w powrót Danny'iego Randa z zaświatów po prawie 15 latach, nie ma żadnego dokumentu tożsamości, do tego wygląda jak przybłęda i zna sztuki walk wschodnich. Kolejny jakiś niedorozwinięty kretyn, który myśli, że może zmienić świat. W pewnym momencie trafia nawet do psychiatryka. Musi jednak udowodnić, że jest tym dzieciakiem, który chce odzyskać swoje dobre imię i firmę, która mu się należy. 

Danny więc próbuje przekonać Warda (Tom Pelphrey) oraz Joy Meachum (Jessica Stroup), dzieci zmarłego Harolda Meachuma (David Wenham), że jest prawowitym dziedzicem Rand Enterprises. W końcu kiedyś się kolegowali, a Harold był współzałożycielem i przyjacielem ojca Danny'iego. Wszystko się z czasem komplikuje. Nie dość, że Danny nie może przekonać nikogo do swoich racji, to jeszcze na horyzoncie pojawia się Ręka, która prowadzi nielegalny obrót narkotykami poprzez Rand Enterprises i ma jeszcze niecne plany względem Żelaznej Pięści. Danny musi więc chronić swoje imię, swoich bliskich, a także stawić czoła swojemu przeznaczeniu. 


Powiem szczerze, że nie wiem, co sądzę o Dannym, naprawdę. Mam tak mieszane uczucia, co do postaci wykreowanej przez Finna Jonesa, że ciężko mi wyrobić zdanie na jego temat. Jest młody, niedoświadczony zarówno w cywilizowanym świecie, relacjach międzyludzkich, jak i w walce z wrogiem, o którym tylko czytał lub słuchał wyszukanych historyjek. Na pewno gubi się w nieznanym mu dotychczas świecie, nie rozumie czemu ludzie mu nie wierzą i kombinują za jego plecami. W pewnym momencie nie wie nawet komu ufać. Rozumiem, skąd u niego bierze się gniew, poczucie niesprawiedliwości, zemsta i nawet nieumiejętność logicznego myślenia. Chcą go wyrzucić z firmy, chcą go zabić na każdym froncie, chcą się go pozbyć, manipulują nim, kłamią. Chłopak nie ogarnia życia po prostu. Często współczułam mu w walce z namnażającymi się przeciwnikami, ale w pewnym sensie sam odpowiada za swoje niepowodzenia. Bez przemyślenia i większego namysłu pakuje się w największe bagno, w pewnym momencie doprowadza firmę do ruiny, jest nieodpowiedzialny i czasami zachowuje się jak dziecko. Trzęsie się ze strachu, ma jakieś napady nerwicowe, ma wieczną minę mordercy, który jednak jest za słaby, żeby zabić. Czekałam na moment, kiedy Danny zacznie ssać kciuka i błagać o pomoc. Z drugiej strony Danny nie jest taki zły i nie mogę powiedzieć, że mnie bezustannie wkurza. Ma też swoje lepsze sceny. Mam więc problem z oceną postaci Randa i mam nadzieję, że I. sezon to dopiero przedsmak tego, kim tak naprawdę stanie się Iron Fist. Na razie to jest ''a kid with a glowing fist''. 


Jak dla mnie ciekawiej rozpisanym bohaterem jest Ward. Na początku jawi się jako typowy biznesmen bufon, który ma w dupie co się dzieje z Dannym. Chce tylko utrzymać się na stanowisku, zarabiać kasę, rozwijać interesy i tyle, a wszelkie przeszkody eliminować. Potem jednak dowiadujemy się, że służy swojemu jednak-żyjącemu-acz-nieżyjącemu-w-normalnym-świecie-tylko-w-ukrytym-apartamencie-ojcu, ma problemy z narkotykami, musi okłamywać siostrę, choć wcale nie ma ochoty. Przez chwilę myślałam, że jest antagonistą, dopuścił się nawet morderstwa (?), ale potem zrozumiałam, że został człowiekiem zepsutym przez ojca, który traktuje syna jak śmiecia, każe robić co trzeba, wykorzystuje do swoich niecnych celów, żeby potem nim gardzić, bić go, wyżywać się na nim, grozić i zepsuć mu życie na każdym froncie. Harold po prostu ciągle przypomina Wardowi, że jest rozczarowany synem, nic bez niego nie dokona, a jego prawdziwym oczkiem w głowie jest Joy, która nawet nie wie, że ojciec żyje. Ward w końcu nie wytrzymuje presji, ucieka w substancje odurzające, doprowadza się do ruiny, w pewnym momencie nawet zabija z premedytacją, ma dosyć bycia manipulowanym. Ma wyrzuty sumienia, ma poczucie życia w kłamstwie, chce powiedzieć siostrze o wszystkim, lecz wtedy, kiedy wychodzi na prostą jest już sam i nie ma nikogo. Co prawda na początku miałam wątpliwości, czy wątek popadnięcia w narkotyki mi pasuje, nie czułam, żeby to było istotne dla postaci, ale jednak z czasem coraz bardziej rozumiałam Warda, współczułam mu i chciałam, żeby wszystko się wyjaśniło, bo facet zasłużył sobie na szczęście i happy end. Powiem nawet, że Ward jest lepiej wykreowaną postacią niż Danny, ma o wiele ciekawszą historię i jest taki autentyczny. Nie jest święty, nie jest dobry, ani zły, jest po prostu człowiekiem, a wszystko co robił, robił dla dobra siostry. Zniewolił mnie także jego amerykański akcent. 


Zupełnie odwrotnie ma się sprawa z Joy. Na początku jest miła, sympatyczna, trochę wątpi co się dzieje, ma dosyć oszustw i kłamstw ze strony brata, potem ojca. Stara się pomóc Wardowi, Danny'iemu, ogarnia całą firmę, gdy nikt tego nie robi. Z czasem jednak coraz bardziej irytuje mnie jej ślepota, jej naiwność i to, że zrobiono z niej córkę idealną, kiedy Ward poświęca siebie i swoje życie, żeby ją ratować. Końcówka serialu w ogóle mnie zbiła z pantałyku i nie wiem, chyba jeszcze bardziej Joy mnie zdenerwowała. 

W produkcji występuje kilku złoczyńców. W pewnym momencie nawet nie wiadomo kto jest dobry, a kto zły, bo tyle tego napakowali. Mamy m.in. Madame Gao (Wai Ching Ho), która niby jest malutką, bezbronną staruszką, ale jednak jest zabójcza, a jej metody manipulacji i zatruwania ludzkich serc/umysłów są naprawdę straszne. Gao jest świetnym villainem i od początku do końca wiadomo, że jest to zło wcielone. Genialna kreacja pani Wai, i choć pojawiła się np. w Daredevilu, to dopiero tutaj uważam, że najbardziej zabłysła. Gao udowadnia, że nie trzeba umieć walczyć, wystarczy słowami owijać ludzi i doprowadzać ich do szaleństwa. 


