piątek, 10 maja 2019

Avengers: Endgame, czyli SPOJLEROWO o filmie!

Jakiś czas temu opublikowałam TUTAJ bezspojlerową recenzję Avengers: Endgame. Ten film wywarł na mnie ogromne wrażenie i pozostanie w serduszku na zawsze, gdyż jest to honorowe zwieńczenie 11 lat całego Kinowego Uniwersum Marvela. Nie chciałam jednak psuć wam przyjemności z oglądania filmu, dlatego postanowiłam podzielić wpis na dwie części. Ten tekst będzie wypełniony spojlerami po brzegi, dlatego czytacie na własną odpowiedzialność. Zapraszam do lektury!


- W Avengers: Endgame w końcu powrócił Clint Burton a.k.a Hawkeye/Ronin. Trochę brakowało mi go w Infinity War, dlatego cieszę się, że mogłam go ujrzeć w tej odsłonie. Moment, w którym stracił całą swoją rodzinę był przewidywalny, ale wcale nie odebrało to dramaturgii sytuacji. Mężczyzna stracił wszystko, co kochał, czyli żonę i dzieci. Przeszedł na bardzo mroczną ścieżkę i stał się Roninem. Scena w Japonii, choć krótka, bardzo mi się spodobała pod względem choreograficznym. Poza tym miło zobaczyć gościnny występ Hiroyuki Sanady. Był gotów poświęcić swoje życie i to w kilku momentach, ale niestety Natasha wolała go wyręczyć, bo wiedziała, że jak się uda zwyciężyć, to na nowo będzie mógł cieszyć się rodziną. Tak bardzo odczuwałam ból Clinta, że stracił Natashę <3. Postać Ronina została świetnie rozpisana i czekam na więcej epickich chwil z jego udziałem czy to w przyszłej produkcji, czy w jego solowym serialu. 


- Skoro już jestem przy temacie Natashy... Jej śmierć okazała się dla mnie totalnym zaskoczeniem! Tzn. wiedziałam, że z obojga z nich ona najprędzej zakończy żywot, ale tak się w głębi duszy modliłam, żeby ocalała. Bardzo lubiłam jej postać i mimo, że nigdy nie otrzymała solowego filmu do tej pory, tak naprawdę jej story arc został niesamowicie rozwinięty. Widzieć jej płaczącą to był ogromny cios w plecy, mając gdzieś z tyłu głowy świadomość, jak kiedyś potrafiła kryć głęboko swoje emocje. Poza tym, muzyka Alana Silvestriego w momencie jej śmierci była taka sama kiedy Thanos poświęcał życie Gamory. Tym bardziej zabolało to moje biedne fanowskie serduszko! Co więcej, ciekawi mnie jak zostanie odebrany jej solowy film, który pojawi się pewnie za jakieś dwa lata, może mniej. W każdym razie żal mi, że osobiście nie uczestniczyła w wielkiej finałowej walce i nie mogła cieszyć się z sukcesu. Tym bardziej, że ona najbardziej wierzyła w sens całej misji. Kochana, będę tęsknić za Tobą! 

     
- Nie wiem jak to określić, ale dziwnie się czułam oglądając Profesora Hulka. Efekty specjalnie fajnie nawet wyszły, ale po prostu nie mogło do mnie dotrzeć, że to co widzę jest prawdą. Dużo scen z Bannerem było całkiem zabawnych, chociaż moment w knajpie troszeczkę przeciągany. Jego dialog ze Starożytną, czyli sentymentalny powrót Tildy Swinton, to po prostu złoto. Wystąpiło dużo właśnie scen w Koniec Gry, które nawet nie wiedziałam, że potrzebuję :P. Mam nadzieję, że jego ramię się jakoś wyleczy i cieszę się, że to Bruce przywrócił wymazaną połowę do życia. Przykro mi jednak, że stracił ukochaną...

  
- Tak jak pisałam w pierwszej recenzji, cieszył mnie wątek Ant-Mana w Endgame. Gdyby nie on, Mściciele nie mieliby większych szans odwrócić biegu wydarzeń (aż dziw, że szczur potrafi ratować sytuację, if you know what I mean...). Jego zjednoczenie się z Cassie było mega wzruszające, a wiele scen z jego udziałem przywoływało uśmiech na mojej twarzy. Kiedy walnął z pięści Leviathana, to po prostu mojemu szczęściu nie było końca!  


- Dla mnie największym rozczarowaniem filmu była kreacja Thora! Ja się grzecznie pytam, co to do jasnej cholery miało być!? Ja rozumiem, że miał depresję i nie mógł się pozbierać po swojej sromotnej klęsce, ale aż tak? Roztyły, zapuszczony pijak, któremu trzeba ciągle uświadamiać, że nie jest sam w swojej niedoli? Którego teksty mnie bardziej drażniły, niż bawiły? Który niejednokrotnie wzbudzał we mnie politowanie a nie śmiech? Czułam się trochę zniesmaczona tym niespodziewanym obrotem spraw. Po tym jak go polubiłam znacznie w Thor: Ragnarok czy w Infinity War, tak znowu nie wiem co o nim myśleć. Cieszę się, że trafił do drużyny Strażników, bo czuję, że świetnie się odnajdzie w ich gronie i chwała Bogu, że nie został królem Nowego Asgardu, bo przecież to byłaby porażka!
  Bardzo mnie zdziwił powrót, chwilowy, ale jednak, Korga i Mieka. To mnie pozytywnie zaskoczyło i miałam wielkiego banana na twarzy, gdy tylko ich ujrzałam. Tak samo zdziwiła mnie scena rozmowy Thora z przeszłą wersją jego matki, Friggi. Tym bardziej troszkę mi jej brak, bo lubiłam jej bohaterkę we wcześniejszych filmach. Jego relacja z Rocketem jest przekomiczna, ale ubolewam trochę, że nie było boss battle między nim a Carol Danvers :D. Taki wewnętrzny geek się domagał takiej sceny, ale bez niej też się obeszło smakiem... Mam nadzieję, że Thorowi się w przyszłości bardziej powiedzie, jeśli chodzi o jego przyszłą wersję. Może James Gunn to naprawi w trzeciej odsłonie Strażników Galaktyki, kto wie?


- Wątek Kapitana Ameryki, moim zdaniem, zakończył się tak pięknie jak tego można by chcieć. W końcowej bitwie bałam się o niego śmiertelnie, bo oberwał mocno od Thanosa, a jego tarcza przecież pękła. No i ta cudowna scena z jego kultową formułką "Avengers, Assemble"! Masa gęsich skórek przeszła mnie za jednym razem! Liczyłam na jego słynną komiksową kwestię wypowiedzianą w stronę Thanosa, nie dostałam jej, ale otrzymałam coś więcej - "On your left!". Wtedy wiedziałam, że padnę z zachwytu! No i wtedy wszyscy przywróceni do życia z różnych miejsc w kosmosie stawili się na miejsce bitwy... O mamuniu, co się wtedy ze mną działo!
   Mało tego, jego wcześniejsza walka z przeszłą wersją siebie była bezcenna, nawiązanie do Hail Hydry w połączeniu ze sceną w windzie przypominającą tą z Zimowego Żołnierza to było cudeńko. Jednak zakończenie jego wątku w Marvelu wstrząsnęło mną niemiłosiernie. Staruszek Steve, który za namową Tony'ego, przeżył cudowne życie u boku Peggy. W końcu zaznał szczęścia, jakiego pragnął odkąd tylko obudził się z siedemdziesięcioletniego snu. To była wzruszająca i pełna ciepła scena. W dodatku moment, gdy przekazał tarczę Samowi, był bardzo piękny. Troszkę żałuję, że Bucky nie odziedziczył tego przywileju, ale z drugiej strony rozumiem takie posunięcie. Myślę, że tożsamość Kapitana wymagałaby czystej kartoteki i konieczności prezentowania swojego nieskazitelnego wizerunku. Bucky, mimo, że już zdrowy i wyleczony, nie wpasowałby się najlepiej w te kryteria, więc może objęcie roli Kapitana przez Sama okazało się lepszym posunięciem. Będę tęsknić za Stevem i nie mogę uwierzyć, że to już koniec jego historii :(.


- Ehh... Większy jednak ból to chyba ostateczne pożegnanie się z Tony'm Starkiem, czyli jedynym i niezastąpionym Iron Manem. Człowiek, który koło Thora czy Kapitana Ameryki miał największy story arc w historii Marvela, który był najbardziej prominentną postacią i niejednokrotnie gotów był do poświęcenia swojego życia. Z egocentrycznego i narcystycznego samoluba stał się najukochańszą postacią, którą fani pokochali i trwali z nią do końca. To dzięki niemu nieraz Mściciele wybrnęli z najgorszych sytuacji, no i oczywiście w Endgame przyczynił się do zwycięstwa herosów. Niestety kosztem swojego życia. Scena ze Spider-Manem, która ewidentnie odzwierciedla moment z Infinity War, po prostu złamała moje serce. Jego pogrzeb, na którym obecni byli WSZYSCY herosi, zmiażdżyła mi serce, a w kinie dosłownie ryczałam jak bawół. Myślę jednak, że była to śmierć majestatyczna i piękna, bo otoczony był on rodziną i najbliższymi. Śmierć godna prawdziwego bohatera i koniec wspaniałej wieloletniej historii Tony'ego Starka. 
   Cudownie poczułam się w scenie, kiedy rozmawiał ze swoim ojcem, kiedy spędzał czas ze swoją córeczką i żoną, kiedy mógł przeżyć życie w szczęściu i w radości. Będzie mi brakowało jego kąśliwych uwag, specyficznego poczucia humoru, sarkastycznych żartów i jego charyzmy, która wielu ludzi kusiła do częstszych wizyt w kinach. Wspaniałe zwieńczenie wspaniałej historii. 


