czwartek, 11 października 2018

Knock, knock, let the Devil in...

Witajcie, kochani!

Przyszedł czas na kolejny film Marvela, czyli Venom. Dla pewnej ścisłości. Film o Venomie nie jest w żaden sposób związany z Kinowym Uniwersum Marvela ani nie posiada żadnych nawiązań do Spider-Mana Toma Hollanda. Jest to oddzielny projekt od Sony Pictures, który próbuje zbudować swoje własne uniwersum superbohaterskie. Zobaczymy zresztą z jakim skutkiem...

Tak czy siak, tenże film wywołał kontrowersje jeszcze zanim wylądował pierwszy zwiastun. Po pierwsze, Sony zamierza zbudować własne uniwersum z udziałem komiksowych bohaterów Marvela, na czele właśnie z Venomem, Morbiusem, Black Cat czy Silver Sable. Po drugie, w opowiadaniu o Venomie nie ma być Pajączka, który jest ściśle związany z personą tego czarno-białego symbionta. Vice versa zresztą. Także od początku sam projekt wzbudzał pewne sensacje i mało kto wierzył w sukces kolejnego świata, który chciał stworzyć Sony (patrz --> seria The Amazing Spider-Man). Ja stwierdziłam, że podejdę do tej kwestii neutralnie i po prostu obejrzę tę produkcję, traktując ją jako czystą rozrywkę, tak jak zresztą każdy inny film o herosach/anty-herosach. Choć przyznam, że bardzo się nakręciłam, gdy dowiedziałam się, że głównego protagonistę/antagonistę ma zagrać Tom Hardy! Czy Tom dobrze się spisał? Jak generalnie wypada Venom i czy warto wybrać się do kina na seans? 


Reżyseria: Ruben Fleischer
Scenariusz: Scott Rosenberg, Jeff Pinkner
Premiera: 05.10.2018 (Polska)
Produkcja: USA
W rolach głównych: Tom Hardy, Michelle Williams, Riz Ahmed
W pozostałych rolach: Scott Haze, Reid Scott, Jenny Slate, Woody Harrelson


Świat ma dość superbohaterów. Wspaniałych kolesi, którzy zajmują się ratowaniem świata. Dlatego teraz nadchodzi on. Venom. Jedna z najsłynniejszych, najbardziej tajemniczych postaci z Uniwersum Marvela.

Eddie Brock (Tom Hardy) to dziennikarz, który nie boi się trudnych tematów. Idąc za jednym z tropów, trafia na ślad przerażającego planu połączenia człowieka z symbiontem. Symbiont to żywy organizm, który musi znaleźć jakiegoś nosiciela. Twórcy eksperymentu nazywają takich ludzi nowym, lepszym gatunkiem, bo symbiont wzmacnia ich siły i cechy osobowości. Tak dobre, jak i złe...

Wkrótce Eddie na własnej skórze przekona się, jak wygląda taka ''współpraca'' z symbiontem. Bo to właśnie jego ciało symbiont Venom wybierze na gospodarza. Czy można zachować człowieczeństwo, gdy tak łatwo jest robić co się chce dzięki sile i niezwykłym umiejętnościom Venoma?

A jednak walka o zachowanie własnej osobowości to tylko początek drogi, a przed Eddiem znacznie trudniejszy pojedynek. 

Eddie Brock (Tom Hardy) to doskonały dziennikarz śledczy. Nie przebiera w środkach i przez to czasami popada w różne kłopoty. Tak się akurat składa, że ma okazję przeprowadzić wywiad z tajemniczym i nieobliczalnym naukowcem Carltonem Drake'm (Riz Ahmed). Dochodzi jednak do spięcia między oboma mężczyznami i cały wywiad kończy się tym, że Eddie traci pracę, swoją ukochaną dziewczynę Annie (Michelle Williams) oraz mieszkanie. Jego życie zostało zrujnowane i biedak próbuje jakoś łączyć koniec z końcem. Nagle zwraca się do niego doktor Dora Skirth (Jenny Slate), która prosi Brocka o pomoc. Wie, że Carlton wykorzystuje biednych ludzi, aby wzięli udział w eksperymentach, które polegają na połączeniu symbionta oraz żywiciela. Po namyśle Eddie decyduje się na współpracę. Jego śledztwo kończy się tym, że sam zostaje zainfekowany, a jego nowym ''kompanem'' zostaje Venom - czarny symbiont, który postanawia zostać na Ziemi i pokrzyżować plany Riota, innego symbionta, który z kolei znajduje się w ciele Carltona Drake'a. Dochodzi do konfliktu, który może na stałe zmienić oblicze świata.


Czytałam przed seansem, że film ten zbiera same negatywne opinie. 30% na Rotten Tomatoes to jest nie najlepszy wynik. Trochę mnie to zasmuciło, bo bardzo czekałam na tę produkcję. Ba, nie mogłam się doczekać! W końcu zobaczę Venoma na ekranie! Powiem szczerze, że bardziej wyczekiwałam Venoma w kinach niż Ant-Man and The Wasp! Także wiadomość, że najnowszy projekt od Sony Pictures nie wypalił bardzo mnie zatrwożyła. Postanowiłam jednak dać filmowi szansę i z optymizmem poszłam do kina. Przyznam Wam, że wcale nie żałuję. Film nie jest wcale taki zły. Bawiłam się przednio, zresztą moja mama też :D.

Na największą pochwałę zasługuje oczywiście Tom Hardy w roli Eddiego Brocka/Venoma. Facet jest mega zdolny i niesamowicie utalentowany. Znałam go już wcześniej z innych filmowych ról i uważam, że Tom Hardy jest jednym z tych aktorów, który całym sobą angażuje się w każdy projekt i dąży do perfekcji. W przypadku Venoma jest nie inaczej. Zarówno w roli upadłego dziennikarza, jak i nieco sarkastycznego symbionta Tom spisuje się na medal (te Tomy chyba tak mają). Każdej z tych person nadaje własną osobowość, a z kolei każda z tych osobowości świetnie się uzupełnia. Interakcje na linii Eddie/Venom to jest chyba najlepszy element w filmie. Każda scena dialogu między nimi jest genialna. Oboje zmieniają się, swoje poglądy czy podejścia do pewnych spraw. Wzajemnie sobie pomagają i uświadamiają pewne rzeczy, których wcześniej nie dostrzegali. Bardzo mi się podoba ta dwoistość obojga i w przyszłości, jak będzie kontynuacja (z Sony nigdy nic nie wiadomo...), to chciałabym zobaczyć jak ich nietypowa relacja się rozwinie. Zwłaszcza, że często ten duet zapewniał najlepsze komediowe sceny :P.


Innymi ważnymi postaciami są Annie czy Carlton Drake. Co do Annie... Doceniam, że do tej roli zatrudniono Michelle Williams. Z tego co wiem jest świetną aktorką, ale w Venomie to jakoś jej kreacja mi nie zaimponowała. Jest typowym love interest głównego protagonisty. Poza tym trochę mnie zastanawia... No dobrze, Eddie nieco przyczynił się do tego, że straciła pracę w firmie, ale żeby od razu z nim zrywać, oddać pierścionek zaręczynowy i zerwać kontakt? W dodatku film nie wyjaśnia ile lat byli z sobą, podejrzewam, że jednak długo, skoro był pierścionek zaręczynowy i wspólne życie w jednym gniazdku domowym, ale żeby od razu odrzucać Eddiego, bo mu nie wyszło w pracy? Kłopoty zdarzają się zawsze i ona powinna raczej go wspierać, a nie zwalać na niego winę. Zresztą i tak udało jej się ułożyć sobie życie, znaleźć nową posadkę, nowego fagasa, a Eddie został sam, bez wsparcia, zapominany... Trochę mnie postępowanie Anne wybiło z pantałyku. Chyba, że ja się na związkach nie znam, to przepraszam. Tak czy siak, cieszę się, że później ogarnęła się i zdecydowała się pomóc Eddiemu/Venomowi. Hurray!

Głównym antagonistą produkcji jest oczywiście fanatyczny naukowiec-wizjoner Carlton Drake. Nie ma żadnych etycznych barier, dąży do celu po trupach, sądząc, że robi to dla dobra ludzkości. No fajne miał te swoje patetyczne przemowy, ale jakoś jego postać wydała mi się dość płaska i nijaka. Nie jest to złoczyńca, którego zapamiętam na długo. Kolejny koleś, który chce dobrze, postępując źle. Potem pojawia się Riot, który przejąwszy ciało Drake'a, chce sprowadzić na Ziemię swoich pobratymców z kosmosu i skonsumować całe życie. Z początku Venom chce tego samego, potem dzięki Eddiemu zmienia zdanie, i chce pokonać Riota. Nie wiem, odnoszę wrażenie, że ciężko teraz o porządną kreację villaina, ale mam przeczucie, że w kolejnej odsłonie będzie o wiele lepiej, bo pewnikiem pojawi się Carnage (Woody Harrelson).