Innym villainem, który początkowo wydaje się sympatycznym i prawym człowiekiem, jest Bakuto. Okazuje się z czasem, że jednak taki prawy to on nie jest, wbrew wyniosłym zasadom, które wyznaje. Tak naprawdę jest dowódcą frakcji The Hand, która wcale jest nie mniej brutalna od tej, którą dowodzi Gao. Od początku czułam, że gostek śmierdzi podejrzanie i stwierdzam, że mój nos się nie mylił. Kawał drania, który tym bardziej irytował, bo miał taką sympatyczną buzię, a z ust sączył się taki jad... 

No i tak przechodzimy do, jak dla mnie, najbardziej kontrowersyjnej postaci, czyli do Harolda Meachuma. Na początku wydaje się być zły, potem znowu dobry, żeby potem tak mi namieszać we łbie. W końcu jednak okazuje się być totalnym złolem. To on stoi za śmiercią rodziców Danny'iego, to on zawiera sojusz z Gao, to on naprawdę przejmuje firmę, choć pozornie wydaje się, że czyni to Ward, to on rujnuje życie zarówno Wardowi, jak i Danny'iemu. Te momenty, kiedy wydawało mi się, że Harold jest w porządku, to były tylko pozory. Za maską prawego człowieka tak naprawdę stoi potwór. Widziałam Davida Wenhama we właściwie dwóch filmach; Władcy Pierścieni i Van Helsing. W pierwszej produkcji grał niedocenianego syna, chcącego jedynie ujrzeć miłość w oczach ojca, a w drugiej zabawnego i ciapowatego pomocnika protagonisty. W Iron Fiście zagrał złoczyńcę i wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że David potrafi grywać tak różne postacie. Przerażał mnie wręcz w serialu i to w pozytywnym sensie. Pokazał, że nie ogranicza się w wyborze ról i jest naprawdę utalentowanym aktorem. 


No i dosłownie na chwilę warto wspomnieć o dwóch istotnych bohaterkach, które czuwają u boku Żelaznej Pięści, mianowicie Colleen Wing (Jessica Henwick) oraz Claire Temple (Rosario Dawson). Tą drugą można było spotkać w poprzednich serialach. Jejku, ona jest taka fajna! Jest pomocna, życzliwa, służy dobrą radą, w sytuacjach najbardziej napiętych jest najbardziej trzeźwa, ma poczucie humoru i po prostu cieszę się, że mogę ją widzieć za każdym razem. Nie wiem też co powiedzieć o Colleen. Na początku gra taką silną i niezależną kobitkę, którą zdecydowanie denerwuje towarzystwo Danny'iego, żeby potem przy jego następnych odwiedzinach się zakochała i stała się taka niewinna i krucha. Potem ciągle chce mu pomagać. Troszkę po macoszemu potraktowano jej postać i tak nagle przeskoczono między Colleen-chłopczycą a Colleen-zakochana po uszy w Danny'm. Nie wiem co o tym sądzić. Co nie oznacza, że nie lubię pani Wing. Wydaje się całkiem fajną bohaterką i zobaczymy jak potoczą się jej dalsze losy. 


Bardzo podoba mi się, że w produkcji występują nawiązania do poprzednich seriali. Jest wzmianka o Karen, o Luke'u, o Daredevilu, pojawia się także Jeri Hogarth, która pomaga Danny'iemu wygrzebać się z kryzysu, nie wspominając o wyżej wymienionej Madame Gao czy Claire, które definitywnie spajają całe uniwersum. 

Czas może przejść do strony techniczno-wizualnej Iron Fista. Efekty specjalne są słabsze niż we wcześniejszych serialach. Sceny walki wyglądają trochę nienaturalnie. Słychać dźwięk kopania, ale nie widać jakby tego na ekranie, że ten kopniak jest dostarczony z odpowiednią siłą. Czasami widać, że postacie się nawet nie dotykają, kiedy dochodzi do starć. Po prostu nie dopracowano scen walk należycie, choć pomysł był dobry. Podobała mi się ta żółta pięść, ale za rzadko się jakby ukazywała i chciałabym zobaczyć jej prawdziwy potencjał. Muzyka filmowa w wykonaniu Trevora Morrisa jest całkiem w porządku, w pewnych momentach wyczuwałam inspirację z filmu Tron; Dziedzictwo. Ubolewam trochę, że nie dodano kilku instrumentów charakterystycznych dla krajów azjatyckich. W końcu Iron Fist jest postacią kojarzoną właśnie z kung fu etc. 


Summa summarum, Iron Fist nie jest aż tak tragiczny. Da się go obejrzeć, ja się np. wciągnęłam i podobały mi się zaskakujące zwroty akcji. Niemniej serial nie jest idealny, występuje kilka niedociągnięć czy braków, sama postać Danny'iego nie powinna mnie więcej tak irytować. Zobaczymy czym się Żelazna Pjona wykaże w Defenders. Oceniam serial na takie niecałe 7/10.


piątek, 1 grudnia 2017

Muzyczne podsumowanie listopada!

Witajcie, kochani!

Miesiąc listopad dobiegł już końca. Smutne, acz prawdziwe. Ledwo się obejrzysz, a tu już kolejny rok z rzędu się kończy. Co się działo w moim życiu w listopadzie? Miałam tą podwójną przyjemność wybrać się do kina na Thor; Ragnarok i obejrzeć kolejny serial duetu Marvel/Netflix, którego recenzję wkrótce będziecie mieli sposobność przeczytać. Ponadto świętowałam swoje urodziny i nakupowałam tyle pierdół, że przez najbliższe kilka miesięcy muszę się opamiętać;D. Niemniej nie żałuję niczego!


Listopad był obfity w muzykę i z bólem mi teraz przychodzi skracanie listy. Znowu będę musiała część utworów przełożyć na następny miesiąc. No nic, nie ma rady. Dzisiaj przynajmniej zrobię wyjątek i zafunduję Wam 15 utworów;D. Miłego słuchania!

15.) Black Math – Heat Stroke



14.) Really Slow Motion Ft. Giant Apes - Laniakea



13.) MAGIC – Darts In The Dark



12.) Shawn Mendes - Honest



11.) Within Temptation Ft. Tarja – Paradise (What About Us)



10.) Thirty Seconds To Mars – Walk On Water



09.) Gothic Storm – Whisper Of Hope



08.) James Newton Howard – He Sleeps



07.) Indila – Love Story



06.) Justin Bieber Ft. BloodPop – Friends


 

05.) Liz Huett - Rainbow




04.) Jax Jones Ft. Demi Lovato – Instruction



03.) HI-Finesse – Omega



02.) Jay Sean Ft. Davido – What You Want

https://www.youtube.com/watch?v=aNOvVHtW2l4

01.) Sad Romance (Violin Version)





Kolejnością się zbytnio nie przejmujcie, gdyż z mojej długaśnej listy wybieram poszczególnie utwory i przez najbliższy czas będzie to trochę takie wybieranie na zasadzie pi razy drzwi. Kiedyś na pewno mi się to wyrówna. Tymczasem enjoy!

Na razie w moich listach pomijam utwory Two Steps From Hell, gdyż ostatnio przygotowuję recenzje albumów tejże orkiestry i tam będę skupiać się na ich muzycznym dorobku;).