- Podoba mi się, że Nebula ma mega ogromną rolę w Endgame, czy by tego chciała, czy nie. Mimochodem namieszała trochę w tych podróżach w czasie, co już samo w sobie czasami wzbudzało konsternację i zamęt, ale przecież nie wszystko przewidzisz. Uważam, że z całym tym skakaniem w czasie twórcy poradzili sobie świetnie, choć przyznam, że generalnie produkcje, w których pojawia się wątek zabawy z czasem, potrafią zrobić z mózgu papkę. Uwielbiam nową fryzurę Carol Danvers, która cudownie nawiązuje do jej obecnej komiksowej wersji. Poza tym obiektywnie wygląda o wiele lepiej w krótko przyciętych włoskach. Finałowa walka po prostu zwala z nóg pod względem skali, długości trwania, ukazania tylu bohaterów w akcji czasami w jednym kadrze. Mało tego, wspomniałam w pierwszym tekście o niesamowitej ilości fan service'u, który nam zaserwowano. Występuje mnóstwo nawiązań do poprzednich filmów, lecz także seriali. Kiedy zobaczyłam Jarvisa z serialu Agentka Carter, to po prostu mi serduszko podrosło <3. Taki krótki występ, a tak cieszy! Ponadto, jak już wcześniej mówiłam, Frigga, Korg, Miek, Peggy, Howard powrócili. Na chwilkę, ale jednak! 


- Nie umiem zliczyć, ile scen mi się w filmie podobało, bo jest tego masa! Kapitan Ameryka podnoszący Mjolnir, Kapitan Marvel walcząca z Thanosem i rozmawiająca z Peterem Parkerem, epicki moment kobiecej siły na czele z wściekłą Wandą, powrót wszystkich spopielonych bohaterów, rozkoszny przytulas od Tony'ego dla Spider-Mana, pogrzeb Starka, wyparowujący Thanos... Ciężko więc znaleźć mi najgorszą scenę, ale tutaj pole do popisu ma Thor, którego przerobili na karykaturę, nad czym strasznie boleję po tak świetnej kreacji w Ragnaroku czy Infinity War

  
- Oczywiście uważam, że część rzeczy została niedopowiedziana. Jeśli czegoś nie zrozumiałam, to możecie mnie poprawić. Skąd Asgardczycy znaleźli się na Ziemi? Gdzie byli wcześniej? Jak udało się Valkirii sprowadzić ich do domu? Skąd ona wytrzasnęła tego pegaza? Jak Kapitan Ameryka może tworzyć błyskawice i pioruny przy użyciu Mjolnira, skoro nie posiada mocy boga piorunów? Przecież Mjolnir miał utrzymywać moce Thora w ryzach, a sam nie wytwarzał siły jako takiej. Jak więc to było możliwe? Skąd Ancient One wiedziała o przeznaczeniu Strange'a i jego roli w Infinity War? Czyżby również w tym celu korzystała z Kamienia Czasu? Dokąd udał się Loki w jednej z wersji przeszłości? Czy odebranie Mjolnira z 2013 roku nie zmieni wydarzeń z Mrocznego Świata? Tak samo małżeństwo Steve'a z Peggy? Jak Gamora odnajdzie się w ekipie Strażników, nie pamiętając kompletnie nic z wcześniejszych jej ''domniemanych'' przygód, których nigdy nie przeżyła? 


Na razie tyle moich przemyśleń. Na pewno wymyślę coś jeszcze i opublikuję na fan page'u. Co jak co, ale jednak ciężko przypomnieć sobie wszystkie szczegóły z trzygodzinnego filmu. A jakie wy macie spostrzeżenia, obiekcje, rozważania? Co Wam się spodobało w filmie, a co byście zmienili/dodali/usunęli? 

piątek, 3 maja 2019

We are in the Endgame now, czyli Avengers!

Ostatni film z udziałem oryginalnych członków Mścicieli. Ostatni film, który kończy pewien rozdział nie tylko z cyklu Marvel Cinematic Universe, lecz także w historii kinematografii. Ostatni film zamykający ponad dziesięcioletnią historię rozpoczynającą się od Iron Mana. Pierwszy film, który otwiera furtkę nowym członkom Avengers. Pierwszy film, który rozpoczyna kolejne rozdziały opowiadania, które choć rozwlekłe, wciąż tłumnie przyciąga widzów do kin. Pierwszy film, który daje możliwość kolejnej dekady znakomitych produkcji. Avengers: Endgame to przełom w historii kina i wcale tutaj nie przesadzam. Myślę, że ilość sprzedanych biletów oraz prędkość z jaką zostały wykupione mówi samo przez się. Dlatego nie będę rozwodzić się nad fenomenem Końca Gry i przejdę do obszernej, pełnej szczegółów i emocji recenzji (zachęcam do lektury bezspojlerowej recenzji Avengers: Infinity War TUTAJ, a TUTAJ do moich spojlerowych przemyśleń). Zapraszam!


Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Marcus, Stephen McFeely
Premiera: 25.04.2019 (Polska)
Produkcja: USA
W rolach głównych: Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Josh Brolin, Brie Larson, Scarlett Johansson, Mark Ruffalo, Paul Rudd, Jeremy Renner, Don Cheadle, Karen Gillan, Bradley Cooper
W pozostałych rolach: Jon Favreau, Gwyneth Paltrow, Hiroyuki Sanada, Ty Simpkins, Katherine Langford, Emma Fuhrmann, Winston Duke, Benedict Wong, Danai Gurira, Tessa Thompson


Najbardziej wyczekiwana produkcja tego roku, Avengers: Koniec Gry, to bezprecedensowa filmowa podróż będąca punktem kulminacyjnym budowanego od dekady filmowego uniwersum Marvela.

Kiedy połowa populacji Wszechświata została unicestwiona, a drużyna Avengers rozbita, pozostali superbohaterowie będą zmuszeni stawić czoła potężnemu Thanosowi (Josh Brolin). Kto zwycięży w tym ostatecznym starciu życia i śmierci...

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć moją recenzję. Jestem wciąż w szoku, ogromnym niedowierzaniu, emocjonalnej rozterce i generalnie mentalnie czuję się rozbita. Może nawet bardziej niż po zeszłorocznym finale Infinity War. Spróbuję jednak w trakcie pisania uporządkować jakoś moje chaotyczne myśli. Postanowiłam, tak jak zresztą w przypadku Wojny bez granic, podzielić moją recenzję na dwie części. Dzisiaj zaprezentuję Wam opinię niezawierającą spojlerów, czyli generalne przeżycia, wrażenia i ocenę. Natomiast za jakiś czas uraczę Was tekstem przesyconym szczegółami z filmu, na które w znaczny sposób zwróciłam uwagę.

Akcja Avengers: Endgame rozpoczyna się 5 lat po finale Avengers: Infinity War. Ci, co przeżyli pstrykniecie Thanosa, próbują podnieść się jakoś psychiczne po swojej klęsce. Cały świat ogarnięty jest żałobą, miasta opustoszały, a rząd spisuje straty ludzi w milionach. Garstka Mścicieli postanawia wykorzystać ostatnią szansę i pokonać Szalonego Tytana, jednocześnie pragnąc przywrócić zmarłych do życia. Tonący brzytwy się chwyta, niemniej realizacja planu nie jest tak łatwa jak się z początku wydaje, pomimo faktu, że drużyna poszerzyła się o kilka znakomitych jednostek osobowych. Wkrótce jednak powraca cień szansy na sukces. Czy Avengersi zdołają wskrzesić wyparowane osoby? Jaką rolę w filmie odegra Ant-Man (Paul Rudd), Captain Marvel (Brie Larson) czy Ronin (Jeremy Renner)? Czy uda im się definitywnie powalić potężnego Thanosa?


Początek filmu, czyli jakieś 30 minut, wprowadza nas powoli w świat po pstryknięciu, który jest naprawdę ponury i przybijający. Pokazano ocalałych bohaterów, którzy na swój sposób starają się przebrnąć przez piekło, jakie doświadczyli i próbują poradzić sobie z dobijającym poczuciem klęski. Mimo, że usiłują jakoś podnieść się na duchu, tak wciąż prześladują ich demony przeszłości. Bardzo podoba mi się, że w filmie poświęcono całkiem sporą ilość czasu, żeby pomalutku zaprezentować widzowi co tak autentycznie stało się z całym światem po Zdziesiątkowaniu. Doceniam, że akcja nie zaczyna się od razu od wielkich wybuchów, tylko od stopniowego, acz dosadnego ukazania szarej i ponurej rzeczywistości, która otoczona jest zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną pustką.