Generalnie film naprawdę nie jest taki zły jak go malują. Gra aktorska jest na dość wysokim poziomie, muzyka w wykonaniu Ludwiga Göranssona (ten sam co stworzył ścieżkę dźwiękową do Black Panthera) jest świetna. Motyw przewodni Venoma przyprawia o gęsią skórkę, a elementy gitary czy smyczków nadają produkcji unikatowego klimatu, który też mnie kupił. Jest mnóstwo scen akcji, pościgów (najlepsza, według mnie, scena pościgu <3), co usatysfakcjonuje każdego fana kina sci-fi/akcji.

Co może się nie spodobać to pewien bałagan fabularny czy w efektach specjalnych. Ogólnie rzecz biorąc, to Venom wygląda naprawdę epicko i wszelkie momenty, gdy się przemienia, są naprawdę miodem dla oka. Niemniej czasami to wszystko działo się za szybko. Gubiłam się momentami w scenach walk, zwłaszcza w finałowym starciu między Venomem a Riotem. To wszystko się tak zlewało z sobą, barwy nachodziły na siebie i wszystko było takie chaotyczne, że ciężko było mi się po prostu połapać w tym, co się dzieje na ekranie. Lubię obserwować dokładnie sceny akcji, dlatego trochę mi szkoda, że nie widziałam wszystkiego w 100%. No chyba, że już totalnie oślepłam!


Poza tym jest trochę nieścisłości w fabule, które może nie przeszkadzają w odbiorze filmu, ale jak się tak dłużej zastanowić, to coś się może nie zgadzać. O postępowaniu Annie już wspomniałam, ale np. co się stało z szefem Brocka. Eddie zostawił mu zdjęcia na biurku, ale potem w ogóle ten facet się nie pokazuje. Poza tym w scenie, gdy Eddie bada sprawę w laboratorium i ucieka z budynku po tym, jak został zakażony, to ta doktor Dora Skirth jakby potem znika. Eddie od tej pory musi stale uciekać przed podejrzanymi knypkami, a ją dopiero pokazują jak przyznaje się przed Drake'owi do całego zdarzenia. A skoro o Drake'u mowa... Na początku przeprowadzał te wszystkie eksperymenty, aby w przyszłości ludzie w połączeniu z symbiontami mogli żyć w kosmosie, gdy Ziemia już nie poradzi sobie z przeludnieniem etc. Potem jak już nawiązuje sojusz z Riotem to nagle on chce sprowadzić te organizmy, by mogły się rozprzestrzenić na naszej planecie i zabić wszelkie żyjące istoty. Coś mu się w główce poprzestawiało? Może to zdolność Riota, czyli manipulacja swoim żywicielem, ale... Jakoś tego nie kupuję. Pewnie jeszcze taką jakąś dziurę mogłabym znaleźć (jak coś to zapodajcie albo wyjaśnijcie mi, jeśli czegoś nie zajarzyłam), ale dopiero po seansie spostrzegłam te błędy. W trakcie oglądania nawet nie zwróciłam większej uwagi.

Summa summarum, Venom to naprawdę całkiem dobrze zrobiony film. Origin story głównego bohatera jest całkiem dobry, choć wiadomo. Bez Pajączka trzeba było szukać innych rozwiązań. W pewnych momentach efekty specjalne były jakoś niedopracowane czy aż nadto przesadzone, a początek filmu troszeńkę mi się dłużył. Może też widzom przeszkadzać zmiana tonu w filmie, w sensie takie skakanie na pograniczu horroru, sci-fi, dramatu psychologicznego czy komedii. Niemniej produkcja jest naprawdę dobra. Gra aktorska jest świetna, a i nie ukrywam, że dwie sceny po napisach również bardzo mi się spodobały. Będzie jatka! Daję Venomowi takie 8/10. Zobaczymy jak Tom dalej pociągnie tę serię.


piątek, 28 września 2018

Iron Fist - recenzja II. sezonu

Witajcie!

Kwestią czasu było, aż w końcu siądę i obejrzę drugi sezon Iron Fista - młodego wojownika, który z siłą Żelaznej Pięści walczy ze złem w Nowym Yorku. Część widzów straciła ochotę na oglądanie przygód Danny'ego Randa. Powodem jest fakt, że pierwszy sezon nie był górnych lotów. Powiedziałabym, że produkcja została zjechana od góry do dołu, wzdłuż i wszerz (Jeśli chcecie wrócić i poczytać, co sądzi o tym Vombelka, to zapraszam TUTAJ) . Danny ponownie pojawił się w Defenders i już było nieco lepiej, jeśli chodzi o sceny walk czy samą postać. Gościnny występ młodego bohatera w drugim sezonie Luke'a Cage'a sprawił, że postanowiłam zaryzykować i dać Żelaznej Pjonie szansę. Pomijam fakt, że to Marvel i prędzej czy później i tak bym obejrzała. Zapraszam do recenzji!


Twórca: M. Raven Metzner
Premiera: 07.09.2018
Produkcja: USA
Dystrybucja: Netflix
W rolach głównych: Finn Jones, Jessica Henwick, Tom Pelphrey, Jessica Stroup, Sacha Dhawan, Simone Missick, Alice Eve
W pozostałych rolach: Giullian Yao Gioiello, Jason Lai, James Chen, Rob Morgan


Akcja drugiego sezonu Iron Fist toczy się wkrótce po wydarzeniach z Defenders. Matt Murdock powierzył Danny'emu zadanie jakim jest ochrona Nowego Yorku przed złem. W ciągu dnia więc Danny pomaga swojej dziewczynie, Colleen Wing (Jessica Henwick), w utrzymaniu schroniska dla potrzebujących, a w nocy zamienia się w potężnego Iron Fista, który walczy z przestępczością. Ostatnio bowiem wojna pomiędzy Triadami robi się coraz bardziej krwawa i Danny czuje się zobowiązany, by zapobiec dalszemu rozlewowi krwi. Czy uda mu się zjednać dwie zwaśnione grupy? Będzie mógł liczyć na pomoc bliskich? Czy moc, którą posiada, nie pochłonie go do reszty? Jaką rolę w całym tym konflikcie odegra powrót brata z K'un-Lun, Davosa (Sacha Dhawan) oraz pojawienie się tajemniczej Mary Walker (Alice Eve)? 

Szczerze mówiąc, to nie wiem od czego zacząć. Na pewno warto powiedzieć, że sezon drugi jest znacznie lepszy od pierwszego. Postacie są zdecydowanie lepiej napisane, relacje miedzy nimi bardziej dynamiczne i złożone, choreografia walk (podobno przy tym pracował choreograf z filmu Czarna Pantera) czy efekty specjalne również uległy diametralnej poprawie. Ba, nawet muzyka o wiele bardziej przykuwa uwagę! Ogólnie rzecz ujmując, jest lepiej i efektowniej, a nie brak też elementów zaskakujących, a nawet takich, które przywołują na myśl "ale ci twórcy mieli jaja, żeby zrobić coś takiego". Z drugiej strony wciąż jednak nie jest to serial doskonały i wiele mu brakuje, żeby takim być. Czas więc teraz przejść do głębszej analizy, która zawierać będzie SPOJLERY, także czytacie na własną odpowiedzialność:).