Niestety nie mogłam znaleźć lepszej jakościowo i długościowo wersji utworów nr. 3 i 8. 






piątek, 24 listopada 2017

Luke Cage - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani!

Czwarty już serial duetu Marvel/Netflix, który wypada w kolejności, to Luke Cage. Gościnnie postać ta pojawiła się w Jessica Jones. Teraz przyszedł czas na jej solowy występ. 


Twórca; Cheo Hodari Coker
Premiera; 30.09.2016 (Polska)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Mike Colter, Alfre Woodard, Mahershala Ali, Theo Rossi, Rosario Dawson, Simone Missick, Eric LaRay Harvey
W pozostałych rolach; Jaiden Kaine, Ron Cephas Jones, Karen Pittman
Nagroda; Saturn Najlepszy serial w nowych mediach


Carl Lucas (Mike Colter) to były, niesłusznie oskarżony, skazaniec, który w wyniku pewnych komplikacji w trakcie eksperymentu, zyskuje kuloodporną skórę, super-siłę oraz wytrzymałość. Ucieka z pilnie strzeżonego zakładu, przybiera nowe imię i nazwisko Luke Cage i próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Pracuje w zakładzie fryzjerskim u Pops'a, dorabia sobie w klubie Harlem's Paradise i wiedzie mu się nie najlepiej, ale w miarę stabilnie. Nic co dobre nie trwa jednak wiecznie.

Trzech młodych opryszków okrada miejscowego mafiosa i handlarza bronią, Cornella ''Cottonmoutha'' Stokesa (Mahershala Ali). Dobroduszny i kochany przez wszystkich Pop chce poświadczyć za chłopaków i dogadać się z Cottonmouthem, mając na uwadze ich niegdysiejszą znajomość oraz niedojrzałość nierozsądnej młodzieży. Akcja jednak toczy się fiaskiem, cały zakład leży w gruzach, a Pop ginie. Cały Harlem jest wstrząśnięty, a niepraworządność szerzy się na ulicach miasta. Grabieże, nielegalny handel, pranie brudnych pieniędzy, coraz częstsze strzelaniny. Luke w końcu stwierdza, że nie może patrzeć bezczynnie jak ludzie cierpią, sam więc bierze się za wymierzanie sprawiedliwości.


Wszystko się jednak komplikuje. Stokes nie jest bowiem jedynym utrapieniem Cage'a. Do ekipy bandziorów dołącza tajemniczy wysłannik jeszcze bardziej tajemniczego Diamondbacka (Eric LaRay Harvey), Shades (Theo Rossi) oraz pani polityk Mariah Dillard (Alfre Woodard), która jest kuzynką Cornella i razem współpracują, aby zdobyć pieniądze. W taki czy inny sposób.

Na drodze Luke'a pojawia się wkrótce piękna i sprytna detektyw Mercedes ''Misty'' Knight (Simone Missick), która również chce zakuć w kajdanki oszustów czy morderców i niejako, chcąc nie chcąc, oboje współpracują ze sobą, choć Luke niejednokrotnie zostaje wciągnięty w pasmo intryg i jest oskarżany o rzeczy, których nie popełnił. Innym sojusznikiem Cage'a okazuje się być niezwykle mądra i obrotna pielęgniarka Claire Temple (Rosario Dawson), nieraz okazująca wielką pomoc kuloodpornemu herosowi, który nie na wszystko jest jednak kuloodporny. Cała ekipa zmierza do schwytania przestępców, którzy winni są śmierci wielu niewinnych ludzi.


Serial jest naprawdę ciekawy i myślę, że wcale nie gorszy od poprzednich produkcji, nawiązujących do uniwersum Marvela. Przede wszystkim klimat jest unikatowy. Akcja toczy się w Harlemie, mieście w większości zamieszkanej przez czarnoskórych (apropos wydarzenia z filmu The Incredible Hulk miały miejsce właśnie w Harlemie). Dominuje muzyka typowo jazzowa tudzież hip-hop, charakterystyczne graffiti, styl ubierania się, slang... to wszystko nadaje produkcji takiego smaczku i oryginalności. Co więcej, sama muzyka filmowa w wykonaniu Ali'ego Shaheed Muhammada i Adriana Younge'a stanowi bardzo fajne tło do wydarzeń w serialu.

Luke Cage jest ciekawie przedstawioną postacią. Jest dość tajemniczy, samotny, stroni raczej od ludzi, lecz jeśli już się angażuje w znajomość to całym sobą. W dodatku ma spore powodzenie wśród płci pięknej, nie tylko Jessica uległa jego wdziękom, lecz także Misty i Claire. Dzięki kilku retrospekcjom poznajemy jego przeszłość, zarówno wydarzenia w więzieniu, jak i wtedy, gdy był jeszcze nastolatkiem. Facet ma trudne życie i czegokolwiek się nie podejmie, tak zawsze ktoś ma na niego haka. Mam wrażenie, że jako jeden z nielicznych naprawdę kocha Harlem i ludzi, którzy w nim przebywają. Nie mówi za wiele, nie chełpi się, chowa się w bluzie z kapturem, ale jego czyny świadczą o tym, że warto walczyć o to, co kochamy.




W serialu nie ma właściwie jednego złoczyńcy, jest ich kilku i każdy z nich w jakichś patetycznych przemowach przekonuje innych o tym, jak miasto jest ważne, że się rozwija i istotny jest dobrobyt, duch Harlemu, muzyka i kultura. Prawda jest jednak taka, że nic dobrego w to miasto nie wnosili, a ich wypowiedzi nijak się mają do rzeczywistości. Mamy więc Cottonmoutha, który wydaje się być jakby liderem wśród wszystkich antagonistów. Tak naprawdę jednak jego postać w ogóle mnie nie zainteresowała, może poza złowrogim śmiechem, a i tak długo go nie było w serialu. Owszem, pokazano fragmenty jego mrocznej przeszłości i genezę powstania prawdziwego Cottonmoutha, ale... no zabrakło mi coś w jego postaci.

Znacznie ciekawiej przedstawioną antybohaterką jest Mariah Dillard, która niby początkowo wydaje się być nawet niewinna. Nie chce mieć nic wspólnego z handlem bronią ani kolejnymi morderstwami. Pragnie jedynie pieniędzy, żeby rozwijać swoją kampanię polityczną. Po kilku epizodach stwierdziłam, że to było świetne wprowadzenie. Mariah okazuje się być doskonałą manipulantką, genialnie wciskającą kit i rujnującą życie innym ludziom. Na początku jeszcze wydawała się porządną kobitką, ale potem już zmieniłam zdanie. Jej zapędy podsyca Shades, który jest nie mniejszą kanalią i ciekawi mnie jak dalej potoczą się losy tegoż zabójczego duo.



Na chwilę pojawia się także inny gracz, czyli Diamondback, który okazuje się być przyrodnim bratem Luke'a i chce go zabić, przy okazji skrzętnie zatruwając mu życie. Według mnie dodano go do produkcji tylko dlatego, żeby jakoś fajnie zakończyć pierwszy sezon, żeby Luke miał godnego swoich mocy przeciwnika. Z jednej strony to fajnie, bo walka między nimi pokazuje pełen zasób mocy i umiejętności Luke'a, ale z drugiej strony tenże villain okazuje się być bezużyteczny i mało potrzebny w serialu. Jakby go nie było to jakoś nie poczułabym się skrzywdzona.