Tak naprawdę w Endgame nie ma zbyt dużo Thanosa. A przynajmniej nie tak dużo jak myślałam, że będzie. Tym razem ma on inne plany względem Ziemi, niekoniecznie całego Wszechświata. Ziemia wyjątkowo zalazła mu za skórę i nie przewidział, że ludzie będą mu się sprzeciwiać i uparcie walczyć o swoje. Mają jeszcze czelność się buntować! Przecież zrobił to dla dobra ludzkości! Dlatego też nie zamierza już się patyczkować i najwyższy czas dać Ziemianinom nauczkę, czyli zgładzić całą planetę. Brzmi to jak znany już motyw wielu marvelowskich złoczyńców, niemniej Thanos jest w swojej misji bardziej wiarygodny, ponieważ wierzy w skuteczność swoich poczynań. Zdaje się sądzić, że jest to jedyne słuszne rozwiązanie. Tym bardziej jestem pod wrażeniem tego, że jeszcze bardziej ufa swojej koncepcji po dosyć ostrej dyskusji jego i pewnego Mściciela :P. Być może do tego wątku powrócę w spojlerowej recenzji. Tak czy siak, mimo że Thanos nie miał aż tak znaczącej roli jak chociażby w Infinity War, gdzie historia była opowiadana z jego perspektywy, tak wciąż wzbudza jednocześnie szacunek i postrach. Wielki respekt dla Josha Brolina za niesamowite uchwycenie kompleksowej osobowości Tytana.


Cała produkcja trwała nieco ponad 3 godziny, ale mimo to, każda z postaci w jakiś większy czy mniejszy sposób zabłyszczała na ekranie. Największe pole do popisu miała oczywiście oryginalna szóstka Avengers, czyli Kapitan Ameryka (Chris Evans), Iron Man (Robert Downey Jr.), Czarna Wdowa (Scarlett Johansson), Hulk (Mark Ruffalo), Thor (Chris Hemsworth) oraz nieobecny w trakcie wydarzeń z Wojny bez granic Sokole Oko/Ronin (Jeremy Renner). Endgame to jest film skupiający się głównie na tych sześciu znakomitych sylwetkach herosów. Z treści filmu dowiadujemy się m.in. co się działo z Clintem przez cały ten czas oraz co go skłoniło do obrania dosyć mrocznej ścieżki życiowej, jak Tony wydostał się z Kosmosu oraz jak zdecydował się przeboleć swoją stratę, jak Bruce pogodził się ze swoim alter ego, jak Steve i Natasha próbują ogarnąć porządek w świecie oraz jak Thor, skromnie mówiąc, zszedł na psy :D. Endgame to jest film o nich, który zgrabnie acz dobitnie domyka ich wątki. Myślę, że reżyserzy w ten sposób pięknie zamknęli pewną część historii Marvela i cieszę się, że udało im się to zrobić tak fenomenalnie. Wszystkim tym członkom oddana jest należyta cześć i choć łzy gorzko wylałam nad zakończeniem niektórych z nich, tak sądzę, że tak po prostu trzeba było. No dobrze, jest jedna postać, której rola w filmie została totalnie potraktowana po macoszemu, a mianowicie Thora. Chętnie bym się więcej rozpisała, ale za dużo musiałabym zapodać spojlerów. Powiem tylko tyle, że się zawiodłam i czuję się rozczarowana, że tak poprowadzono motyw, jakby nie patrzeć, jednej z najpotężniejszych postaci uniwersum Marvela.

Na szczęście nie brakuje też Ant-Mana, który odgrywa kluczową rolę w opowieści i bardzo dziękuję za to, że w końcu Scott nie jest tylko i wyłącznie śmieszkiem czy comic reliefem, który nie ma żadnego wpływu na opowiadaną historię. Wręcz przeciwnie. Scott wydaje się mieć bardzo dużo do pokazania i powiedzenia. Do tej pory, przynajmniej w produkcjach z jego udziałem, odnosiłam wrażenie, że nawet gdyby go nie było, to fabuła i tak szłaby jakoś do przodu. Po prostu miałam poczucie, że potencjał Ant-Mana jest notorycznie marnowany. Na szczęście tutaj Scott pokazuje, że mimo, że najmniejszy z herosów, to potrafi niejednokrotnie udowodnić swoją wartość. Podoba mi się także wystąpienie Rocketa (Bradley Cooper), War Machine'a (Don Cheadle) oraz Nebuli (Karen Gillan), którzy również mają kilka scen, gdzie ucieleśniają pojęcie badassa. Szczególnie Nebula okazuje się być ważna dla całej fabuły, co uważam za bardzo korzystny zabieg.


Z kolei hejterzy Captain Marvel mogą być spokojni. Tejże heroiny aż tak nie ma dużo w filmie, żeby się niepotrzebnie pultać na widok epicko ukazanej, moim skromnym zdaniem, Brie Larson. Akurat jej ilość na ekranie wydaje mi się w sam raz i myślę, że wilk syty i owca cała, ponieważ zarówno fani Kapitan Marvel, jak i jej zagorzali przeciwnicy, mogą być usatysfakcjonowani, bo jest obecność na ekranie jest wystarczająca.

Chyba nie ma co mówić o efektach specjalnych czy dźwiękowych. Marvel pod tym kątem nigdy nie zawodzi (no może troszeczkę w Black Pantherze, ale da się to wybaczyć). Choreografia walk prezentuje się naprawdę świetnie, ruchy postaci są płynne i autentyczne. Kolejny raz imponuje mi praca kamer, które zarówno korzystnie pokazują wszelkie zbliżenia czy oddalenia. Tonacyjnie czy kolorystycznie Endgame różni się od Infinity War, za co również szanuję twórców. Muzyka filmowa, ponownie skomponowana przez Alana Silvestriego, to istny majstersztyk. Praktycznie dokonał niemożliwego, albowiem połączył motywy muzyczne różnych postaci w jedno + oczywiście motyw główny Avengers. Słychać charakterystyczne instrumenty przywodzące na myśl Ant-Mana, intrygujące brzmienia, gdy powracamy pamięcią do Doktora Strange'a, główny motyw Kapitana Ameryki, celtyckie elementy, które dominują w scenach z udziałem Thora czy Valkirie. Po prostu majstersztyk i muzyczne dzieło sztuki. Ponadto dawno nie uświadczyłam takiego fan service'u jak w przypadku Końca gry, o czym opowiem wam wkrótce w kolejnym wpisie.


Mam jedynie pewne zastrzeżenia względem spójności fabularnej. Tutaj również ciężko mi się wypowiedzieć bez kontekstu filmowego, aczkolwiek po wyjściu z kina czułam, że pewne części zostały pominięte czy niedopowiedziane bądź po prostu gryzą się z poprzednimi filmami MCU. Poza tym niejednokrotnie humor niespecjalnie mi spasował. Owszem, lubię się pośmiać, ale występuje parę momentów, gdzie komizm wydawał mi się zbędny i trochę nie na miejscu. Szczerze, to przyznam, że Infinity War nieco bardziej mi się spodobało, bo Endgame jednak troszkę jest bardziej chaotyczne i można się pogubić momentami, ale nie zmienia to faktu, że jest to film, na który zdecydowanie każdy fan Marvela powinien się wybrać. Bezsprzecznie jest to koniec pewnego rozdziału w historii Marvel Cinematic Universe.

Dziękuję braciom Russo za piękne zwieńczenie dziesięciu lat istnienia Marvel Studios, Stanowi Lee za swoją kreatywność i tryskający optymizm, wszystkim aktorom, którzy pięknie sportretowali swoje postaci i nadali im osobowości oraz wszystkim tym, którzy przyczynili się do kolejnych hitowych produkcji. Moje łzy szczęścia i smutku to dowód Waszego sukcesu. Dziękuję <3. Filmowi daję czyli 10/10!!!


PS. Niestety, ale nie występuje żadna scena po napisach. Sądzę jednak, że z szacunku dla twórców i wszystkich ludzi, którzy pracowali przy tym filmie, warto zostać do końca. 

piątek, 12 kwietnia 2019

Filmowy mixture #4

Przyszedł czas na kolejną serię z cyklu co ostatnio na Internetach/w telewizji obejrzała Vombelka. To co? Zaczynamy! 

1.) In the Heart of the Sea/W samym sercu morza (2015)


W roku 1820 z Nowej Anglii wypływa statek Essex, na którym znajduje się załoga poszukująca wielorybiego tranu. Kapitanem zostaje pochodzący z arystokracji George Pollard (Benjamin Walker), a pierwszym oficerem Owen Chase (Chris Hemsworth). Wspólnie podejmują się wyzwania zabicia wieloryba. Problem w tym, że ten wieloryb wydaje się inteligentny i skory do zemsty. Rozwala statek, a załoga dryfuje po oceanach przez 90 dni. W takich ekstremalnych warunkach będą musieli stawić czoła własnym lękom, słabościom oraz podważyć swoje wartości moralne. 

Powiem, że do obejrzenia tego filmu najbardziej zachęcił mnie duet Thor oraz Spider-Man. Tzn. Chris Hemsworth oraz Tom Holland. Przede wszystkim ten drugi, w którym kocham się odkąd ujrzałam film Niemożliwe. Od tamtej pory zachwycam się nad talentem aktorskim młodego Toma, który coraz bardziej pnie się na szczyt kariery. No i jeszcze mu nie odbiło. Wracając jednak do tematu...

In the Heart of the Sea, jak dla mnie, jest filmem dość średnim. Ani nie wybitnym, ani nie totalnym gniotem. Balansuje gdzieś pośrodku. Nie wiem jak to jest z książką, bo produkcja jest oparta na powieści Hermana Melvilla, a ta z kolei na zasłyszanej opowieści o Mobym Dicku. Film, w każdym razie, jest jak dla mnie porządny, dopracowany, z świetną pracą kamery, ale jednak... Ja wiem, nie zachwycił mnie. Obejrzałam już drugi raz i wciąż mam taki niedosyt. Nie poruszył mnie tak, jak myślałam, że poruszy. Niemniej filmowi nie da się odmówić kameralności. Nie wiem, czy Wam polecić, ale jeżeli lubicie Hollanda czy Hemswortha to śmiało możecie się wziąć za seans. Przynajmniej dla nich :P.