Zacznę więc najpierw od głównego protagonisty, czyli tytułowej Żelaznej Pięści. Szczerze mówiąc, to muszę podziękować nowemu showrunnerowi, czyli Ravenie Metznerowi, który zdołał poprawić całokształt postaci Danny'ego. Danny jest już o wiele dojrzalszy i odpowiedzialniejszy. Potrafi przyznać się do błędu i często stara się go od razu naprawić. To jednak nie oznacza, że Rand kompletnie się zmienił. To wciąż nieco narwany i lekkomyślny chłopak, który nie raz i nie dwa ulega swoim emocjom i bez zastanowienia rzuca się w wir walk. Tym razem łatwiej jest się z nim utożsamić. Po pierwsze, spadła na niego odpowiedzialność po "śmierci" Daredevila. Po drugie, dowiadujemy się więcej o samej mocy Żelaznej Pięści, którą ciężko utrzymać w ryzach. W końcu to smok, który drzemie w Danny'm i często wyzwala w Danny'm nieco brutalne zapędy, które chłopak musi jakoś hamować. Po trzecie, wracają demony z przeszłości pod postacią Davosa, o którym powiem więcej w dalszej części recenzji. W każdym razie wiele czynników składa się na ewolucję postaci Iron Fista i cieszę się, że Danny'ego można polubić. Kurczę, częściej się uśmiecha, dowcipkuje, potrafi udzielić psychicznego wsparcia, bo do tej pory jego trzeba było emocjonalnie ogarnąć. Ba, żeby dowiedzieć się o niecnych planach wroga, zaprasza go osobiście na kolację, aby wybadać teren i ewentualnie dojść do porozumienia. To on proponuje gangom sojusz! Zaczęłam kibicować mu i serio. Naprawdę polubiłam tego chłopaka. Może nie jest to moja ulubiona postać z Netflixowego świata Marvela, bo nadal na piedestale stoi Jessica Jones i Daredevil, jednak teraz mocniej trzymam za niego kciuki i liczę, że w trzecim sezonie pokaże jeszcze pazura!

Tak właściwie równie ważną rolę w historii odgrywa dziewczyna Danny'ego, czyli Colleen. To silna i mocno stąpająca po ziemi kobitka, która rzuciła w pierony sztuki walki i stara się pomagać w inny sposób, czyli zapewnia dom i bezpieczeństwo osobom biednym oraz poszkodowanym. W pewnym momencie i ona musi chwycić za katanę, gdy w sąsiedztwie dzieje się źle. Jej wątek właściwie jest równie istotny, co wątek Danny'ego, bo dowiadujemy się co nieco o jej historii, o rodzinie, o jej powiązaniu z samą mocą Iron Fista. Jak już wiecie, że jest to spojlerowa ocena, to powiem Wam tyle. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że to ona została Iron Fistem! Dokonała czegoś, co jej poprzednicy nie byli w stanie dokonać (poza pewnym małym wyjątkiem), czyli przeniosła chi na swój miecz! Pokonała Davosa i stała się obrońcą Nowego Yorku. Kto wie? Może stanie do walki z samym Luke'm Cage'm? Powiem tyle, że lubię postać Colleen, jest całkiem sympatyczna i nie dziwię się, że większość osób bardzo za nią przepada. Nie wiem jednak czego się spodziewać i jak dalej potoczą się jej losy w nowej roli...


W drugim sezonie Iron Fista powraca także rodzeństwo Joy (Jessica Stroup) oraz Ward Meachum (Tom Pelphrey). Ta pierwsza bohaterka mnie normalnie tak irytuje! Jej motywy są mega wyolbrzymione i jak dla mnie niezrozumiałe. Chce się zemścić na Danny'm i Wardzie za to, że oboje ocalili jej życie z rąk psychopatycznego ojca? Chce skrzywdzić Danny'ego, bo niby to przez niego straciła firmę? Przepraszam, nie musiała z niej odchodzić. Nie chciała słuchać Warda i jego punktu widzenia, który widz doskonale zna, bo widział przez co przeszedł Ward i jak bardzo poświęcił się, żeby ratować Joy. Ona nawet nie próbuje go zrozumieć, nie chce go nawet posłuchać. Stwierdziła, że najlepiej zawiązać sojusz z Davosem, pozbawić Danny'ego mocy, a Warda odsunąć gdzieś na bok, bo akurat łatwiej jej skrzywdzić osieroconego chłopaka z mistyczną piąstką niż biznesmena, który oddałby wszystko, żeby odzyskać jedyną rodzinę jaka mu pozostała. Ona nie chce wybaczyć, a jak już staje na granicy śmierci i kurczę widzi, że zarówno Danny, jak i Ward chcą jej pomóc, to nie... Dalej ich obwinia i robi z siebie primadonnę i najbardziej pokrzywdzoną osobę w całym uniwersum. Dla mnie Joy stała się taką wredną bit*h i nie wiem co z nią dalej będzie. Może sobie zasłużyła na taki los, ale jedno jest pewne. Jeżeli nie przejrzy na oczy, to powiadam, że ucieszę się, gdy Walker przypadkiem pozbawi ją jakiejś kończyny...

Z kolei Ward, jak dla mnie, to najlepiej rozwinięta, najprawdziwsza i najtragiczniejsza postać z całego serialu. Jest on bohaterem, za którego chce się trzymać kciuki przez cały czas. Widać, że zachodzą w nim zmiany, które jeszcze bardziej wzbudzają szacunek u widza. Ward chce się zmienić na lepsze. Chodzi na terapię i próbuje być milszy, cierpliwszy, bardziej wyrozumiały. Stara się poprawić relacje z Danny'm i każda scena interakcji między nimi to czyste złoto! Naprawdę, z przyjemnością oglądało mi się momenty, gdy Danny i Ward rozmawiają, kłócą się, wygłupiają. Oboje się wspierają i miło widzieć, jak zanikają między nimi bariery nieufności, a otwierają wrota do braterskiej przyjaźni. Z wielkim trudem przychodzi mu pojednanie się z siostrą, ale to właściwie ona nie robi nic w tym kierunku, żeby było chociaż troszkę lepiej między nimi. Uwielbiam Warda i mam nadzieję, że wspólnie z Danny'm uda im się "odnaleźć siebie".


Teraz czas na głębszą analizę złoczyńców (pomijam już Joy, bo jak o niej pomyślę, to mnie już bierze nerwica). Na pierwszy ogień idzie Davos. Davos miał swój występ w pierwszym sezonie, który skończył się dosyć enigmatycznie. Teraz powraca, jednoczy się z Joy i jego głównym celem jest odzyskanie mocy Żelaznej Pięści. Uważa, że Danny nie zasłużył sobie na tą moc i po prostu chce mu ją ukraść. Udaje mu się to i w pewnym momencie jego nową misją jest oczyszczenie Nowego Yorku ze wszelkiego zła na zasadzie zabijania wszystkich członków gangów i nie tylko, jak się potem okazuje. Davos jest uparty, silny, charakterny i nie da mu się przemówić do rozumu. Jest zdeterminowany, aby spełnić swoją misję. Przyznam, że jego nieprzewidywalność i brutalność niejednokrotnie mnie przerażały. Koleś jest po prostu zdolny do wszystkiego, byleby osiągnąć swój cel. Chwilami miałam problem, żeby zrozumieć jego postępowanie. Dostajemy trochę flashbacków z przeszłości zarówno Davosa, jak i Danny'ego w K'un Lun. Wynika z nich, że byli sobie jak bracia, papużki nierozłączki. Potem Davos przegrał pojedynek, zaczął być zazdrosny, że to nie on dostał super-moc, a potem jeszcze jego matka wzgardziła synem, że jest taki nieudolny i nie potrafił pokonać outsidera. Według mnie to troszkę za mało czasu poświęcono właśnie motywom Davosa na poczet jego bezwzględnych morderczych zapędów. Mimo to, uważam że Davos jest siłą, z którą trzeba się mierzyć. Interesuje mnie co się z nim dalej stanie... Nie jest on może najlepszym villainem, z którym można w jakiś sposób się utożsamić, ale jest to osoba, której lepiej nie podpadać.

Dla mnie ciekawszą i bardziej niejednoznaczną bohaterką jest Mary Walker. Kobieta ta cierpi na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, czyli ma kilka osobowości. Z jednej strony jest sympatyczną, troskliwą i po prostu do rany przyłóż Mary, a z drugiej jest super świetnie wyszkoloną płatną zabójczynią i najemnikiem Walker. Generalnie to nigdy nie można przewidzieć, w którym momencie z którą z osobowości masz do czynienia. Tym bardziej, że pod koniec sezonu wynika, że ujawnia się jeszcze trzecia osobowość, która jest jeszcze groźniejsza od Walker. Skoro Walker się boi, to wiadomo, że to niczego dobrego nie wróży. Podoba mi się kreacja Alice Eve oraz jej interpretacja wszystkich inkarnacji Typhoid Mary. Świetnie ukazała różne formy osobowości i nie mogę się doczekać jej powrotu. Może tym razem w Daredevilu?


Nie mogłabym też zapomnieć o występie gościnnym pani Misty Knight (Simone Missick), którą po prostu kocham i ubóstwiam <3. Początkowo obawiałam się, że jej postać nie odnajdzie się w azjatyckim klimacie i będzie takim niepasującym elementem. Jakże się myliłam! Misty wprowadza nieco przyziemnej atmosfery i nawet pomaga bohaterom, chociaż niekoniecznie jest w stanie uwierzyć w bajki o smokach i magicznej sile chi. Liczę, że utworzy z Colleen duet Daughters of the Dragon, razem będą kopać bandziorom tyłki, a sama Misty dostanie ulepszone bioniczne ramię, które sprawi, że będzie wyglądała jak wyjęta z komiksu! Czekam z utęsknieniem na Misty w kolejnych produkcjach od Netflixa!