Dla mnie ulubioną postacią w całym serialu jest Misty Knight. Jest śliczna, mądra, sprytna, uparta, momentami zabawna, troskliwa i taka naturalna. Miewa chwile gorsze czy lepsze, ale dla mnie jest taka ludzka i naprawdę fajna z niej babeczka. Nigdy się nie poddaje, choć również przeszła przez niejedno piekło. Uwielbiam Misty i choć na początku nie byłam do niej przekonana, tak cieszę się, że mi to przeszło. Jest jedną z moich ulubionych serialowych postaci. Być może ujrzę ją kiedyś z metalową, bioniczną ręką tak jak w komiksach.


Raduje mnie też ponownie pojawienie się Claire, która występuje w każdym Netflixowym serialu i jakby spaja całe to uniwersum. Jej rola, wbrew pozorom, poza opatrywaniem ran, jest niezwykle istotna i naprawdę fajnie, że wspomina o Jessice, Mattcie czy o innych ważnych wydarzeniach z poprzednich produkcji. Claire to taki Nick Fury Netflixa, można powiedzieć, zbiera powoli ekipę do kupy, dosłownie i w przenośni. Defenders assemble;P.

Efekty specjalne w serialu także są nienaganne. Może nie ma takiego potoku krwi jak w Daredevilu, ale jest mnóstwo łamania kości i pękających ścian. Luke z taką łatwością pokonuje każdego kto staje mu na drodze. Pacnie lekko gościa w twarz, a tamten ląduje na drugim końcu sali/ulicy. Podniesie rękę i lekko odepchnie delikwenta, a ten już mdleje. Wszystko zostało tak fajnie pokazane, z jaką lekkością i łatwością Luke posługuje się swoimi zdolnościami i nie musi wkładać w to dużego wysiłku.

Summa summarum, serial Luke Cage trzyma poziom wcześniejszych produkcji. Podoba mi się klimat, sceny walki, mnóstwo zwrotów akcji, które mnie niejednokrotnie wbiły w fotel, Misty Knight is my girl;P. Niemniej po macoszemu potraktowano temat złoczyńców w produkcji, a ostatnie sceny ostatniego epizodu nie dają mi spać spokojnie, bo wiem, że jeszcze tyle będzie się działo i aż boję się i cieszę jednocześnie, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć dalsze przygody moich mniej lub bardziej lubianych herosów. Generalnie jestem zadowolona i cóż... czekam na dalszy rozwój akcji! Serial oceniam na 8/10.


piątek, 10 listopada 2017

Daredevil - recenzja II. sezonu

Witajcie, kochani;)

Jedziemy dalej z serialami duetu Marvel/Netflix. Tym razem przyszło mi się zmierzyć z II. sezonem przygód Diabła z Hell's Kitchen - Daredevil!


Twórca; Drew Goddard
Premiera; 18.03.2016 (Polska)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Charlie Cox, Elden Henson, Deborah Ann Woll, Elodie Yung, Jon Bernthal
W pozostałych rolach; Peter Shinkoda, Scott Glenn, Rosario Dawson, Vincent D'Onofrio, Geoffrey Cantor, Rob Morgan, Royce Johnson, Stephen Rider
Nagrody; Saturn Najlepszy serial w nowych mediach
                 Złota Świnka Skarbonka Ulubiony program online


Matt Murdock (Charlie Cox) za dnia pracuje jako adwokat w dosyć średnio prosperującej firmie Nelson&Murdock. Pomaga mu w obowiązkach wierny przyjaciel Foggy (Elden Henson) oraz asystentka Karen (Deborah Ann Woll). W nocy zaś Matthew przywdziewa maskę Daredevila i wymierza sprawiedliwość na własną rękę. Trzyma się jednak jednej żelaznej reguły, której nigdy nie łamie; nie zabija. Można powiedzieć, że w II. sezonie jest to taki temat przewodni, główna myśl, coś z czym Daredevilowi przyszło się zmierzyć. Czy właściwym jest zabijać w okrutny sposób paskudnych złodziejów, morderców, rzezimieszków, by nigdy więcej nikogo nie skrzywdzili, czy lepiej byłoby oddać ich w ręce sprawiedliwości, do więzienia, łudząc się, że którychś ze zbirów odkryje w sobie pokłady dobra?


Do namysłu zmusza Matta pojawienie się nowego gracza, którym jest Frank Castle (Jon Bernthal), zwany Punisherem. Z pozoru bezwzględny morderca, bez skrupułów, chwytający się najbrutalniejszych metod zabijania, wzbudza swoim postępowaniem sensację w całym mieście. Frank bowiem zabija tylko tych, którzy na to zasługują, największych złoli jakich nie widział Nowy York. Morduje tych, którzy zniszczyli mu życie i muszą zapłacić za swoje czyny.

Czy więzienna kara wystarcza? W końcu morderca wróci na wolność i będzie czynić dalej paskudne rzeczy. Gwałciciel z powrotem będzie wyrządzał krzywdę. Czy istnieje jeszcze sprawiedliwość na świecie? Światełko w tunelu dostrzega Matt, który wierzy, że w ludziach, w każdym z nas, tli się dobro i każdego można ocalić. Nie nam przychodzi decydować, kto ma żyć, a kto umierać.


Do tego, w i tak już skomplikowanym życiu Matta, pojawia się Elektra Natchios (Elodie Yung), dawna miłość ze studiów, która z pomocą Daredevila chce rozgryźć tajną organizację The Hand; bardzo niebezpieczną sektę, zagrażającą Hell's Kitchen. Nie na tym jednak kończy się ich znajomość. Stara miłość nie rdzewieje, a przy okazji Matt zakochuje się w Karen. Pikanterii całości dodaje niespodziewany powrót kilku postaci, które zdecydowanie nie ułatwią życia biednemu Mattowi jak chociażby Stick (Scott Glenn), Nobu (Peter Shinkoda), podejrzana Madame Gao czy sam Wilson Fisk (Vincent D'Onofrio), który nawet za kratami góruje nad Daredevilem i jest w stanie kupić całą policję. Diabeł więc ponownie musi ocalić miasto przed złem.


Prawdę mówiąc, mam mieszane odczucia co do tego II. sezonu. Naprawdę. Nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony niezwykle mi się podobał, a z drugiej zostaje mi taki mętlik w głowie i niedosyt, że nie wiem w końcu jaki mam stosunek do tejże produkcji. Zacznę może od początku.