2.) Bumblebee (2018)


Bumblebee, uciekając przed wojną na Cybertronie, znalazł schronienie w małym kalifornijskim miasteczku. Ukrył się najlepiej jak potrafił. Charlie (Hailee Steinfeld), zafascynowana samochodami przeciętna nastolatka, w swoje urodziny dostaje prezent marzeń - samochód do remontu. I wkrótce odkrywa, że w jej garażu stoi coś więcej, niż zdezelowany żółty Volkswagen.

Chyba nie będzie to wielkim odkryciem jak powiem, że Bumblebee od Travisa Knighta to najlepszy film fabularny o Transformersach. Konkurencja nie była wielka, chociaż jeszcze pierwsza część od Michaela Bay'a była nawet całkiem fajna. Niemniej z każdą kolejną produkcją poziom spadał coraz niżej, aż w końcu osiągnął swój szczyt (a właściwie dno) z filmem Transformers: Ostatni Rycerz, który nie tyle nie trzymał się sensownej fabularnej kupy, co tryskał kiczem i generalnym burdelem na ekranie, czego nie mógł uratować ani Mark Wahlberg w duecie z Anthonym Hopkinsem, ani sam Bumblebee czy Cogman, którego pokochałam od pierwszego momentu.

Niemniej czuję jakiś sentyment do tychże filmów, ponieważ mam bzika na punkcie adaptacji komiksowych, robotów, sztucznej inteligencji i wypasionych scen akcji. Poza tym, kocham tego żółtego Trzmiela! A jak już jest o nim solowy film to tym bardziej się pokusiłam, żeby wybrać się na seans. Nie mam czego żałować.

Po pierwsze, relacja na linii Bumblebee oraz Charlie to najsilniejszy element filmu. Oboje są zagubieni, niepewni, pogubieni w świecie, w którym żyją. Dlatego może tak dobrze się uzupełniają. Bee, po utracie głosu czy pamięci (nawiasem mówiąc, dowiemy się jak to się stało, że BB stał się niemową) staje się malutkim dzieciakiem, który na nowo uczy się kim jest i z czym musi się zmierzyć. Z kolei Charlie to nastolatka, która pragnie już dojrzeć i sama sterować swoim życiem. Chce być niezależna i odcina się od innych. Ta więź, która tworzy się między tym dwojgiem bardzo mnie przejęła. Zresztą sama bohaterka jest bardzo przekonująca. Nie ma tam żadnej damsel in distress. Charlie to naprawdę babka z charakterkiem i cieszę się, że nie zrobili z niej seksownej wersji Megan Fox.

Po drugie, podoba mi się klimat lat 80., czyli muzyka, styl tamtych lat i nawet specyficzne elementy komediowe. Czasami podchodziły pod pewne cliche, ale myślę, że w przypadku Bumblebee można  to wybaczyć. Efekty specjalne są znakomite, kadry bardzo wyraźne i widać, co się dzieje na ekranie. Momenty transformowania się są pięknie uchwycone. Travis Knight, jako w sumie początkujący reżyser, sprawił, że uwierzyłam w tę franczyzę i cieszę się na kolejne kontynuacje. Trzymam kciuki!

3.) The Predator/Predator (2018)


Kolejna część filmu, traktująca o potwornych drapieżnikach z kosmosu, którzy dla sportu zabijają ludzi. Tym razem ten ''zwykły'' Predator nieudolnie próbuje ocalić ludzi przed znacznie potężniejszym wrogiem. Quinn McKenna (Boyd Holbrook) na czele z bandą szurniętych żołnierzy o różnych psychicznych zaburzeniach oraz pewną panią biolog (Olivia Munn) próbują powstrzymać niebezpiecznego przeciwnika oraz ocalić małego chłopca, cierpiącego na autyzm.

Szczerze mówiąc, wzięłam się za ten film, bo chciałam się totalnie odmóżdżyć. Miałam ciężki tydzień i potrzebowałam czegoś na odprężenie, na chwilę odpoczynku dla moich neuronów. Cel został osiągnięty, ale aż takiego prania mózgu dawno nie doświadczyłam. Film nie jest gniotem, acz naprawdę balansował na granicy cringe'u, kiczu i niestrawnego horroru, i tutaj wcale nie mam na myśli cieknącej strugami krwi czy łamania kości, chociaż i tego nie brakuje.

Fabuła idzie w niespotykane kierunki. Mam wrażenie, że scenarzysta nie miał do końca pomysłu, co można by zrobić w tym filmie, więc postanowił nawrzucać wszystkie swoje koncepcje jakie mu wlazły do głowy. Mamy Predatora (którego tak właściwie nie ma), 3,5 metrowego Predatora. Na scenę wkraczają także karykaturalne psy, autystyczny chłopiec, banda oszołomów, pani biolog, która w mig ogarnia wszelkie metody strzelania z broni oraz złego pana naukowca, który jest i dobry, i zły, w zależności od tego, co chce od niego scenarzysta. To wszystko okraszone jest toną beznadziejnego, odpychającego dialogu, lejącego się przez ekran bagna przekleństw oraz sztywnych interakcji między bohaterami.

Za to arcydzieło odpowiada reżyser Iron Mana 3, czyli Shane Black. Mogłam się w sumie tego spodziewać, bo według mnie, Iron Man 3 jest dosyć słabym filmem na tle pozostałych produkcji. Nie mogę jednak powiedzieć, że film jest totalnie do bani. Mimo, że czasami aż mną trzęsło nad żałosnymi pomysłami czy dialogami, tak naprawdę akcji nie brakuje. Boyd Holbrook nieźle ciągnie tę papkę zwaną filmem, a ten chłopczyk jest taki uroczy (!), ale to nie jest argument. Pomijam fakt, że wniosek, jaki się wysuwa z filmu to taki, że warto być niepełnosprawnym, bo w przyszłości może cię porwać żądny krwi kosmita. Nawet efekty specjalne mnie momentami mierziły, ale chyba to jest taki typ filmu, który świetnie działa na zmęczony mózg i stanowi swoistą definicję guilty pleasure. Niby kupka zwana filmem, ale oglądało się z zaciekawieniem. Końcowa scena mi się najbardziej spodobała. Jeśli jednak ma być kontynuacja, to błagam. Niech ktoś z pomysłem się tym zajmie!

4.) Beautiful Boy/Mój piękny syn (2018)


Beautiful Boy oparty jest na faktach autentycznych. Film skupia się na Nicu (Timothee Chalamet) oraz Davidzie (Steve Carell) Sheff, synu i ojcu, którzy muszą się zmierzyć z nałogiem narkotykowym Nica.

To nie jest film łatwy. Porusza naprawdę ciężki temat, który wciąż jest powszechny w świecie. Nie mówię tutaj tylko i wyłącznie o narkotykach, chociaż to te substancje wyniszczają Nica oraz właściwie całą jego rodzinę. Mówię tutaj o nałogu jako takim. Beautiful Boy idealnie ukazuje jak problem jednej osoby wpływa na całe jego otoczenie, czyli rodzinę. Unaocznia nam, jak nałóg wygląda z obu stron. Z jednej, czyli Nica, który wtłacza w swój organizm najgorszy możliwy syf, oraz z drugiej, Davida, który musi patrzeć na cierpienie syna oraz stara się pomóc mu w jakikolwiek możliwy sposób.

Timothee Chalamet to naprawdę prze-zdolny, młody aktor, który niesamowicie się rozwija i potrafi swoją grą oczarować widza naturalnym autentyzmem i taką nieposkromioną szczerością. Steve Carell z kolei zaskoczył mnie niesamowicie. Kojarzę go raczej z komediowych ról, ale w Mój piękny syn pokazał się z tej drugiej, poważniejszej strony. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Carell wypadł tak dojrzale i wręcz doskonale, że zdejmuję swoją wirtualną czapkę z głowy.

Tak jak mówię. Film nie jest lekki, więc ciężko mi go oceniać w kategorii obiektywnej. Można się chwilami pogubić, bo fabuła produkcji skacze w różne okresy czasowe i przyznam, że miałam kłopot w ogarnięciu co kiedy i z czym. Ponadto muzyka momentami była nie tyle rozpraszająca, co zbyt pompatyczna czy raczej zbędna. Nie trzeba aż tak podkreślać wyniosłość czy dramaturgię filmu, bo widz sam z siebie czuje smutek, trwogę, powagę sytuacji. Osobiście nie spodobał mi się taki zabieg, ale ogółem film jest mocny, autentyczny i świetnie zagrany przez duet Chalamet oraz Carell.

5.) Glass (2019)


Glass to trzecia część trylogii M. Nighta Shyamalana (mam nadzieję, że prawidłowo napisałam) po Niezniszczalnym oraz Split. Historia toczy się jakiś czas po wydarzeniach ze Split. David Dunn (Bruce Willis) zaakceptował swoją prawdziwą naturę i postanawia ją wykorzystać w dobrych celach, broniąc niewinnych i pokrzywdzonych. Na jego drodze staje Horda (James McAvoy), którego główny protagonista chce powstrzymać przed kolejnymi bestialskimi czynami. W konflikt wtrąca się pani psychiatra Ellie Staple (Sarah Paulson), która zamyka przybyszy w zakładzie dla obłąkanych, w którym znajduje się również Mr. Glass (Samuel L. Jackson). Pani doktor postawia sobie za cel ''wyleczenie'' trójki bohaterów z ich choroby, stawiając im pytania, które podważają ich wiarę w siebie i ich umiejętności. Czy to nie wymysł ich wyobraźni, że są ponadprzeciętnie uzdolnieni? Może wpoili sobie fakt, że są niesamowici? Być może przeżyli jakieś traumatyczne wspomnienie, które sprawiło, że chcieli poczuć się lepsi od reszty społeczeństwa? Prędzej czy później, będą musieli się zastanowić i podjąć decyzję, kim tak naprawdę są.