Na co jeszcze zwróciłabym uwagę to w głównej mierze choreografia walk i muzyka. Tutaj poprawa występuje bez dwóch zdań. Widać, że sceny akcji są bardziej autentyczne i twórcy do serca wzięli sobie krytykę. Nie jest może idealnie jak np. w Daredevilu, gdzie każdy kop bolał przez samo patrzenie, ale choreografia wygląda naprawdę korzystnie. Jak dla mnie zdecydowanie poprawiła się muzyka. Słychać w tle elementy azjatyckie, charakterystyczne instrumenty, które przywodzą na myśl mistyczną atmosferę K'un-Lun. Przede wszystkim czuć to w scenach z Davosem czy w retrospekcjach. Doceniam to, że czasami muzyka wybija się i naprawdę w kilku momentach bardzo mi się spodobała i przykuła uwagę.


Ciężko mi w sumie ocenić ten serial, bo mam sprzeczne wrażenia. Z jednej strony jest poprawa i twórcom nie brakuje rozwiązań nietuzinkowych. Z drugiej to nie zawsze działa i mam taki mętlik w głowie. Np. ucieszyłam się, że na początku Danny jest takim badassem i w końcu pokazuje częściej swoją pięść. Naprawdę byłam pod wrażeniem jego zwinności i polepszonej sztuki walki. Później wszystko się spartaczyło i jakoś od połowy sezonu Danny znowu kuleje i ledwo zipie. Colleen musi ponownie go trenować, żeby mógł stanąć na nogi. Faceta, który cały życie trenował, by walczyć! Dalej... Wiem, że to Serce Smoka trzeba zdobyć w walce i musi to być zasłużona nagroda. Przywilej, który może posiąść osoba godna. A tu nagle pojawia się Davos i za sprawą miseczki i trzech tajemniczych babeczek po prostu wysysa moc i sam staje się Żelazną Pięścią (a raczej Steel Serpentem, ale w sumie zdolności te same). No kurczę, a potem Colleen dostaje moc. Równie dobrze to, za przeproszeniem, każdy żul na ulicy mógłby zostać Iron Fistem. Tak się cieszyłam, myśląc, że jednak Danny jest tym wybrańcem, a tu tak nagle go załatwiono, że jego zniżono do rangi zwykłego gostka z syndromem posiadania świecącej pięści. Niby końcowa scena daje nadzieję, że Rand w jakiś sposób uzyska swe moce z powrotem, ale jednak... Lekki niesmak mam jednak w ustach. Wszystko się zapewne wyjaśni w trzecim sezonie. Taką mam nadzieję, bo mam mnóstwo pytań i zakończenie naprawdę wywołuje lekkie zmieszanie czy konsternację.

Summa summarum, Iron Fist sezon drugi nauczył się dość dużo ze swoich początkowych błędów i cieszę się, że jest już lepiej. Podziwiam, że twórcy mają jaja wprowadzić pewne nowe, niespotykane dotąd elementy, chociaż wciąż się zastanawiam czy mi się to podoba... Daję porządne 8/10. Czekam na to co się jeszcze wydarzy.


piątek, 21 września 2018

Luke Cage - recenzja II. sezonu


Bardzo lubię oglądać seriale duetu Marvel/Netlix. W większości odnoszę wrażenie, że trzymają całkiem dobry poziom. Owszem, uważam nawet, że Iron Fist, The Punisher czy drugi sezon przygód Jessici Jones też są godne obejrzenia. Nie było więc żadnej wątpliwości, że obejrzę również drugi sezon Luke’a Cage’a, czyli kuloodpornego byłego już skazańca, który broni Harlem przed wszelakim złem. Pierwszy sezon był bardzo dobry. Pomimo, że od połowy historia zmienia nieco kierunek i fabuła totalnie idzie w inną stronę, tak wciąż uważam, że całość jest świetnie opowiedzianą historią. Perspektywa powrotu do magicznego klimatu Harlemu oraz możliwość obejrzenia ponownie moich ulubieńców, zarówno tych dobrych, jak i złych, sprawiła, że już pod koniec sesji wzięłam się za seans. Czy było warto? Co się dzieje w drugiej części? Czy sezon drugi jest lepszy od ‘’jedynki’’? Czas się przekonać.


Twórca: Cheo Hodari Coker
Premiera: 22.06.2018 (Polska)
Produkcja: USA
Dystrybucja: Netflix
W rolach głównych: Mike Colter, Alfre Woodard, Theo Rossi, Simone Missick, Gabrielle Dennis, Mustafa Shakir
W pozostałych rolach: Rosario Dawson, Ron Cephas Jones, Finn Jones, Jessica Henwick


Akcja serialu toczy się tuż po wydarzeniach z Defenders. Luke Cage (Mike Colter) wiedzie spokojne życie u boku Claire (Rosario Dowson). Ich związek kwitnie, a sytuacja na dzielnicy jest w miarę spokojna. Nie na długo jednak, gdyż w mieście pojawia się bardzo niebezpieczny i tajemniczy zawodnik o pseudonimie Bushmaster (Mustafa Shakir), który jest równie silny, a nawet silniejszy i szybszy od samego Luke’a. Ponadto chce odzyskać i przejąć władzę nad Harlemem. Pojawienie się nowego zawodnika komplikuje sytuację, gdyż Cage musi skonfrontować się ponownie z Mariah Stokes (Alfre Woodard) oraz Shadesem (Theo Rossi), którzy wciąż rządzą nielegalną sprzedażą bronią i gangsterskim półświatkiem. Cage staje więc pomiędzy młotem a kowadłem i musi podjąć trudną decyzję. Po czyjej stronie stanąć? Co wypada zrobić, aby nie nastąpił dalszy rozlew krwi? Skąd tak naprawdę wziął się Bushmaster i jaką rolę w walce z wrogiem odegra córka Mariah, Tilda (Gabrielle Dennis)?

Moim skromnym zdaniem to sezon drugi jest lepszy od pierwszego. Jest brutalniej, krwawej, mocniej, pojawia się wiele ważnych dla fabuły wątków, które z odcinka na odcinek są poszerzane, występuje więcej trójwymiarowych, ciekawych postaci, a nie można też zapomnieć o specyficznej dla regionu Harlemu muzyce, która wraz z pojawieniem się Bushmastera, łączy się z typowym klimatem Jamajki. 


Cieszę się, że to Mike Colter gra Luke’a Cage’a. Od początku jak się patrzy na kolesia to widać tą moc i zarazem stoicką postawę herosa. Zarówno w pierwszym sezonie jego solowego serialu, jak i w Defenders, Luke był bardzo opanowany. Wiedział, że ważniejsza jest siła słowa, a pięści stosował tylko w przypadkach koniecznych. Nie lubił się bić, nie lubił agresywności i brutalności. W przypadku drugiego sezonu Luke powoli traci grunt pod nogami. Pojawiające się narkotyki, napaści, gwałty i morderstwa sprawiają, że Luke staje się coraz bardziej nieobliczalny w metodach działania. Jego agresja sprawia, że powoli najbliżsi odwracają się do niego plecami. Luke gubi się, bo jeżeli nie robi nic to jest źle, a kiedy robi coś w końcu po swojemu i skutecznie, to z drugiej strony też jest źle. Kocha Harlem całym sercem i pragnie, żeby w końcu ludzie czuli się bezpiecznie. Chce, żeby skończyła się władza gangów, a zaczął się spokój i dobrobyt. Za to podziwiam Luke’a. Za determinację, chęć niesienia pomocy. Nie oczekuje za to pieniędzy czy pochwał. Nie zależy mu na rosnącej sławie, ma ją praktycznie gdzieś. Jedynie pragnie, by Harlem odetchnął pełną piersią oraz uwolnił się od kajdan przestępczości. Przyznam, że coraz bardziej lubię postać Luke’a. Na początku miałam do niego stosunek raczej ambiwalentny. Teraz zaczynam go coraz bardziej szanować. Chociaż przyznam się szczerze, że momentami mnie trochę drażnił swoją impulsywnością, ale zaraz znowu zaskarbił sobie moje serce. Nie mogę się doczekać jak dalej potoczą się jego losy.