Najbardziej w całym serialu podoba mi się interakcja na linii Matt-Foggy-Karen, zwłaszcza na początku, gdy naprawdę wiedzie im się dobrze, spotykają się w barze i wszyscy są szczęśliwi. Pięknie pokazano przyjaźń między nimi i z uśmiechem oglądałam każdą scenę, gdy przyjaciele spotykali się i rozmawiali, czy to na temat firmy, czy tak po prostu. Uwielbiam Foggy'iego i jego zaangażowanie w cokolwiek się nie tknie, włącznie w przyjaźń z Mattem, która do najłatwiejszych nie należy. Tak samo kibicuję Karen i Mattowi. Wiem, że na początku łączyłam Karen i Foggy'iego, ale teraz ewidentnie zmieniam zdanie. Karen i Matt są tacy słodcy, za każdym razem jak się spotykają czuć tę niesamowitą chemię między nimi, oboje są sobą uroczo zawstydzeni. Nie wiedzą o czym rozmawiać, a nawet Matt, który ewidentnie ma powodzenie wśród płci pięknej, traci swoją pewność siebie i jakby... jest oszołomiony tym, że nie umie z siebie nic wydusić. Tak właśnie wygląda prawdziwa miłość - doprowadza cię do szaleństwa i każdą scenę interakcji między nimi oglądałam z wypiekami na twarzy!


Cieszę się, że skupiono się na postaci Matta, któremu naprawdę nie jest lekko z pogodzeniem życia osobistego, zawodowego i jeszcze tego ''superbohaterskiego''. Nie raz widzę, że chłopak nie daje rady i wymięka, już jest na skraju wyczerpania zarówno fizycznego, jak i duchowego, psychicznego. Skurczybyk się jednak nigdy nie poddaje i kiedy już chce mi się płakać i iść mu z pomocą, to wtedy on wstaje i dąży do swojego celu, nie ważne jak bardzo oberwie. Za to uwielbiam Daredevila. Nigdy się nie poddaje, jest mega-uparty i czasem mnie to irytuje, ale dzięki temu nic nie jest w stanie go złamać. Podziwiam też jego niezłomność i wiarę. Nie wspomniałam tego we wcześniejszej recenzji, ale Matt jest wierzącym katolikiem i pragnie żyć w zgodzie z Bogiem i jego przykazaniami. Dlatego nie chce zabijać.

Co nie oznacza, że Matthew jest święty, wkurzył mnie swoim wyznaniem miłosnym. Byłoby fajnie, gdyby był taki szczery z Karen, ale wolał jednak się chajtnąć z Elektrą! Ja rozumiem, że wciąż czuje do niej miętkę, że kocha ją, bo była jego pierwszą miłością, która odcisnęła dość duże piętno na jego sercu, ale no proszę. Nie czuję tej więzi między nimi, pomimo licznych flashbacków czy rozmów między nimi. Widziałabym ją z Daredevilem jako wspólnicy, razem zwalczających zło, ale że parę to nie. Pewnie gdyby nie tragiczny wypadek Elektry, to poszedłby z nią wszędzie, a tak to nie zostało mu nic więcej to wraca do Karen. Tu zachowanie pana Murdocka mi się nie spodobało.


Skoro już mowa o Elektrze to sama nie wiem co o niej myśleć, szczerze. Na pewno jest postacią intrygującą, której rola myślę, że się nie skończyła. Potrafi być seksowna, czarująca, zabójcza do potęgi, ale również momentami niepewna, łagodna i delikatna. Finałowe rozwiązane jako, że Elektra jest Black Sky, potężną bronią Ręki, której strzegą od wieków... tego trochę nie kupuję. Nie umiem wypowiedzieć się na jej temat, naprawdę.

Lepiej przyjdzie mi opowiedzieć coś o Punisherze, który jest zdecydowanie postacią kontrowersyjną, która też wywołała ogromny zamęt i to od początku trwania serialu. Wydaje się, że jest złolem bez serca, który nic więcej nie robi tylko zabija bez skrupułów. Z drugiej strony jest on mężem i ojcem, który w tragicznym wypadku stracił wszystko co miał i co było dla niego najważniejsze. W każdym jego spojrzeniu widać ból po stracie i cierpienie, ale też radość ze wspomnień, które jakimś cudem zostały mu w pamięci po wypadku, z którego jakimś cudem ocalał. Nie mogę się doczekać na solowy serial o Punisherze, bo Jon Bernthal w swoim nowym wcieleniu jest naprawdę niesamowity i cieszę się, że tejże postaci poświęcą nieco więcej uwagi.


Podoba mi się także, że postacie drugoplanowe i ich rola w serialu została bardziej pogłębiona i nie są tylko niepotrzebnym tłem. Dodatkowym niuansem jest fakt, że seriale Netflixa łączą się w spójną całość i można spotkać np. Jeri Hogarth czy Claire Temple (Rosario Dowson), które również pojawiły się we wcześniejszych produkcjach.

Nie muszę chyba wspominać o rewelacyjnej choreografii scen walk i efektach specjalnych. Krew bryzga na ekran jeszcze obficiej niż w I. sezonie i nie powiem, niejednokrotnie zbierało mi się na wymioty. Uważam to jednak za ogromny plus, bo wszystko prezentuje się bardziej naturalnie. Tak samo, jeśli chodzi o muzykę. Sądzę, że John Paesano lepiej spisał się w tymże sezonie, skuteczniej oddziałując na moje emocje.

Co do minusów... nie wiem jak mam to ubrać w słowa, żebyście mnie zrozumieli. Przede wszystkim mnogość wątków czasami doprowadzała mnie do szaleństwa. Wątek Punishera, wątek Elektry, wątek Karen, Foggy'iego, nawet pojawia się Fisk, który jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Potem okazuje się, że to wszystko łączy się w jakąś ''logiczną'' całość. W pewnym momencie już się pogubiłam i nie wiedziałam, skąd np. Frank wie o istnieniu Ręki i czemu pomaga Daredevilowi, jak zakończyła się kwestia Blacksmitha, który niby zabił rodzinę Punishera, skąd ta chatka w lesie, jak znowu Fisk zyskuje swoją pozycję, choć nie ma pieniędzy, żeby wykupić sobie ludzi (tak przynajmniej zrozumiałam) i kto w końcu zabił szanowną panią z DA. Cieszę się, że wprowadzono nowe i ciekawe postacie czy tematy, które warto poruszyć, ale czasami łapałam się na tym, że już wszystko mi się miesza i mój mózg już nie ogarnia.


Mało tego... motyw The Hand w ogóle do mnie nie trafił czy Nobu ze swoją filozofią odnośnie Black Sky. Po co w końcu potrzebni byli ludzie, którym odsysano krew? Dlaczego byli posłuszni tym czerwonym ninjom? Dzieci w szpitalu, które zachowywały się jak zombie... ehh, to są rzeczy, które kompletnie do mnie nie trafiły. W dodatku zakończenie serialu, które niby daje nadzieję i taką motywację, a w rzeczywistości mnie osobiście zasmuciło;(. Jest sporo niedociągnięć, rzeczy, które wydają mi się zbędne i tylko komplikujące akcję.

Summa summarum, Daredevil to porządny serial, bardzo dobry, trzymający w napięciu, gwarantujący porządny wachlarz emocji, które będą targać sercem. Niemniej ma kilka wad, które muszę uwzględnić w swojej końcowej ocenie. Mam nadzieję, że następny serial okaże się bardziej optymistyczny dla głównych bohaterów pod każdym względem;). Moja ocena to 7/10.










piątek, 3 listopada 2017

Nowe przygody Boga Piorunów, czyli ''Thor; Ragnarok''!