Czytałam przeróżne recenzje odnośnie Glass i przyznam, że są dość zbieżne. Jedne krytykują produkcję od stóp do głów, drugie twierdzą, że to arcydzieło kina superhero. Poniekąd zgadzam się z obiema opiniami. Unbreakable oglądałam bardzo dawno temu i sądzę, że jest to solidny i porządny film, który niejako zapoczątkował erę bohaterów w trykotach zanim Marvel czy DC rozpoczęły działania w tym kierunku. Split to film, który balansuje na granicy horror/thriller i świetnie buduje atmosferę niepokoju. Do tego James McAvoy... Czego chcieć więcej? Jak tam się spisuje Glass?

Po pierwsze, gra aktorska jest naprawdę genialna. James ponownie nie zawodzi, pokazując jak niesamowicie utalentowanym jest aktorem. Pokazać na ekranie ponad 20 różnych osobowości to niezwykła sztuka. Samuel L. Jackson równie dobrze sobie radzi. Co prawda nie było go w filmie długo, co by wskazywał na to tytuł, jednak nie da mu się odmówić talentu. Bruce Willis najmniej zabłysnął na ekranie, ale też dobrze się spisał. Po drugie, nawiązań do poprzednich filmów też nie brakuje. Pewne wątki są poszerzone i nawet z tymi postaciami, które wydają się złe do kości, można się w pewien sposób utożsamić. Zakończenie wbiło mnie w fotel, co z jednej strony szanuję, acz z drugiej zostawia mnie z taką wewnętrzną pustką.

Dialogi momentami mi nie podeszły. Twórcy jakby na siłę chcieli wyjaśnić to, co już widz wie.  Ponadto część wątków wciąż wydaje mi się niedopracowana i pewnych kwestii nie rozumiem. Niemniej naprawdę film jest niezwykły na swój sposób i polecam zapoznać się z tymże dziełem. 

piątek, 29 marca 2019

Cloak & Dagger - recenzja I. sezonu

Witajcie, kochani:). Kolejnym serialem Marvela, z którym miałam przyjemność się zapoznać, jest Cloak & Dagger od ABC Television. Czytałam kilka recenzji odnośnie tejże produkcji i z tego co się orientuję opinie zarówno fanów, jak i krytyków są nad wyraz pozytywne. Część recenzentów uważa nawet, że jest to najlepszy serial od Marvela ever! Cóż... Jako typowy nerd z prawdziwego zdarzenia, który chłonie wszystko co z Domem Pomysłów związane, nie mogłam się powstrzymać i wzięłam się za oglądanie. Czy było warto? Czy Peleryna i Sztylet to najlepsze mało ekranowe przedsięwzięcie Marvel Television?


Twórca: Joe Pokaski
Premiera: 08.06.2018 (Polska)
Produkcja: USA
Dystrybucja: ABC Studios/Freeform
W rolach głównych: Olivia Holt, Aubrey Joseph, Emma Lahana
W pozostałych rolach: Miles Mussenden, J.D. Evermore, Gloria Reuben, Andrea Roth, Noëlle Renée Bercy, James Saito, Wayne Pere



Ona. Dziewczyna z dobrego, bogatego domu, która postanawia uciec przed przeszłością. Kradnie, kłamie, oszukuje, popada w nałogi, wiecznie ucieka i chowa się przed światem. Nigdzie nie ma dla niej miejsca. On. Nieśmiały, zakompleksiony, żyjący w cieniu swojego zmarłego brata Billy'ego. Cichy buntownik, który nie potrafi odnaleźć się w otaczającym go otoczeniu. Przypadkowe (?) spotkanie na zawsze odmieni losy ich oraz Nowego Orleanu.

Szczerze mówiąc, to nie jest to najlepsza produkcja od Marvela. Nie zmienia to faktu, że tenże serial jest świetny i praktycznie nie czuć, że to w jakikolwiek sposób związane jest ze światem super-bohaterskim. Właściwie to właśnie ta unikatowość sprawia, że Cloak & Dagger jest takie dobre! Przejdźmy jednak do konkretów.


Tandy Bowen (Olivia Holt) to piękna, urodziwa i sprytna kobieta. Kiedy była mają dziewczynką, jej ojciec Nathan, znany naukowiec, pracujący w Roxxon, ginie w wypadku samochodowym, a młodziutka Tandy nie ma szans na przetrwanie kolizji. Czy aby na pewno? Z drugiej strony mały, przestraszony chłopiec Tyrone Johnson (Aubrey Joseph) jest świadkiem śmierci swojego starszego brata, kiedy policjant strzela do młodzieńca. Jakimś cudem Tyrone ratuje Tandy z pułapki, a w wyniku wybuchu platformy oboje zdobywają niezwykłe zdolności. Od tamtej pory życie obojga zmienia się nieodwracalnie.

Mija kilka lat. Po śmierci Nathana rodzina Bowenów została skazana na życiową porażkę. Matka Tandy, Melissa (Andrea Roth) popada w alkoholizm, mieszka w jakiejś ciupie i śpi z żonatymi mężczyznami. Tandy z kolei, korzystając ze swojego uroku oraz talentu, okrada bogaczy i żyje na własną rękę. Dziewczyna również nie stroni od narkotyków, a jej obecnym lokum jest opuszczony kościół, gdzie może się schować i niczego nie bać. Tyrone zaś świetnie się uczy, mieszka w porządnym domu z obojgiem rodziców, Michaelem (Miles Mussenden) oraz Adiną (Gloria Reuben), którzy troszczą się o syna jak tylko mogą. Sam Tyrone pnie się po szczeblach uczniowskiej kariery, jest świetnym koszykarzem oraz ma powodzenie wśród płci pięknej. Chłopak jest jednak nieszczęśliwy. Prześladują go wyrzuty sumienia i potworny żal, wynikający z faktu, że na własne oczy ujrzał śmierć brata. Wkrótce jednak nadarza się okazja, by oboje skorzystali z chwili dla siebie. Tak się złożyło, że oboje spotykają się na tej samej imprezie. Tandy kradnie Tyronowi portfel i bach. Po dotknięciu wielkie bum! Ona świeci się na biało, potrafi odczytywać oraz kraść cudze nadzieje i wytwarzać świetliste sztylety, a on cały pokrywa się w czerni oraz umie teleportować się, jednocześnie potrafi również widzieć ludzkie lęki. Z czasem nieważne w jakim kierunku się nie udają, coś ciągnie ich ku sobie. Dzięki temu odnajdują sens w swoim życiu.


Za największy plus tego serialu, ale taki największy, jest kreacja dwójki bohaterów oraz więź między nimi. Tandy, nie ukrywam, czasami mnie drażniła. Bywała straszną b*tch, taką bezwzględną suką, która niby udaje twardą, niezależną, uciekającą wtedy kiedy czuje się zagrożona kontaktem z człowiekiem. W dodatku powie czasem za dużo, ale z drugiej strony rozumiem ją i jej postępowanie. Dziewczyna całe życie była okłamywana, imię jej rodziny zbezczeszczone i splamione fałszywymi oskarżeniami, niemalże zgwałcona i poturbowana w wypadku, a sama nigdy nie miała ojca ani dowodów, by go oczyszczać z podejrzeń. Nie dziwi mnie, że działa czasami w taki, a nie inny sposób. Wychowała się praktycznie sama. Podziwiam ją za upór, zawziętość, chęć naprawienia tego co biurokracja zniszczyła w jej życiu, czyli reputacji Nathana Bowena. Jest silna, inteligentna, sprytna i nie raz udowodniła, że świetna byłaby z niej agentka. Brawo dla Olivii za świetną aktorską pracę i umiejętność doskonałego sportretowania postaci Tandy.

Z drugiej strony znajduje się Tyrone. Od początku polubiłam tego chłopaczka. Widać, że żyje życiem kogoś kim nie jest. Próbuje jednocześnie robić wszystko perfekcyjnie, bo wydaje mu się, że taki był jego brat. Perfekcyjny, który podniesiony został do rangi ideału w oczach rodziny Johnsonów. Tyrone uczy się, gra w koszykówkę, spełnia wolę rodziców, bo nie chce nikogo zawieść. W pewnym momencie coś w nim pęka. Po spotkaniu z Tandy jego moce się uwalniają. Pragnie odnaleźć policjanta Connorsa (J.D. Evermore), który nieumyślnie zabił Billy'iego, i dokonać osobistej wendety. Tyrone to taki chłopak do rany przyłóż. Potrafi dać ogromne wsparcie Tandy, pomaga jej i ochrania jak może, chociaż sam niejednokrotnie nie otrzymuje pomocy. Podoba mi się w jaki sposób Tyrone ewoluuje i staje się odważniejszy i pewniejszy siebie. My boy!


Co jeszcze mi się podoba to fakt, że oboje niesamowicie się uzupełniają. Ona ma moce nadziei, gdy ona pozbawia nadziei innych. On z kolei ma moce lęku, a potrafi dać wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Ona pragnie szybko podróżować, a on wolałby rzucać sztyletami, by zabić Connorsa. Każdy z nich chce zdolności tego drugiego. Można by powiedzieć, że są totalnymi przeciwieństwami, zresztą oboje pochodzą z kompletnie różnych środowisk. Chemia między nimi jest jednak nie do opisania. Mam nadzieję, że w drugim sezonie będą razem, bo oglądanie scen interakcji między nimi to była czysta przyjemność. Czy się kłócą, czy zwyczajnie rozmawiają, czy obmyślają plan działania... Między nimi jest ta niesamowita iskra, która mam nadzieję, że przemieni się kiedyś w ogień.