Drugą postacią, na którą dosłownie muszę zwrócić uwagę, to moja wspaniała Misty Knight (Simone Missick). Bosz, jak ja uwielbiam tę kobietę! Od początku kiedy ją ujrzałam, wiedziałam, że tej bohaterce będę kibicować po wsze czasy. W Defenders może nie miała zbytnio okazji zabłysnąć, ale w Luke Cage lśni na całego. Misty przeżywa bardzo ciężkie chwile. Straciła ramię, nie może przyłapać złoli na gorącym uczynku, bo dowodów wciąż jak nie było tak nie ma, ponadto trup ścieli się gęsto, w tym część osób bliskich sercu bohaterki ginie. Niemniej ona walczy i nigdy, nigdy się nie poddaje, chociaż jak każdy ma chwile słabości. Misty wygląda przepięknie, walczy naprawdę genialnie, jest niesamowicie bystra, czujna, inteligentna i stanowi swoistą definicję słowa ‘’badass’’. Uwielbiam nawet sposób w jaki się wypowiada, jak się patrzy, jak widzi rzeczy, których inni nie widzą albo udają, że nie widzą. Dla mnie Misty to diament tego serialu i cieszę się, że dali jej okazję zajaśnieć w roli nie tylko genialnego detektywa, policjanta, bohatera, lecz także silnej i pewnej swego kobiety. Go get it, girl! (Btw. kiedy Misty dostaje nowe bioniczne ramię... Wtedy robi się naprawdę gorąco!)


W serialu mamy do czynienia z bardzo wieloma złoczyńcami. Powraca Black Mariah i Shades. Kochają się na zabój i są panami Harlemu. Nie ma dla nich znaczenia różnica wieku czy koloru skóry. Z początku wierzyłam w dobre intencje Mariah. Handel bronią po to, by zrealizować program pomocy dla rodzin ‘’Family First’’ i poprawić stosunki z córką Tildą, którą w założeniu kocha. Wraz z rozwojem fabuły zmieniłam zdanie. To kobieta potwór. Kłamie, oszukuje, udaje. Ma dar przekonywania i manipulacji, a jej monologi, niby piękne i docierające do serc słuchaczy, to jedna wielka ułuda. Nie można jej wierzyć. Wszystko co czyni robi dla pieniędzy i sławy. Niby kocha Harlem tak samo jak Luke, ale jej pojęcie miłości jak dla mnie jest dość spaczone. W końcowych odcinkach poznajemy prawdziwe oblicze Mariah, której przydomek nie oddaje jej brutalności. Kreacja pani złoczyńcy jest fenomenalna i Alfre Woodard spisała się na medal. Równie świetnie wypadł Theo Rossi jako Shades. Prawa ręka Mariah, który z miłości zrobiłby dla niej wszystko. Zabijanie to jego drugie imię. Ma nawet odwagę zamordować swojego najlepszego przyjaciela (R.I.P. Comanche). Nie dziwię się, że nieustannie nosi okulary przeciwsłoneczne, bo jego oczy jednak trochę go zdradzają. Ma w sobie ociupinkę dobra. Trzyma w sobie wyrzuty sumienia i jednak przestrzega pewnych ról. Chciałabym wiedzieć jak dalej potoczy się jego historia, bo czuję, że to nie koniec największego gangstera w Harlemie.


Mariah i Shades to nie jedyne złole w produkcji. Pojawienie się Bushmastera wcale nie jest przypadkowe. Jego jamajska rodzina miała wspólny biznes z rodziną Mariah. Nastąpił konflikt między dwiema potęgami, a na tym ucierpiał najbardziej właśnie młody Bushmaster, który chce się zemścić za krzywdy jakie doznał on i jego rodzina. Też nie przebiera w środkach. Zabija bez wahania, o czym świadczy rytuał ścinania głów swoich ofiar i wbijania ich na pal (bleh). Aby stać się siłą, z którą nawet Luke nie może sobie poradzić, Bushmaster stosuje nightshade, zioło, które wzmacnia jego moc i przyspiesza gojenie ran. Powiem szczerze, że początkowo Bushmaster, czyli John McIver, kojarzył mi się z kolejnym szurniętym antagonistą, który się chce zemścić i wy-zabijać kogo popadnie. Dzięki licznym opowiadaniom czy flashbackom zrozumiałam jego punkt widzenia i stwierdziłam, że bardzo mu współczuję. Gościu nie ma już nic, jego najbliższa rodzina zginęła i to w tak brutalny sposób, że aż mi serce po prostu pękło. Cały ten konflikt między nim a Mariah to jedna wielka zabawa w kotka i myszkę. Każda ze stron sobie docina, dopieka, byle żeby przelewowi krwi nie było końca. Wraz jednak z końcem sezonu drugiego mam nadzieję, że John odnajdzie spokój i ciekawi mnie co dalej zrobią z jego wątkiem. Odnoszę wrażenie, że Bushmaster to trochę taki Killmonger. Wiesz, że robi źle, ale jednak w jakiś sposób go rozumiesz i kibicujesz, bo jakoś ma rację oraz znasz jego punkt widzenia. Super kreacja, brawa dla pana Mustafy.



Cieszy mnie również, że w serialu pojawiają się liczne nawiązania do poprzednich produkcji Marvel/Netflix. Oczywiście pojawia się wyżej wspomniana Night Nurse, czyli Claire, ale występuje również Coleen Wing (Jessica Henwick) znana z Iron Fista czy mój kochany Foggy Nelson (Elden Henson). Mają swoje trzy grosze do dodania i to było miłe uczucie, ujrzeć ich chociaż na chwilę. Ba, nawet Turk się pojawia! Ach, no i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o samym Iron Fiście. Powiem szczerze, że w jednym odcinku Luke’a Cage’a producenci naprawili wszystko, co było zniszczone tudzież niedopracowane w Iron Fiście. Danny Rand (Finn Jones) jest teraz taki… no, fajny. Nie ma miny wiecznie naburmuszonego dzieciaka, nie wygraża swoją pjoną gdzie popadnie, nie jest już taki narwany. Danny jest już spokojny, opanowany, zna swoje miejsce i bez większego wysiłku potrafi przywołać swoje chi. Ba, sam pomaga Luke’owi znaleźć wewnętrzny spokój. Czuję, że tenże krótki występ Iron Fista to był dobry pomysł i świetna zachęta, by obejrzeć drugi sezon, który już można oglądać na Netflixie (recenzja już wkrótce!). 

Jeśli chodzi o efekty specjalne w produkcji to mam wrażenie, że nie było tego wiele. Luke oczywiście rzuca facetami na prawo i lewo, a sceny z kulami odbijającymi się od jego klaty imponują. Mimo wszystko, choreografia walk stoi na wysokim poziomie. Wszystkie kopniaki, salta, czy co-nie-bądź prezentują się bardzo realistycznie. Ponadto sam klimat serialu jest świetny. Oświetlenie się bardzo sprawdza (symbolem Luke’a jest kolor żółty), a muzyka hip-hop, rap, jazz plus jamajskie reggae razem tworzą unikatową atmosferę. To jest tak, że z jednej strony chciałabym się tam wybrać (do Harlemu), ze względu na ten specyficzny czarnoskóry klimat, a z drugiej strony omijałabym tę okolicę szerokim łukiem, bo co to się tam wyprawia… Łamanie kości i lejąca się krew (bleh 2x).


Summa summarum, drugi sezon Luke Cage to naprawdę świetna produkcja. W serialu poruszanych jest wiele wątków. Jaką tak naprawdę oczyszczającą siłą jest wybaczanie (wątek między Luke’iem a jego ojcem), jaką z kolei destrukcyjną siłą są pieniądze, chęć sławy czy posiadania władzy. Co tak naprawdę czyni nas bohaterami. Nie kuloodporna skóra, a pragnienie i umiejętność zmiany świata na lepsze. Czy tak naprawdę da się żyć bez przeszłości i jak ona ewentualnie może rzutować na nasze dalsze decyzje. Czy błędy naszych przodków muszą definiować naszą teraźniejszość i przyszłość. 

Serial może nie jest wybitny i totalnie bez skaz. Mam wrażenie, że część scen została wciśnięta na siłę, byle żeby jakoś dobrnąć do tego odgórnie nałożonego pułapu trzynastu odcinków. Akcja momentami zwalnia i zwraca w dziwne kierunki. Niemniej całość jest konkretna i składna pod większością względów. Zakończenie drugiego sezonu bardzo mnie zszokowało. Tak bardzo, że muszę czekać na kolejny sezon z wypiekami na twarzy. Oceniam całość na 9/10!


Recenzję pierwszego sezonu, tym razem nie aż tak długaśną, znajdziecie TUTAJ!

piątek, 31 sierpnia 2018

Kuracja nad polskim Bałtykiem, czyli turnus rehabilitacyjny w Kołobrzegu!