Witajcie!

Oj, od bardzo dawna czekałam na ten film. Cała kampania reklamowa wywoływała u mnie istną burzę emocjonalną. Wszelkie zwiastuny, spoty telewizyjne, plakaty, fan arty... z każdej strony byłam bombardowana coraz to nowszymi informacjami i ciekawostkami, które aż kusiły i błagały, by już obejrzeć produkcję. Moja ekscytacja sięgnęła zenitu, gdy mogłam wreszcie zobaczyć najnowsze dzieło, traktujące o przygodach gromowładnego Thora. Tak więc, przejdźmy do rzeczy!


Reżyseria; Taika Waititi
Scenariusz; Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson
Premiera; 25.10.2017 (Polska)
Produkcja; USA
W rolach głównych; Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Tessa Thompson, Mark Ruffalo
W pozostałych rolach; Idris Elba, Jeff Goldblum, Karl Urban, Anthony Hopkins, Benedict Cumberbatch, Taika Waititi, Rachel House, Clancy Brown, Matt Damon


Trzeba przyznać, że wcześniejsze filmy, opowiadające o przygodach Thora, nie były jakieś zniewalające. Pierwszy Thor z 2011 roku był dosyć średnią produkcją. Fabuła średnia, pomysł średni, generalnie szału nie było, ale nie można powiedzieć, że było tragicznie, bo nie było. Druga z kolei część Thora o tytule Thor; The Dark World również nie była powalająca, acz będę jedną z nielicznych osób, która uważa, że sequel jest lepszy od części pierwszej. Wiem co mówię, bo drugi film o Thorze został zasypany falą hejtu i tak czytając czy słuchając przeróżne opinie można było wysnuć wniosek, że Mroczny Świat to jest najgorszy film Marvel Cinematic Universe. Można więc powiedzieć, że gromowładny bóg miał pecha, a jedynym elementem, dla którego ludzie chwalili te filmy, to był Loki. Złą passę miał przerwać trzeci z cyklu film, który w założeniu miał wyróżniać się pod każdym możliwym względem. Czy Thor; Ragnarok to najlepszy film o blond-włosym herosie? Czy przebija Strażników Galaktyki, jeśli chodzi o poczucie humoru? A może jest to najlepsza jak do tej pory produkcja Domu Pomysłów?

Trzeci z kolei film opowiada o losach Thora (Chris Hemsworth), który musi zapobiec końcu świata, czyli tytułowemu Ragnarokowi. Wiele jednak się zmieniło od ostatnich wydarzeń. Odyn (Anthony Hopkins) został skazany na banicję i wylądował gdzieś na Ziemi, Loki (Tom Hiddleston) wprowadza anarchiczne rządy w Asgardzie, a na horyzoncie pojawia się potężna Bogini Śmierci, Hela (Cate Blanchett), która pragnie tronu i nie cofnie się przed niczym, by odzyskać to co jej się należy. Niewiele jednak Thor może zrobić, gdyż wkrótce traci swój młot, a sam ląduje na przedziwnej planecie Sakaar, gdzie na arenie gladiatorów musi zmierzyć się ze swoim ''kolegą z pracy'', czyli Niesamowitym Hulkiem (Mark Ruffalo)!.


Do kina szłam z bardzo pozytywnym nastawieniem. Długo czekałam na ten film, bo od początku wzbudził moją ciekawość. Pierwsze trailery pokazały, że będzie zabawnie, kolorowo, wręcz absurdalnie, a klimatem produkcja nawiązywać ma do lat 80., czyli że będzie jeszcze kiczowato i coś na kształt Strażników.... Ja lubię się śmiać, lubię zmiany i uwielbiam Lokiego. Powiem Wam szczerze, że w ogóle się nie zawiodłam i mogę śmiało powiedzieć. Nie traćcie czasu, tylko idźcie do kina! Film jest niesamowicie niesamowity pod każdym możliwym względem. Żeby nie było chaosu, to zacznę może od bohaterów i fabuły, a potem przejdę do części technicznej i oprawy muzycznej.

Główną siłą napędową całej produkcji jest oczywiście sam Thor i jego nietypowa relacja z Bogiem Psot i Oszustw. Thor się zmienił. Jest inny, bardziej doświadczony, sam potrafi już przewidzieć kiedy Loki kombinuje i na pewno podłapał poczucie humoru po Tony'm Starku. Wcześniej jakoś nie przepadałam za Thorem. Nie czułam z nim jakiejś emocjonalnej więzi, nie umiałam się z nim utożsamić i był dla mnie zbyt idealny. Po obejrzeniu Ragnaroku z miejsca go polubiłam i zaczęłam mu kibicować. No i w końcu dotarło do niego, że bez młota jest równie silny, a nawet silniejszy, co bez Mjolnira. Loki (którego w filmie jest zdecydowanie więcej, yay!) także się zmienił. Nadal jest złośliwym kombinatorem, ale widać, że drzemią w nim pokłady dobra i teraz, kiedy Thorowi już wszystko jedno co się dzieje z bratem i zdaje sobie sprawę, że nie odmieni natury Lokiego, ten psotnik zaczyna walczyć i upominać się wręcz o uwagę Thora. Ich skomplikowana więź jest przecudnie przedstawiona w filmie i każda scena interakcji między nimi jest bombowa.


Innym ogromnym plusem jest pokazanie przemiany jaką odbył Hulk. Potrafi mówić, potrafi zrobić coś więcej niż tylko ''Hulk, smash'', zaskakuje w pewnych momentach. Zielony Olbrzym przypomina małe dziecko, które jest impulsywne, uparte i obrażalskie. Hulk tym razem odgrywa sporą rolę w filmie i cieszę się, że miał okazję pokazać, że nie jest tylko bohaterem drugoplanowym, jak to we wcześniejszych filmach się zdarzało (nie wliczam tutaj The Incredible Hulk, gdzie w rolę wcielił się Edward Norton). Tak samo Bruce Banner, po 2 latach nie bycia w swoim właściwym ciele, również okazał się być ciekawie napisaną postacią.

Warto też wspomnieć o dwóch głównych postaciach kobiecych, a mianowicie Heli oraz Valkirie (Tessa Thompson). Ta pierwsza to jest istne zło! Może jej motywy mnie specjalnie nie przekonały. Owszem, chce rządzić Asgardem, ale jakoś nie przeszkadza jej zabijanie wszystkich mieszkańców... czerpie moc z Asgardu i jednocześnie chce zniszczyć pozostałe Dziewięć Światów. No fajnie, coś nowego. Niemniej postać wykreowana przez Cate Blanchett ma w sobie coś, co naprawdę niepokoi i wzbudza respekt. Sposób, w jaki się porusza, przemawia, patrzy, gestykuluje. Nawet jak zakłada ten swój hełm i w jednej chwili rozprawia się z co najmniej połową asgardzkich wojowników. Jest to istna maszyna do zabijana. Zdziwić też może fakt, że jej historia ma korzenie jeszcze głębiej osadzone w historii MCU, co jest niezwykle zaskakujące i osobiście zaimponowało mi pokazanie  losów Heli z perspektywy czasu.