Generalnie to nie da się zaprzeczyć, że ta dwójka kradnie serial. Postacie poboczne też mają swoje trzy grosze do powiedzenia, ale chowały się w cieniu świetnych performenców Olivii oraz Aubrey'a. Detektyw O'Reilly (Emma Lahana) jak dla mnie to całkiem dobry glina, ale bardziej ekscytuję się jej występem w drugim sezonie, gdy przybierze tożsamość Mayhem. Główny antagonista z kolei, Connors... Ten koleś drażnił mnie od początku i oby nie wrócił, bo już nie mogę go zdzierżyć. Tak naprawdę jednak to nie można powiedzieć, że poza nim był ktoś gorszy. Serial generalnie skupił się na ratowaniu całego Nowego Orleanu przed bandą Terrorów, którzy szaleją po mieście niczym zombiaki, bo korporacja Roxxon musi teraz płacić za swoje żałosne błędy...


W budowaniu klimatu pomaga także autentyczna scenografia oraz oświetlenie, a raczej panujący na ekranie intrygujący półmrok. W każdym epizodzie brzmi świetna muzyka skomponowana przez Marka Ishama, która uzupełniania jest chwytliwymi, pasującymi do poszczególnych scen piosenkami bardziej lub mniej znanych artystów. Efekty specjalne są śliczne, zarówno w przypadku mocy Tyrone'a i Tandy. Co prawda nie występuje jakaś zawrotna ilość scen akcji, ale zawsze to coś.

Summa summarum, Cloak and Dagger to świetna produkcja. Serial porusza wiele wątków, począwszy od rasizmu, politycznych machlojek i przekrętów finansowych, po motyw rodziny, kontaktów międzyludzkich, przyjaźni i poszukiwania sensu życia, patrząc z perspektywy dwóch dojrzewających, sfrustrowanych nastolatków. Nie jest to serial wesoły, a w brutalny i chwilami dołujący sposób ukazujący w jakiej rzeczywistości muszą żyć główni herosi. Także pośmiać to się raczej nie pośmiejecie. Fabuła chwilami mocno zwalnia i ma się wrażenie, że część scen można pominąć albo chociaż upakować tak, żeby wyszło mniej kręcenia. Poza tym, ta trzęsąca się kamera czasami mnie irytowała, jakby reżyser dostawał padaczki od czasu do czasu. Zresztą ten cały wątek voodoo to taki trochę dziwny jak dla mnie był. Ta Boska Para, wybrańcy, etc... Bez tego też byłoby nieźle. Ogólnie jednak produkcja bardzo mi się podoba i polecam obejrzeć. Daję 9/10


piątek, 22 marca 2019

The Punisher - recenzja II. sezonu

Fakt, że obejrzę drugi sezon serialu od Marvela The Punisher (recenzja pierwszego sezonu znajduje się TUTAJ) był oczywisty. Mimo, że raz za razem poznikały wszystkie seriale na Netflixie, a ostała się już jedynie Jessica Jones, tak stwierdziłam, że zostanę z Karzycielem do końca i zobaczę czy chociaż warto było czekać na gorzkie zakończenie ery superbohaterów na Netflixie. Czy było warto? Czy drugi sezon dorównuje pierwszej części? Jest lepiej, a może gorzej?


Twórca: Steve Lightfoot
Premiera: 18.01.2019
Produkcja: USA
Dystrybucja: Netflix
W rolach głównych: Jon Bernthal, Ben Barnes, Amber Rose Revah, Jason R. Moore, Josh Stewart, Floriana Lima, Giorgia Whigham
W pozostałych rolach: Royce Johnson, Deborah Ann Woll, Rob Morgan, Mary Elizabeth Mastrantonio


Akcja drugiego sezonu The Punisher toczy się jakiś czas po wydarzeniach z pierwszej części. Frank Castle (Jon Bernthal) pomścił już śmierć swojej rodziny. Podróżuje po świecie pod swoim nowym imieniem i nazwiskiem, szukając nowego celu w życiu. Prawie mu się to udaje, gdy pewnego dnia poznaje młodą i sprytną włóczęgę, Amy Bendix (Giorgia Whigham), którą śledzą podejrzane knypki. Frank oczywiście postanawia zainterweniować, co potem skutkuje kolejnymi nawarstwiającymi się kłopotami. Okazuje się, że Amy jest na celowniku pewnej potężnej rodziny, która za wszelką cenę postanawia pozbyć się niechcianego świadka. Ponadto, w tym samym czasie, po długiej śpiączce budzi się Billy Russo a.k.a. Jigsaw (Ben Barnes). Z czasem przypomina sobie o tym, co się stało z jego twarzą (ci, co widzieli pierwszy sezon wiedzą w czym rzecz) i pragnie zemścić się na Punisherze. Frank więc zmuszony jest walczyć na dwa fronty. Czu uda mu się zwyciężyć w obu potyczkach? Będzie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc? Kim jest John Pilgrim (Josh Stewart) oraz jaką rolę w fabule spełnia doktor Krista Dumont (Floriana Lima)?

Pierwszy sezon całkiem mi się spodobał. Owszem, tempo czasami zwalniało i część wątków wydawała mi się po prostu zbędna, ale generalnie rzecz biorąc, pierwsza część Punishera to była porządna dawka rozrywki, jeśli można to tak określić, bo serial poruszał dość ciężkie motywy. Moim skromnym zdaniem, drugi sezon Karzyciela wypada lepiej i zdecydowanie bardziej się wciągnęłam, mimo, że internet działał u mnie wtedy tragicznie i z bólem oglądało mi się każdy odcinek, który zatrzymywał się co 2-3 sekundy. Jednak dałam radę!


Oczywiście Jon Bernthal w roli głównej to jest strzał w dziesiątkę tak jak Robert Downey Jr. w roli Iron Mana. Gra aktorska jest na najwyższym poziomie i mam wrażenie, że Jon tak się scalił z tą postacią, że to jest wręcz niemożliwe. Jego spojrzenia, gesty, miny, nawet sposób chodzenia czy głos wzbudzają respekt i naprawdę bałabym się spotkać takiego Franka na ulicy. Nawet jak przegrywa i dostaje po mordzie cios za ciosem, to i tak podnosi się i wygrywa. Tym razem w walce nie jest sam (mimo, że nie bardzo mu się to podoba). Nawiązuje specyficzną więź z Amy, która z odcinka na odcinek coraz bardziej ewoluuje. Z początku wzajemnie nieufni, wręcz wrodzy, z czasem stają się sobie bardzo bliscy. Początkowo myślałam sobie... Po co Frank właściwie zainteresował się losem przypadkowo spotkanej dziewczyny? Czemu akurat Amy? Dotarło do mnie, że Frank po prostu chciał poczuć się ojcem. Nie miał już syna ani córki, a Amy jakoś sprawiła, że obudził się w nim ponownie instynkt ojcowski (dość specyficzny). Może zapragnął chociaż cząstki rodziny? Fakt faktem, że Amy strasznie mnie drażniła. Doceniam czarny humor i sarkazm, ale jej zachowanie, irracjonalne myślenie i kąśliwe uwagi irytowały mnie. Dobrze, że Frank się tym nie przejmuje i stawia dziewczynę do pionu, bo inaczej ciężko byłoby mi ją zdzierżyć...

W drugim sezonie powróciły też już znane postacie. Dinah Madani (Amber Rose Revah), która zmaga się z traumą i pragnie zemścić się na Billy'm, nawet kosztem swojej kariery. Na początku mnie troszkę drażniła, ale z czasem byłam w stanie się z nią lepiej utożsamić. Curtis Hoyle (Jason R. Moore), jedyny przyjaciel Franka, który pragnie załagodzić konflikt nie przemocą, a dobrym i ciepłym słowem. Bardzo lubię Curtisa, jest wiernym i naprawdę wspaniałym przyjacielem. Mimo, że sam jest weteranem wojennym, odcina się od przeszłości, która niejako sprawiła, że woli pomagać innym.


Powraca też oczywiście Jigsaw. Czytałam bardzo dużo komentarzy użytkowników, którzy, delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni z wyglądu Billy'ego. W komiksach Billy, po starciu z Frankiem, wygląda naprawdę koszmarnie. W serialu jego twarz pokryta jest kilkoma bliznami, które wcale nie ujmują mu wyglądu (tak przynajmniej uważam, chyba że to naturalny urok Bena). Oglądałam też wywiad, że tu nie chodzi o sam wizerunek Jigsawa, ale o jego psychikę, która jest tragicznie pokiereszowana, bo Billy tak naprawdę żyje z dziurą w pamięci i miewa ataki paniki. Szczerze mówiąc, na początku też liczyłam, że Russo będzie wyglądał bardziej jak swój komiksowy pierwowzór, ale z drugiej strony jego serialowe oblicze wcale mi nie dokuczało. Z perspektywy czasu uważam nawet, że wydelikacenie jego ran wyszło na dobre z fabularnego punktu widzenia. Powiem, że Billy to naprawdę ciekawie wykreowana postać, której można nawet kibicować, co mi się zdarzyło co najmniej dwa razy w trakcie seansu. Mimo, że człowiek dokonał czynów nieludzkich, tak czasami ciężko było mu nie współczuć. Ben to świetny, utalentowany aktor, którego największym atutem są oczy. Tak dużo można wyczytać z jego oczu! Szacun. Nie jest on może najlepszym Netflixowym złoczyńcą, ale Barnesowa interpretacja Jigsawa bardzo mnie ujęła i widać, że facet przyłożył się do pracy.