Witajcie, drodzy Vombelkowicze!

Kilka dni temu wróciłam do domu po długich wojażach po Polsce. Na początek odwiedziłam ciocię w Szczecinie (06.08-11.08), gdzie w towarzystwie siostry i kuzynki zwiedzałyśmy poszczególne miejsca jak np. Wały Chrobrego czy Muzeum Narodowe. Przyjemnie było też uczestniczyć w Pyro Magic, mając możliwość obejrzenia niesamowitego pokazu fajerwerków. Mimo, że cierpiałam na potworny katar oraz niewyobrażalne bóle brzucha, nie wspominając o dwóch incydentach z omdleniem, tak czas spędzony w Szczecinie uważam za mile spędzony i na pewno nie zapomnę jak świetnie się bawiłam. 

11.08 z kolei w południe wyjechałam pociągiem ze Szczecina do Kołobrzegu. Tak też zaczął się mój dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny!



Dojazd
Kołobrzeg wybrałam w sumie spontanicznie. Bardzo spodobał mi się morski klimat Świnoujścia w zeszłym roku i zadecydowałam, że wybiorę się nad Bałtyk jeszcze raz, tym razem do Kołobrzegu. Poza tym kilka lat temu byłam na wycieczce z PTTK właśnie w tej nadmorskiej miejscowości, więc postanowiłam sobie odświeżyć pamięć i sprawdzić jak tam teraz jest. 

Z dojazdem nie miałam absolutnie żadnego problemu. Co prawda pociąg miał lekkie opóźnienie, ale jak już wsiadłam to droga minęła mi szybciutko. Słonko świeciło mocno za oknem, troszkę jeszcze pokropiło, ale byłam pozytywnie nastawiona. Wysiadłam i kompletnie nie wiedziałam co z sobą zrobić. Powałęsałam się chwilkę po dworcu, poszperałam w Google Maps i z pomocą wskazówki trafiłam do ośrodka, który znajduje się troszkę daleko od centrum. Szybko jednak dotarłam na miejsce.


Ośrodek
Nocowałam w ośrodku Magnolia SPA, bardzo nowoczesnym i schludnie wyposażonym budynku. Znajduje się on na ulicy Bałtyckiej 39. Powiem, że do plaży był kawałeczek drogi, tak samo zresztą do centrum trzeba było przejść z 20 minut pieszo. Trochę mi to przeszkadzało, bo najbliższy bankomat znajdował się dość daleko. Na szczęście Biedronka była w pobliżu :D. 

Okolica w sumie cicha i spokojna. Widać, że buduje się mnóstwo nowych apartamentowców, a kawałeczek dalej można przejść na przystanek autobusowy i dojechać do najważniejszych miejsc w Kołobrzegu. Tuż za budynkiem znajduje się zresztą przepiękny port handlowy.


W budynku znajduje się recepcja, baza zabiegowa, stołówka ze szwedzkim stołem, trzy piętra pokoi, ponadto basen, jacuzzi, sauna sucha i parowa. Ze wszystkiego kuracjusze mogli korzystać za darmo. Ja osobiście skorzystałam ze wszystkich możliwych atrakcji, poza sauną suchą.  W jacuzzi bardzo miło się wypoczywało. Dosyć zabawne uczucie jak woda pluska się pod tobą, ale za to jak rozkosznie i ciepło! Basen niezbyt głęboki i w sam raz dla starszych kuracjuszy, którzy niezbyt umieją pływać. Dodatkowo można było sobie wziąć tzw. makarony, czyli coś w stylu koła ratunkowego. W saunie parowej wytrzymałam 5 minut, bo już nie mogłam oddychać, ale w środku było ślicznie. Ławki, a nad głową malutkie światełka, które przypominały gwieździstą noc <3. 

Atmosfera
Powiem tak. W okolicy ośrodka było nawet spokojnie i cicho. W momencie, gdy szło się na plażę czy w stronę mola/latarni morskiej... Makabra! Ludzi pełno! Normalnie gdzie się nie obrócisz tam człowieki. Pal licho deptak czy promenadę. Na plażach dosłownie roiło się od ludu tak, że ciężko było sobie znaleźć miejsce na opalanie czy choćby pływanie. Praktycznie dzień w dzień to samo. Chwilami byłam tym mega przytłoczona, bo jak to mam sobie wypocząć, mając na karku chmarę ludzi. Już nie wspomnąć o wrzaskach małych dzieci... Ehh, no ale nie można mieć wszystkiego ;D. 

  
Pokój
Pokój, w którym spałam, znajdował się na trzecim piętrze. Dzieliłam go z bardzo miłą i sympatyczną panią Marzenką. Znajdowały się dwa łóżka, średniej wielkości stolik między nimi, dwa stoliki nocne, dwa krzesła, duża szafa oraz wieszaki i półki w przedpokoiku. Dodatkowo był telewizor, taca z trzema szklankami oraz telefon. Miejsca było całkiem sporo, a za dnia było bardzo jasno. Jedyne co mnie irytowało to wielki, niepraktyczny koc, zwisający aż na podłogę oraz fakt, że co noc mewy robiły się zabójczo głośnie i ciężko było czasami położyć się spać przy otwartym oknie. Łazienka z kolei troszkę mała z kibelkiem, umywalką, prysznicem i półeczkami na kosmetyki. Zapewnione były kubeczki do mycia zębów oraz ręcznik duży i mały. Proste, acz praktyczne. 

Dzień powszedni 
Na początku czekała mnie wizyta u lekarki. Odnoszę wrażenie, że na tych turnusach lekarze są jacyś niekompetentni czy nawet niezbyt ogarnięci. Wchodzę do gabinetu, babeczka chwilkę mnie przebada, napisze coś na kartce, nic nie powie i tyle. A potem patrzę na karcie zabiegowej, że dostałam zabieg, który kompletnie mi się nie podobał i mógłby źle na mnie wpłynąć. No i znowu idę do pielęgniarki i wszystko odkręcam...
Dzień, mniej lub bardziej, wyglądał tak;
Godz. 7.00 poranna gimnastyka na siłowni. Ze mną znajdował się starszy pan, a jeszcze wcześniej dwójka innych osób, które jakoś z czasem zaprzestały chodzenia na ćwiczenia. Odwykłam od rozciągania się czy wszelkich ruchowych aktywności, bo ja to taki pies kanapowy jestem, ale cieszę się, że mogłam trochę się tych zakwasów nabawić. W takich chwilach odkrywasz jak okrutnie niesprawny fizycznie jesteś, kiedy zdajesz sobie sprawę jak sflaczałe masz mięśnie. Nieprzyjemnie uczucie, ale dobrze czasami zostać oblanym kubłem zimnej wody. Tym bardziej, że o tej porze normalnie śpię i marzę o niebieskich migdałach!
O 7.20 kolejny zabieg, czyli inhalacja solankowa. Początkowo miałam kąpiel perełkową w wannie, ale zrezygnowałam z pewnych zdrowotnych przyczyn, i zamieniłam sobie na inhalację. 10 minutek wdychania roztworu solankowego. Na szczęście nie wymagało ruchu, więc mogłam się wtedy zdrzemnąć. 
Mniej więcej o 8.00 czekało mnie naświetlanie piersiowego odcinka pleców lampą Sollux. Kolejna okazja do 15-minutowej drzemki...
O 8.20 zabieg, którego w ogóle nigdy nie miałam, czyli FANGO. To coś takiego jak okłady borowinowe, tylko zamiast zastygającej brei dostałam ogromny i gorący plaster czegoś na kształt borowiny. Przez 15 minut mogłam się zdrzemnąć, błogo ogrzewając barki pod takim gówienkiem :P. 
Od 8.00 do 10.00 trwało śniadanie. Ale nie byle jakie śniadanie! To samo zresztą tyczy się kolacji. Szwedzki stół, pokryty całą gamą jedzenia. Różne rodzaje bułek, chleba, szynek, sera, ryb, sałat, roladek, mięs, warzyw, owoców, twarożków, herbat. Dania na ciepło, które były przepyszne, na zimno, dla osób na specjalnej diecie, dla cukrzyków. Normalnie czym chata bogata! Co kilka minut dodawano kolejne specjały. Na samą myśl o tych pysznych posiłkach cieknie ślinka... Warto było troszkę przytyć.
Tak o 9.00-10.00 krótka drzemka, seans telewizyjny lub spacerek po okolicy, czyli park, plaża, port.