Druga bohaterka, czyli Valkirie, jest najlepszą definicją słowa ''badass''. Asgardzka wojowniczka, która doświadczyła sromotnej klęski w bitwie, popada w alkoholizm i dostarcza kolejnych pretendentów do walki na arenie. Nie zależy jej na niczym, tylko na kolejnym mocnym trunku. Jest sarkastyczna i nieobliczalna, a sama w walce nie ma sobie równych. Wzbudza respekt zarówno Thora, jak i Lokiego, dlatego może z nią nie zadzierają;P. Jest przecież słynną Valkirią! Tessa bardzo sprawdziła się w swojej roli i chciałabym zobaczyć ją jeszcze kiedyś w akcji.

Innymi cudownymi elementami w produkcji, o których muszę napomknąć, są postać Grandmastera (Jeff Goldblum) oraz Korga (Taika Waititi, czyli sam reżyser!). Zarówno jeden, jak i drugi, to są typowi złodzieje scen. Gdziekolwiek, kiedykolwiek się nie pojawiają wywołują uśmiech na twarzy i salwę śmiechu. Kocham, kocham i jeszcze raz kocham! Cieszyć może także krótki występ Doctora Strange'a (Benedict Cumberbatch). Pojawił się dosłownie na moment, tak już można dostrzec, że sporo się doszkolił od poprzedniego jego starcia z Dormmamu. Doszedł już do pewnej wprawy i miał swoje trzy grosze do powiedzenia/pokazania.


Jedynym bohaterem w filmie, który jakoś nie bardzo przypadł mi do gustu, jest Skurge (Carl Urban). POCZĄTEK SPOJLERA Gostek, który jest popychadłem, staje po stronie Heli,  żeby potem nagle się nawrócić KONIEC SPOJLERA. Niby pięknie i szlachetnie, ale tego nie kupuję i koniec. Inne postacie, które możecie znać z poprzednich części to np. Odyn, Heimdall (Idris Elba) czy króciuchny (aż zbyt króciuchny) występ Wojów Trzech.

Co ciekawsze, najfajniejszym elementem w filmie wcale nie jest główny wątek, czyli Ragnarok, koniec świata. Bardziej wciągająca jest ta otoczka wokół, czyli pobyt Thora na Sakaarze, powstawanie teamu i próba ucieczki (coś na kształt właśnie Strażników Galaktyki).


Jeśli chodzi o efekty specjalne to jest naprawdę wysoki poziom. Wizualnie Thor; Ragnarok to istna uczta dla oczu i uszu. Jest mnóstwo kolorów, intrygujących kreatur, przeróżnych światów. To wszystko tworzy przepiękną, artystyczną całość, na którą patrzy się z rozkoszą. Nie inaczej ma się sprawa w przypadku scen walk, których jest od groma i są pokazane przecudownie. Nie ma niepotrzebnych cięć czy kadrów, wszystko widać bardzo dokładnie, czasem nawet w zwolnionym tempie. Tak samo jest z muzyką skomponowaną przez Marka Mothersbaugha, która ewidentnie nawiązuje do klimatu lat 80. Zastosowano mnóstwo charakterystycznych dźwięków, kojarzących się z minionymi latami, nie zapominając także o partii orkiestralnej. To wszystko zostało właściwie wyważone i odpowiednio dopasowane do konkretnej sceny w filmie. Dodatkowo motyw przewodni, czyli utwór Immigrant Song Led Zeppelin dostarcza jeszcze większej adrenaliny i jak ulał pasuje do filmu. Istne cudeńko dla zmysłów.

Podsumowując, Thor; Ragnarok jest filmem rewelacyjnym, który na pewno zaskakuje i zachwyca. Jest mnóstwo easter eggów, ciekawych zwrotów akcji. Z kina wyszłam jak naćpana, bo jest to niesamowite doświadczenie, totalna jazda bez trzymanki. Owszem, kilka scen było, jak dla mnie, trochę naciąganych i potraktowanych po macoszemu, zwłaszcza motyw Wojów Trzech, a niektóre dowcipy tak nie do końca bawiły i zostawiały lekki niesmak, tak ogólnie rzecz ujmując, film jest wspaniały i polecam czym prędzej wybrać się do kina! Niewątpliwe Thor 3 to najlepsza część z trylogii. Całość oceniam na porządne 9/10!



PS. Są dwie sceny po napisach. Jedna w szczególności nawiązuje do kolejnego filmu. 

wtorek, 31 października 2017

Muzyczne podsumowanie października!

Witajcie, drodzy Vombelkowicze!

Październik minął mi jak z bicza strzelił. Pomyśleć, że niedawno rozpoczął się rok akademicki. Zrezygnowałam z wolontariatu w schronisku. Stwierdziłam, że teraz poświęcę swój czas na naukę i pracę w redakcji. Mam już dość ciągłego życia w biegu i stresie, też chcę sobie odpocząć, odetchnąć, cieszyć się życiem. Dalej kocham pieski i będę dążyła do tego, by przygarnąć kiedyś jakiegoś pupila, ale na chwilę obecną rezygnuję, co nie oznacza, że nigdy więcej już tam nie wrócę. Być może ponowię współpracę z schroniskiem jak tylko się życiowo ogarnę;D.

Dodatkowo w piątek wzięłam udział w Targach Książki w Krakowie. Udało mi się, po kilku godzinach stania w kolejce i duszenia się w puszce pełnej sardynek, zdobyć autograf Nicholasa Sparksa. Czy było warto... ciężko powiedzieć, bo nie przeczytałam ani jednej książki tego pana. Na Targi poszłam dla towarzystwa, żeby siostra miała wsparcie. Skorzystałam też z okazji i kupiłam sobie dwa komiksy Marvela, żeby potem szybciutko biec na seans Thor; Ragnarok. Recenzję ujrzycie wkrótce, także cierpliwości;).




W tym miesiącu udało mi się znaleźć mnóstwo fajnych kawałków, których liczba mieści się powyżej 20-stu. Postanowiłam więc podzielić listę. Teraz pokażę Wam jak zwykle 10 utworów, a najwyżej pozostałe piosenki przerzucę na listopadową listę. Tak myślę, że będzie najrozsądniej. Jak wygląda moja październikowa składanka? Zachęcam do odsłuchania.


10.) Clint Mansell – The Night Cafe



09.) Nickelback – After The Rain



08.) Downstait – Fight As One



07.) Linkin Park – The Catalyst



06.) Vince Staples – Bagbak





05.) Ed Sheeran – Perfect



04.) Kensington - Bridges



03.) The Script Ft. Nicky Jam – Rain




02.) Halsey – Sorry



01.) James Blunt – Always Hate Me




Tak przeglądam tę listę to jest bardzo zróżnicowana pod względem gatunkowym, więc myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jak poprzednio napisałam, drugą połowę składanki przerzucam na kolejny miesiąc, także... stay tuned!


piątek, 13 października 2017

Jessica Jones - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani;)

Następny serial duetu Marvel/Netflix, który wypada w kolejności, to Jessica Jones. Serial, który mnie osobiście szokuje pod wieloma względami.