Do obsady dołączyły też nowe postacie, takie jak np. wyżej wspomniana doktor Krista Dumont czy John Pilgrim. Ta pierwsza ma dosyć duży wpływ na Billy'ego. Za wszelką cenę postanawia pomóc Billy'emu. Bardzo ją za to doceniłam na początku. Potrafiła zobaczyć w każdym dobro i była gotowa do poświęceń, byle tylko wesprzeć swoich pacjentów, a raczej jednego, konkretnego pacjenta... Niestety pod koniec rozczarowała mnie swoim postępowaniem i jakoś straciła w moich oczach... John Pilgrim z kolei jest bardzo enigmatyczną i budzącą grozę postacią, niemniej jakoś nie byłam w stanie się z nim utożsamić, polubić go czy znienawidzić. Jak dla mnie nie wzbudzał on żadnych emocji, chociaż pod koniec dopiero można poznać go bliżej. Tak czy siak, nie utknie mi jakoś dłużej w pamięci.


Ogólnie rzecz biorąc, serial jest naprawdę dobry. Oglądało mi się świetnie, chociaż nie wciągnęła mnie akcja jakoś przez pierwsze 3-4 odcinki. Potem to już się zatraciłam (podobnie miałam zresztą w przypadku pierwszego sezonu Daredevila). Uważam, że cały ten wątek Pilgrima, rodziny Schultzów i Amy był zbędny. Może inaczej, bo zbędny to złe słowo. Kompletnie mnie to nie zainteresowało. Trochę się nawet wkurzyłam, kiedy SPOJLER całe to zamieszanie z Pilgrimem i Amy tyczyło się jednego, niepochlebnego zdjęcia, które zagrażało życiu praktycznie obojga KONIEC SPOJLERA. Noś kurczę! Odnoszę wrażenie, że twórcy szukali jakiegoś motywu, by wydłużyć jakoś historię Franka do 13 epizodów. Wątek Russo ma większy sens, bo on i Frank mają wspólną historię i jest to konkretny powód, dla którego Frank decyduje się w końcu dokończyć rozgrywkę z finałowego odcinka pierwszego sezonu.

Jeśli chodzi o efekty specjalne, choreografię walk czy muzykę to The Punisher po prostu wymiata. Może nie ma jakichś wyszukanych akrobacji czy fikołków, bo Karzyciel nie bawi się w takie rzeczy, ale łamanie kości, lejąca krew czy wszelkie ciosy wyglądają fenomenalnie na ekranie. Całość prezentuje się nie tyle naturalne, ale wręcz czuć jak te wymachy czy uderzenia bolą. Z satysfakcją, a jednocześnie z grymasem na twarzy oglądałam wszelkie sceny akcji. Muzyka Tylera Batesa również trzyma poziom i stwarza naprawdę unikatową atmosferę.


Summa summarum, The Punisher to naprawdę świetny serial. Akcja rozkręca się z odcinka na odcinek, nie brak strzelanin czy potyczek. Oczywiście każdy Easter Egg raduje przeciętnego komiksomaniaka. Nie brakuje także referencji do poprzednich seriali. Gościnnie występuje Karen Page (Deborah Ann Woll) oraz detektyw Brett Mahoney (Royce Johnson), co również cieszy, że jednak mimo anulowania kolejnych seriali, wciąż ciągłość fabularna jest zachowana. Generalnie serial The Punisher (który najprawdopodobniej nie doczeka się kontynuacji, dlatego dziękuję za w miarę dobre domknięte zakończenie) oceniam na 9/10.


piątek, 15 marca 2019

Higher, Further, Faster, Baby!

Nareszcie do kin wszedł film, na który czekałam od bardzo dawna. Jest to pierwsza produkcja od Marvel Studios, skupiająca się na postaci kobiecej, czyli Kapitan Marvel! Oczywiście wcześniej przedstawiono kilka naprawdę potężnych superbohaterek, np. Gamorę, Black Widow (która również wystąpi w swoim solowym filmie), Valkirię, Scarlet Witch (ta z kolei prawdopodobnie dostanie swój własny serial na platformie Disney+), Nebulę etc., ale jak do tej pory żadna z nich nie mogła zabłysnąć pełnią światła w żadnym filmie. To się zmienia wraz z przybyciem pani Kapitan. 

Captain Marvel od początku była uważana za jedno z bardziej kontrowersyjnych podejść Marvela. Podobnie zresztą jak niegdysiejsi Strażnicy Galaktyki czy Black Panther, który apropos zgarnął trzy, według mnie, zasłużone Oscary. Po pierwsze, dlaczego Carol Danvers nie pojawiła się wcześniej, kiedy była potrzebna? Gdzie była do tej pory? Co się z nią działo i w ogóle jaki jest sens robić film, który osadzony jest generalnie przed powstaniem całego uniwersum? Po drugie, część fanów nie była zachwycona faktem, że główną rolę zagra Brie Larson. Pomijam, że jest oscarową aktorką. Większość po prostu nie była zadowolona, że Brie prawie w ogóle się nie uśmiecha. Oczywiście łatwo jest skrytykować i zrównać film z błotem, widząc tylko dwuminutowy zwiastun. Po trzecie, szum na Internetach powstał po tym, jak pewna grupa hejterów zjechała film na portalu Rotten Tomatoes jeszcze zanim produkcja miała swoją premierę (!). Jednym z argumentów było to, że Brie Larson jest aktywną feministką. Jakby to miało jakieś większe znaczenie... Można byłoby podać więcej powodów związanych z problematyką Kapitan Marvel, ale mnie chodzi tutaj głównie o sam film, jego fabułę, grę aktorską i po prostu mój odbiór. 

Jak się w końcu spisała pani Larson? Co sprawiło, że Nick Fury stał się tym kim jest obecnie? Jakie były początki Tarczy i jaką rolę odegrali Skrulle? Czas się przekonać!


Reżyseria: Anna Boden, Ryan Fleck
Scenariusz: Nicole Perlman, Meg LeFauve, Geneva Robertson-Dworet, Anna Boden, Liz Flahive, Ryan Fleck, Carly Mensch
Premiera: 08.03.2019 (Polska)
Produkcja: USA
W rolach głównych: Brie Larson, Samuel L. Jackson, Ben Mendelsohn, Clark Gregg, Lashana Lynch, Jude Law, Gemma Chan
W pozostałych rolach: Lee Pace, Djimon Hounsou, Annette Bening, Rune Temte, Mckenna Grace


Akcja Kapitan Marvel rozgrywa się w latach 90-tych XX wieku, wcześniej niepokazywanych w filmowym uniwersum Marvela. 

Ziemia dostaje się w sam środek galaktycznej wojny. Tytułowa bohaterka, Carol Danvers (Brie Larson), jest oficerem armii Stanów Zjednoczonych, ale wkrótce stanie się jedną z najpotężniejszych postaci Wszechświata, gdy na skutek genetycznej modyfikacji zyska pozaziemską moc rasy Kree. 

Czy to wystarczy, aby pokonać Thanosa (Josh Brolin) w ostatecznej rozgrywce, która będzie miała miejsce w Avengers: Koniec Gry?

Vers należy do oddziału walecznych i szlachetnych wojowników Kree, na czele którego stoi Najwyższa Inteligencja (Annette Bening) oraz Yon-Rogg (Jude Law). Głównym zadaniem Kree jest pilnować porządku we Wszechświecie i pokonać inwazję Skrulli, którzy infiltrują każde terytorium, na którym się znajdują. Skrulle podbijają również planety, co ułatwia im umiejętność zmiennokształtności. Wkrótce jednak, w wyniku pewnych komplikacji, Vers niespodziewanie ląduje na Ziemi i dzięki pomocy młodego agenta Nicka Fury'ego (Samuel L. Jackson) odkrywa, kim tak naprawdę jest i dowiaduje się o spisku, który może odmienić losy całej wojny. Po której stronie konfliktu opowie się Vers? Jakie były początki Tarczy? Co sprawiło, że Ronan (Lee Pace) oraz Korath (Djimon Hounsou) obrali ciemną stronę mocy?


Mnie osobiście, Kapitan Marvel się spodobała. Akcja niesamowicie wciąga, muzyka czy efekty specjalne są naprawdę świetne, klimat lat 90. jak najbardziej zachowany. Ponadto gra aktorska na najwyższym poziomie i wbrew obiegowej opinii uważam, że Brie Larson bardzo dobrze poradziła sobie z rolą upartej i nieco porywczej heroiny. Co więcej, niejednokrotnie zaskoczyły mnie pewne zwroty akcji oraz nawiązania do poprzednich czy przyszłych filmów Marvel Cinematic Universe. Oczywiście nie jest to film bez skaz, bo występują pewne elementy, które nie przypadły mi do gustu. Nie jest to też najlepsza produkcja ze stajni Marvela, ale to nie oznacza, że Captain Marvel to totalne dno, o czym czasami można poczytać w niektórych kąśliwych komentarzach.