 Molo

O 13.00 obiadek, tym razem serwowany. Generalnie zupy mi smakowały, drugie dania już trochę mniej. Ziemniaki/ryż, kawałek mięsa i porcja surówki. Natomiast deserki były fajne. To owoc, to kisiel, to galaretka, to zapiekana brzoskwinia, to pyszniutka babka polana lukrem... <3. Po prostu mniam!
Ok. 14.00 miałam masaż. Bardzo miły pan zajął się moimi pleckami, a przy okazji poznałam kolejnego fana Marvela! Hurray! Następnie organizator zapewniał nam przeróżne darmowe lub płatne rozrywki. I tak zwiedziłam zachodnią część Kołobrzegu, przeszłam się do źródełka solankowego, portu jachtowego, Reduty Bagiennej. Ponadto wzięłam udział w wieczorku tanecznym, badaniu struktury cery i pokazie makijażu od Oriflame'u, nawet w karaoke (!). Nie mogłam też przegapić rejsu statkiem, wejścia na Latarnię Morską oraz do Muzeum Minerałów. Wybrałam się z grupą także na wieżę widokową do kościoła Wniebowzięcia NMP, do Skansenu Morskiego, Muzeum Oręża, Muzeum Miasta. A to wszystko było za darmo! Dodatkowo poszłam na Festiwal Indii, gdzie obejrzałam mnóstwo niesamowitych występów tanecznych, pięknych stroi, a sama nakupowałam troszkę bibelotów dla siebie. No i jak tu nie skorzystać? 

 Latarnia Morska

 Źródełko solankowe

 Widok z latarni morskiej, a w lewym dolnym rogu statek Pirat, na którym odbywał się rejs :)


 Fragment wystawy w Muzeum Minerałów

 Jedyne w miarę udane zdjęcie z Festiwalu Indii. Było warto <3

 Widok z wieży widokowej w Bazylice Konkatedralnej

 Ołtarz w kościele NMP

Skansen Morski 


 Ja w środku łodzi. Foteczki muszą być!









 Muzeum Oręża

 Kamienica Mieszczańska, a w środku wystawa starodawnych rowerów


Muzeum Miasta


Pogoda
Pogoda naprawdę była znakomita przez cały pobyt! Słońce świeciło, temperatura była znośna, a jedynie przez 2 dni mogło troszeczkę pokropić. Uwielbiam nadmorski klimat. Może być z 30 stopni, ale wcale się ich nie czuje dzięki wietrzykowi, który czasami mocniej muśnie po twarzy. Zdążyłam się nieco wykąpać w morzu, chociaż fale normalnie znosiły równo... Klimat dla mnie <3.

Komunikacja
Zasięg był bardzo dobry i bez problemu można dzwonić po rodzinach. Internet wifi również był dostępny, ale jedynie na recepcji. Tak czy siak działał naprawdę dobrze.

Ludzie
Większość czasu spędzałam właśnie z panią Marzenką. Przemiła kobieta. Do naszego duetu dołączyła również pani Lodzia oraz Teresa. W życiu się tak nie uśmiałam jak w tym doborowym towarzystwie^^! Wspaniałe kobiety, które przez cały pobyt rozśmieszały mnie do bólu brzucha<3. Będę tęsknić, bo na świecie coraz bardziej brakuje takich pozytywnych ludzi!

Generalnie jednak to dominowała kadra osób starszych, chociaż przelotem spotkałam się z 2-3 osobami w moim wieku! Szok!

Skóra
Jako typowy atopik każda podróż i zmiana klimatu to dla mnie wyzwanie. Jak znowu zareaguje moja skóra? Generalnie wszystko było w porządku. Na twarzy wyskoczyło mi trochę pryszczy, bo wiadomo. Red days zaatakowały akurat w takim momencie. Od czasu do czasu pojawiały mi się takie śmieszne małe krostki na dekolcie czy rękach. Swędziało, ale dało się przeżyć. Podejrzewam, że to przez pot i słońce, ale na zniknięcie tych drobnych bąbelków nie miałam większego wpływu. Skóra mi także lekko odchodziła na okolicach ust. Niemniej moja atopowa skóra po przeżyciach dała sobie nawet radę. I oby tak dalej!

Podsumowanie
Cały wyjazd uważam za udany. Pogoda była piękna, mnóstwo atrakcji za darmo, atmosfera Kołobrzegu nie do zapomnienia. Personel bardzo sympatyczny. A codziennie można też było dostać butelkę wody za free. Mam tylko kilka drobnych zastrzeżeń. 

Po pierwsze, w zabiegowym były tylko dwie panie, które ledwo ogarniały wszystkich kuracjuszy! W pewnym momencie do roboty zaprzęgły jedną z kelnerek. No wydaje mi się, że chyba najlepiej by było powiększyć nieco kadrę w bazie zabiegowej, bo to porażka co to się tam działo. Po drugie, organizacja grupy. Nie wiem czy mam jakieś zarzuty do pana, który próbował jakoś zaplanować te wszystkie wycieczki, spotkania, ale raczej do całego turnusu. Pan specjalnie przygotował teczkę, żeby chętni wpisywali się na co chcą pójść. Po drugie, rozwiesił na tablicy przy wejściu co gdzie kiedy jak, więc każdy miał dostęp do informacji. Niemniej część osób nie wiedziała o żadnych wycieczkach, część w dupie miała to o czym mówił, a część po prostu hurtem się wpisała, więc kiedy wycieczka miała liczyć 19 osób przyszło tylko 10. Albo w ogóle nikt się nie pojawił, co mnie ubodło, bo np. chciałam iść do rozlewni czy wędzarni ryb chociażby, a nie poszłam, bo nikogo poza mną nie było, a lista była pełna ''chętnych''. Po trzecie, jeżeli na stronie piszą o tym, że można płacić kartą, a potem odsyłają do bankomatu, bo chcą gotówki, to nie wiem czy to takie fair. Po czwarte, pod żadnym pozorem nie można było wynosić sztućców ani talerzy, o jedzeniu nie wspominając... Jaka afera była przez głupią łyżeczkę do lodów! A już największym żartem było jak dla mnie jak kilka dni przed przyjazdem napisali mi maila, że turnus może się odbyć w innym terminie, bo nie przyjmą na ten termin dofinansowania. No świetny timing! 

Mimo tych kilku potknięć naprawdę miło spędziłam ten czas, z nostalgią pożegnałam się z Kołobrzegiem i pojechałam kolejnym pociągiem do Wrocławia, gdzie z koleżankami podbijałyśmy to miasto. Centrum Historii Zajezdnia, zoo, ogród botaniczny, ogród japoński, show na pergoli, Sky Tower... <3. Fantastyczna przygoda! A ja się odmeldowuję <3.




PS. TUTAJ macie notkę o turnusie zeszłorocznym, jeśli chcielibyście poczytać. Dzisiejszy post przygotowałam na bazie zeszłorocznego wypadu nad morze. 
PPS. We wpisie pokazałam Wam tylko kilka zdjęć, mam tego znacznie więcej, ale może kiedy indziej pokażę. Wybaczcie, jeśli jakość nie jest zadowalająca. Mój telefon nie należy do najlepszych. 
PPPS. Zachęcam też do odwiedzin Vombelki na Facebook'owym fan page'u (Z prawej strony na zakładce). Często też wrzucam tam swoje krótkie przemyślenia czy mini recenzje filmowe. Zapraszam!

piątek, 27 lipca 2018

The Gifted: Naznaczeni - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani:). Stwierdziłam, że kolejnym serialem, który koniecznie muszę nadrobić, jest The Gifted: Naznaczeni. Jeśli chodzi o telewizyjne produkcje związane z mutantami, to znam tylko Legion (bo właściwie więcej to nie ma). O Naznaczonych dowiedziałam się w sumie bardzo dawno temu i to dość przypadkowo, ale nie miałam jak zwykle czasu na oglądanie na bieżąco. W związku z tym, że mam jako takie wakacje, to od razu wzięłam się za seans. Czy było warto? Czas się przekonać!


Twórca: Matt Nix
Premiera: 03.10.2017 (Polska)
Produkcja: USA
Dystrybucja: 20th Century Fox
W rolach głównych: Stephen Moyer, Amy Acker, Percy Hynes-White, Natalie Alyn Lind, Sean Teale, Emma Dumont, Blair Redford, Jamie Chung
W pozostałych rolach: Jermaine Rivers, Coby Bell, Garret Dillahunt, Hayley Lovitt, Elena Satine, Joe Nemmers, Skyler Samuels


Serial w głównej mierze skupia się na historii rodziny Struckerów. Reed (Stephen Moyer) jest prokuratorem i jego główne zadanie sprowadza się do więzienia mutantów. Wraz z Kate (Amy Acker) tworzą wspaniałe małżeństwo. Ich dwójka dzieci, Lauren (Natalie Alyn Lind) oraz Andy (Percy Hynes-White) odkrywają wkrótce, że posiadają niezwykłe zdolności. Stało się. Dzieci są mutantami. Cała rodzina Struckerów musi uciekać, a jedynym miejscem, gdzie mogą się skryć i szukać pomocy, jest podziemna sieć mutantów o nazwie Mutant Underground. Od tamtej pory losy zarówno ludzi, jak i mutantów są przesądzone.