Twórca; Melissa Rosenberg
Premiera; 20.11.2015 (USA)
Produkcja; USA
Dystrybucja; Netflix
W rolach głównych; Krysten Ritter, Mike Colter, David Tennant, Rachael Taylor, Carrie-Anne Moss
W pozostałych rolach; Eka Darville, Erin Moriarty, Susie Abromeit, Robin Weigert, Wil Traval
Nagrody;  Emmy Najlepszy oryginalny temat muzyczny Sean Callery
              Hugo Najlepsza prezentacja dramatyczna - krótka forma Jamie King, Melissa Rosenberg, Michael Rymer, Scott Reynolds za odcinek ''AKA Smile''



Jessica Jones (Krysten Ritter) to wrak człowieka. Już na początku serialu czuć, że przeszła przez niejedno i dopiero w kolejnych odcinkach można się przekonać, jak bardzo została skrzywdzona. Stroni od ludzi, odsuwa się od przyjaciółki, nawiązuje krótki romans i popada w alkoholizm. Na co dzień jest prywatnym detektywem i jest znana ze swoich nietypowych sposobów działania. Gardzi ludźmi, gardzi światem, w którym żyje i mogę powiedzieć, że gardzi samą sobą.

Pewnego razu dostaje zlecenie, by odnaleźć zaginioną Hope Shlottman (Erin Moriarty). Każdy kolejny trop uświadamia jej, że przeszłość, przed którą tak bardzo ucieka, ją właśnie dopadła. Właściwie każde kolejne zlecenie jakie otrzymuje i każda kolejna osoba, która umiera w niezwykle brutalny sposób (biedny Ruben;O) prowadzi ją do Kilgrave'a (David Tennant), człowieka, który potrafi kontrolować ludzkie umysły i który zniszczył Jessice życie. Od tego momentu Jones zdaje sobie sprawę, że musi go odnaleźć i zabić.


Jessica została naprawdę świetnie sportretowana. Widać, że przeszłość ją przytłacza i ciężko jej jest sobie poradzić w życiu, ale z drugiej strony nie brak jej poczucia humoru, a raczej sporej dawki ironii i sarkazmu. Nie jest jednak taka zimna jak się wydaje. Troszczy się o przyjaciółkę Trish Walker (Rachael Taylor), z którą właściwie zna się od najmłodszych lat. Nie jest to tak tylko powiedziane, dzięki licznym retrospekcjom mamy wgląd w trudne dzieciństwo obu młodych kobiet, dowiadujemy się jak Jessica straciła swoich rodziców i skąd wzięły się jej zdolności, czyli ogromna super-siła. W dodatku przelotny romans z czarnoskórym barmanem okazuje się, że dla Jessici nie był tylko przelotny, choć początkowo można odnieść takie wrażenie. Jessica nie może również pozwolić, żeby młodziutka Hope resztę życia spędziła w więzieniu przez Kilgrave'a, który bezkarnie rujnuje życie kolejnych osób.

Serial jest pełen wątków, które łączą się w jedną, spójną historię. Oczywiście wątek Jessici jest tym głównym i najważniejszym, ale mamy również wątek samego złoczyńcy, który odgrywa równie istotną rolę w całej historii. Też przeszedł przez piekło i ten ból, którego doświadczył zamienił go w paskudnego manipulanta i naprawdę sprytnego złoczyńcę, któremu nikt nie może się sprzeciwić. I to dosłownie. David Tennant genialnie sprawdził się w roli Kilgrave'a, jest naprawdę podstępny, ale potrafi być też niezwykle pociągający, elegancki, szarmancki, nawet romantyczny i chwilami naprawdę było mi go żal. Z Kilgravem można się utożsamić, zrozumieć jego motywy i niejednokrotnie podziwiałam go za inteligencję i umiejętność przewidywania ludzkich zachowań, ruchów. Do tego ten niesamowity brytyjski akcent, o mamuniu... jego głosu słuchało się z przyjemnością.


Na nieco dalszym planie mamy wątek Trish, sławnej ze swojego słuchowiska radiowego, która jest ogromnym wsparciem dla Jess i próbuje jej pomóc za wszelką cenę. Pojawia się też Malcolm (Eka Darville), który próbuje otrząsnąć się po tym co zrobił mu Kilgrave i chce odzyskać wiarę w ludzi. Postać Simpsona (Wil Traval) mnie okropnie irytowała. Ten facet mnie strasznie denerwował i nie mogłam na niego patrzeć. Glina, który chce zabić Kilgrave'a i przy okazji wszystkich wokół, którzy stają mu na drodze, bo zażywa jakieś super pastylki i zamienia się w bezmózgiego zabijakę. Nie mogłam go zdzierżyć-,-.

Na osobne rozważanie pozostawiam panią Jeri Hogarth (Carrie-Anne Moss), która dla mnie jest postacią kontrowersyjną, Jej wątek jest przedstawiony dosyć ciekawie. Pani adwokat, dla której nie ma sprawy przegranej, ucieka się czasami do oszustw i niecnych czynów, potrafi kochać na zabój swoją kochankę Pam (Susie Abromeit), by potem zniszczyć powoli życie swojej byłej żonie. Tak, serial nie boi się homo-seksualności i nie traktuje tego jako czegoś... nielegalnego, zabronionego.


Tak samo cieszy mnie pojawienie się w serialu Luke'a Cage'a (Mike Colter), kochanka Jessici. Co prawda w całej produkcji nie odgrywa jeszcze tak istotnej roli, przyjdzie na niego czas, ale cieszę się, że został tutaj pokazany, zarówno jako człowiek i superbohater. Jego relacja z Jess jest dość trudna, w serialu odgrywa raczej rolę drugoplanową, ale fajnie, że mogłam zobaczyć jego niezniszczalną skórę w akcji;P.


W całej produkcji tak naprawdę nie ma wielu scen akcji. Dużo jest motywów obyczajowych, detektywistycznych, kryminalnych, romantycznych. Jednak jeżeli już się ktoś bije to z pełną pompą. Efekty specjalne są naprawdę wspaniałe, bardzo naturalne. W serialu nie bali się porządnej rozpierduchy i lejącej się rzekami krwi. Klimat w zupełności przypomina ten z Daredevila, czuć, że dzieje się w tym samym uniwersum. Do tego muzyczny motyw przewodni Jessici Jones brzmi fantastycznie, wiernie oddaje nastrój filmu i postać główną. Pan Sean Callery się spisał bardzo dobrze. Generalnie podczas oglądania można się pośmiać, troszkę zdenerwować, wzruszyć. Gra aktorska jest na naprawdę wysokim poziomie.

Ciężko mi znaleźć jakiekolwiek minusy, bo serial wciąga jak ruchome piaski i to od pierwszego odcinka. Całość mi się bardzo podoba, może jest tam trochę niedociągnięć i końcowa scena wzbudza we mnie lekki niedosyt, ale generalnie oceniam serial bardzo pozytywnie i cieszę się, że Jessicę nie wcisnęli w spandexowy kostium, tylko zrobili z niej trochę taką chłopczycę;P. Daję ocenę 9/10




PS. W jednym z pierwszych odcinków można dostrzec nawet polski akcent<3