Generalnie to serial jest jak dla mnie całkiem dobry. Przez 13 odcinków dosłownie się płynie. Co prawda porozkładałam sobie seans na kilka dni, mniej więcej po 2 odcinki dziennie, żebym już totalnie nie oślepła, ale gdybym oglądała ciurkiem wszystkie epizody, to okazałoby się, że naprawdę serial wciąga. Występuje mnóstwo zwrotów akcji, zaskakujących scen walk i momentów, gdy mutanci ukazują swoje moce, nie brakuje też nawiązań do X-Menów oraz do Bractwa Złych Mutantów. Produkcja może nie jest nad wyrost genialna, ale naprawdę mi się spodobała.


Teoretycznie najważniejszy jest wątek rodziny. Reed musi zmienić nieco swoje poglądy względem i ludzi, i mutantów. Przez całe życie zamykał homo superior w klatkach, a teraz jedynym wyjściem jest prośba o ratunek skierowana właśnie do mutantów. Pragnie odkupić swoje winy, pomóc potrzebującym oraz przede wszystkim uratować swoją rodzinę, którą śledzi Sentinel Services. Bardzo podoba mi się postawa Reeda jako ojca i człowieka, który musi zakwestionować wszystko w to co do tej pory wierzył. Kate z kolei to troskliwa matka, musząca stawić czoła swoim własnym słabościom oraz stanąć na wysokości zadania. Oboje stanowią cudną parę i wspólnie odkrywają, że ich miejsce jest u boku tych, których ratunku najmniej się spodziewali.

Lauren i Andy z kolei to typowe rodzeństwo. Raz się kochają, a raz potrafiliby sobie skoczyć do gardeł. Podoba mi się jak ewoluują i odkrywają swoje moce. Lauren to ta, która by chroniła. Andy woli atakować. Dochodzi między nimi często do zgrzytów, zwłaszcza pod koniec. Powiem, że czasami mnie irytują, zwłaszcza Andy. Ma takie nieprzyjemne odzywki, buntuje się i nie umie panować nad sobą. Z drugiej jednak strony go rozumiem. Rodzina ciągle go zbywa, a fakt, że maltretowano go w szkole nie ułatwia sprawy. Lauren nawet zdążyłam dość polubić. Na początku kojarzyła mi się z taką super popularną blondyną co to wszyscy ją lubią. Z czasem jednak nabrała odwagi i doświadczenia. Nie będę się zbytnio rozwodzić, ale wątek odnośnie ich super mocy oraz przeszłości Reeda i jego dalszej rodziny to największy plot twist ever. Po obejrzeniu epizodu wstałam dosłownie z łóżka i łaziłam bez celu, bo musiałam to przetrawić.


Mimo wszystko rodzina Struckerów to nie jedyny wątek. Mamy cały świat Mutant Underground, który ukrywa się przed ludźmi jak tylko może. Występuje cała plejada mutantów, chroniących siebie i swoich najbliższych. Główne skrzypce wiedzie m.in. John Proudstar/Thunderbird (Blair Redford), Lorna Dane/Polaris (Emma Dumont), Marcos Diaz/Eclipse (Sean Teale), Clarice Fong/Blink (Jamie Chung). W serialu każda z tych postaci ma swój większy tudzież mniejszy wątek. John zmaga się ze stratą przyjaciela i z obowiązkiem dowodzenia całym podziemiem. Lorna i Marcos martwią się o przyszłość jeszcze nienarodzonego dziecka oraz ich niegdysiejszymi występkami z przeszłości. Clarice straciła całą rodzinę i próbuje odnaleźć swoje miejsce, gdzie jednocześnie mogłaby nauczyć się kontrolować swoje moce. Ażeby nauczyć się panować nad sobą, musi znaleźć punkt zaczepienia. John może jej w tym pomóc.

Do każdej z tych postaci jakoś się przywiązałam, a z drugiej strony... Każda na swój sposób trochę mnie drażniła. Na początku polubiłam Lornę za upór, sarkazm i pewność siebie, swoich mocy. Potem zaczęła mnie irytować swoimi pragnieniami wyrżnięcia ludzkości. Z Blink jest w sumie podobnie. Równie pyskata i sarkastyczna, ale wraz z rozwojem fabularnym polubiłam ją i jej chęć poprawy na lepsze. W dodatku ciekawie prezentuje się jej relacja z Johnym i liczę, że w drugim sezonie zobaczę jak dalej im się powiedzie. Z kolei wątek Marcosa jako eks-gangstera jakoś mnie nie przekonał, ale z czasem pokazał, że jest z niego badass i potrafi się postawić, a nie ulegać cudzym wpływom. Najbardziej podziwiam Johna właśnie, bo musi dźwigać na barkach całą organizację Mutant Underground, musi organizować plan działania i ratować uciekinierów. Podziwiam, że koleś się nie poddaje i daje radę to wszystko ogarniać. Oczywiście pojawią się też inne mutanty, ale ta czwórka stoi jakby na piedestale i ich motywy są najbardziej rozwinięte.


Tak naprawdę ciężko wskazać kto jest głównym antagonistą w serialu. Na początku wydaje się nim być Jace Turner (Coby Bell), agent Sentinel Services, który tropi i unieszkodliwia mutanty. Jednocześnie jest to dla niego osobista wendeta, gdyż w wyniku działalności mutantów zginęła jego córeczka. Za cel postanawia sobie odnaleźć i zlikwidować całą rasę homo superior. Potem pojawia się doktor Campbell (Garret Dillahunt), eksperymentujący z DNA mutantów i chcący unieszkodliwić istoty skutecznie, na swój pokrętny sposób. W grę dochodzi jeszcze potężna telepatka/i (Skyler Samuels), które co więcej komplikują już i tak napiętą sytuację na linii ludzie-mutanci. Te ostatnie wyjątkowo mnie irytowały. Jeszcze tych dwóch pierwszych panów jakoś trawiłam, a te panienki już mnie z równowagi wyprowadzały za każdym razem jak się pojawiły. To chyba świadczy o świetnej pracy aktorskiej. No zobaczymy co w drugim sezonie się wydarzy i w jakim kierunku pójdą te postacie.

Bardzo w produkcji podoba mi się fakt, że serial nie odpowiada ci na pytanie, po której stronie konfliktu stanąć. Zarówno zwykli ludzie, jak i mutanci swoje przecierpieli i żadna ze stron nie jest bez winy. Tutaj każdy ma coś na sumieniu i jesteś w stanie zrozumieć co kieruje obiema ugrupowaniami, dlaczego robią to co robią oraz skąd wzięły się ich uprzedzenia. Do końca nie wiesz, która ze stron przekroczy pewne granice. Dużo jest ponadto pokazanych aspektów politycznych oraz konfliktów na tle rasowym.


Jeśli chodzi o efekty specjalne to powiem, że jak na taki serial, to jestem pod wrażeniem. Każda moc każdego mutanta prezentuje się wręcz znakomicie. I zielona poświata na rękach Polaris, i oślepiające promienie Eclipsa, i portale Blink, i nawet tropicielskie zdolności Thunderbirda. Nie wspomnę już o mocach rodzeństwa Strucker. To wszystko wygląda naprawdę dobrze. Muzyka z kolei jest taka sobie. John Ottman słynie z muzyki do produkcji związanych z X-Menami, więc i tutaj go nie zabrakło. Jego kompozycje najbardziej mi się spodobały w scenach romantycznych czy smutnych. Generalnie jednak nie wybija się zbytnio, więc z zachwytami się wstrzymuję.

Summa summarum, The Gifted: Naznaczeni to bardzo przyzwoity i naprawdę dobry serial. Porusza mnóstwo ważnych kwestii jak chociażby podkreśla wartość rodziny, przyjaźni oraz że przeszłość nie może definiować naszej przyszłości. Polecam obejrzeć i przekonać się samemu, że czasami mały budżet daje czasami dużo ambitniejsze dzieło niż milion dolarów. Daję 8/10. Czekam na drugi sezon!