Brie Larson naprawdę świetnie się spisała jako główna protagonistka. Wiem, co mówię, bo mam wgląd w komiksy i zdążyłam poznać komiksową wersję Carol Danvers pod względem charakterku czy osobowości. Carol bywa zbyt pewna siebie, arogancka, uparta i sarkastyczna, więc chwilami jej postać może troszkę drażnić, ale tak naprawdę o to w filmie chodziło, więc myślę, że Brie wykonała kawał solidnej roboty. Sądzę, że jestem jedną z tych neutralnych osób, które po obejrzeniu zwiastunów Captain Marvel nie pultały się, bo Brie w ogóle się nie uśmiechała. Stwierdziłam, że dopiero po filmie ocenię jej grę aktorską i kobieta naprawdę poradziła sobie świetnie. Ukazała silną, pewną swego bohaterkę, która nikomu nie musi udowadniać, kim tak naprawdę jest.


Podoba mi się jej relacja z agentem Nickiem Fury'm. Nick jest młody i jeszcze niedoświadczony, jeśli chodzi o styczność z pozaziemskimi istotami. Dla niego to wszystko jest nowe i miło jest zobaczyć go jeszcze jako energicznego, troszkę ciapowatego i popełniającego błędy początkującego szpiega. Ta więź między superpotężną przedstawicielką Kree a zielonym wtedy Nickiem to jedna z większych atrakcji filmu.

Chętnie bym pozachwycała się nad postaciami złoczyńców, ale musiałabym nieco zaspojlerować. W takim razie powiem tyle o ile :P. Przede wszystkim Skrulle nie są tak jednoznaczne jak mogłoby się to wydawać. Talos (Ben Mendelsohn) nie jest jednym z tych jednowymiarowych i płaskich złoli. Ma w sobie pewną głębię i kiedy dzieli się z Carol swoją historią to jesteś w stanie, jako widz, się z nim utożsamić. Ponadto ma w sobie charyzmę i specyficzne poczucie humoru, co mi się bardzo spodobało. Byłabym prze-szczęśliwa, gdyby jeszcze kiedyś powrócił przy okazji jakiegoś filmu, bo nie chciałabym, żeby to był ostateczny koniec wątku o Skrullach. Poza zielonoskórymi kosmitami okazuje się, że jest ktoś jeszcze, kto mógłby mieć złe intencje. Mam nadzieję, że nie jest to wielki spojler, dlatego do końca tego akapitu już nie czytajcie, jeżeli nie chcecie sobie zepsuć seansu. Okazuje się, że sama Najwyższa Inteligencja i Yon-Rogg z całą ekipą Kree nie są tacy dobroduszni i szlachetni jak się wydawało na początku. Podejrzewałam od początku, że Yon-Rogg będzie tym złym. Dlatego w sumie się nie zaskoczyłam, ale okazał się kawałem prawdziwego drania i oszusta, więc można uznać, że Jude Law dobrze się spisał. Podobnie zresztą Annette Bening, która niejako odegrała w filmie dwie skrajnie różne role, dlatego zdejmuję czapkę z głowy :).


Równie dobrze w produkcji wypadły postacie drugoplanowe. Maria Rambeau (Lashana Lynch) okazała się silną i naprawdę ciekawie wykreowaną bohaterką. Ma swoje do powiedzenia, do odegrania i nawet nie musi być superbohaterką, żeby zaimponować na ekranie. Miło było też zobaczyć młodszego Phila Coulsona (Clark Gregg), chociaż jego rola była bardzo malutka i ograniczyła się może do 2-3 scen. Niemniej takie przyjemne ciepełko czułam w serduszku za każdym razem jak się pojawiał na ekranie.

Jak już wcześniej napisałam, Captain Marvel nie jest bez skaz. To jest naprawdę porządnie zrobiony film, ale nie brak w nim pewnych luk, niedopowiedzeń czy generalnie pewnych elementów, które mogą trochę wadzić. Tutaj trochę muszę podać kilka spojlerów, także uważajcie na zdania zakończone pytajnikiem. Czy kamień, za którym tak goniła Carol w scenie na pociągu ma jakieś większe znaczenie? Jeśli tak, to co się z nim stało? Jaki interes w całej tej wojnie miał Ronan? Scena z nim właściwie nie wyjaśniła jego przejścia na ciemną stronę mocy. Co się stało z pozostałymi ocalałymi wojownikami Kree? Dlaczego Korath zaczął pracować dla Ronana? Gdzie przez tyle lat podziewał się Goose?! U Nicka w biurze? Czy Kapitan, która niejako posiadła moc Kamienia Nieskończoności, byłaby w stanie się teleportować? Tyle pytań i nie potrafię udzielić sobie na nie odpowiedzi.


Muzyka skomponowana przez utalentowaną Pinar Toprak jest świetna. Niesamowicie oddaje klimat lat 90., space opery i czystego sci-fi. Do tego uzupełniono soundtrack o piosenki stricte z lat 90., które uzupełniają film w odpowiednich scenach. Efekty specjalne są nieziemskie i naprawdę jestem pod wrażeniem sposobu, w jakim ukazano pełną formę Binary. Finałowa walka dzięki temu wyglądała prze-epicko. Doceniam też, że twórcy intrygująco ukazali momenty, gdy Skrulle przybierały ludzką formę. Sam make-up czy kostiumy prezentowały się znakomicie, więc chylę też czoła wszystkim specom od scenografii czy innych efektów dźwiękowych.

Summa summarum, Captain Marvel to naprawdę solidny i ciekawy film. Nie jest może wybijający się zbytnio od typowego origin story, ale na pewno jest intrygujący i pełen zwrotów akcji. Początek filmu troszkę mi się dłużył i nie bardzo jeszcze potrafiłam wkręcić się w fabułę, ale z czasem cała intryga coraz bardziej mnie interesowała. Goose kradnie każdą scenę, hołd dla Stana Lee po prostu miażdży serce, a obie sceny po napisach sądzę, że są mega satysfakcjonujące, a już na pewno ta pierwsza, która stricte nawiązuje do Avengers: Endgame. Dialogi są świetne, a humor niewymuszony. Produkcja wcale nie przesiąkała jakimiś feministycznymi hasłami ani nie głosiła żadnych politycznych haseł, więc trochę mi przykro z powodu tych wszystkich nieprzyjemnych sytuacji jakie miały miejsce przed premierą, jak i w sumie obecnie tuż po. Ja w każdym razie jestem bardzo zadowolona z filmu i uważam, że zasługuje na porządne 8/10.


piątek, 1 marca 2019

Filmowy mixture #3

Czas na część trzecią filmowych mini-recenzyjek, czyli co tam ostatnio Vombelka obejrzała na Internetach, w telewizji, kinie, etc. Zapraszam!

1.) The Greatest Showman/Król rozrywki (2017)


Historia oparta na faktach, opowiada o P.T. Barnumie (Hugh Jackman), człowieku, który zrewolucjonizował świat rozrywki, tworząc jeden z najbardziej oszałamiających cyrków na świecie. Aby jednak wzbić się na sam szczyt, czeka go wiele wyzwań i wiele przeszkód do pokonania.

Powiem tak. Nie przywykłam do oglądania musicali. Nie umiem jakoś się przekonać do tego gatunku filmowego od czasu High School Musical. Po prostu to nie moja bajka. Niemniej postanowiłam z koleżanką, że przekonany się osobiście o fenomenie tegoż filmu. Wcale żeśmy nie pożałowały, szczerze mówiąc :D.       

Przede wszystkim obsada filmu jest niesamowita. Poza moim kochanym Hugh Jackmanem (który ma nieziemski głos!) występuje tutaj m.in. ZendayaZac Efron czy Michelle Williams. Aktorsko wszyscy wykonali kawał świetnej roboty. Co jeszcze? Choreografia jest cudna, kostiumy czy generalnie cała oprawa wizualna. Nie wspomnę o świetnej muzyce i wpadających w ucho piosenkach. Moją ulubioną jest Never Enough <3 czy A Million Dreams. Piękne utwory, które mogę przesłuchiwać w nieskończoność.

Nie jestem jednak pewna czy fabularnie produkcja mnie wciągnęła. Nie jest w tym filmie nic odkrywczego czy nie zawiera jakichś zaskakujących zwrotów akcji. Dużo za to mówi o tym, żeby doceniać siebie takim jakim się jest. Grubym, chudym, zbyt wysokim, zbyt niskim, zbyt biednym czy zbyt bogatym. Myślę, że to jest najważniejsze. No i chemia między Zendayą a Efronem jest przepiękna! Bardzo relaksująca produkcja i sądzę, że można się śmiało wziąć za show!

2.) The Nutcracker and the Four Realms/Dziadek do orzechów i cztery królestwa (2018)


Historia opowiada o młodej dziewczynie, Clarze (Mackenzie Foy), która ostatnimi czasy czuje się dość zagubiona. Niedawno straciła matkę, a ostatnim darem od rodzicielki jest tajemnicze jajo, które otworzyć może tylko specjalny klucz. Clara postanawia odnaleźć klucz, a przy okazji trafia ona do magicznej krainy, gdzie poznaje mnóstwo niesamowitych postaci na czele z Cukrową Wróżką (Keira Knightley) czy Matką Ginger (Helen Mirren). Przy okazji dziewczyna dowiaduje się, że jest księżniczką i musi zapobiec wojnie, która wisi nad Czterema Królestwami. Czy uda jej się pokonać wroga? Odzyska klucze, na których tak bardzo jej zależy? Będzie mogła liczyć na pomoc Dziadka do Orzechów?

Hmm... Ciężko mi powiedzieć, co sądzę o tym filmie. Na pewno jest przepiękny wizualnie. Kostiumy, wszystkie ozdoby, rekwizyty czy efekty specjalne są cudowne. Z wyglądu produkcja prezentuje się naprawdę prześlicznie i aż oko cieszy. Scena baletu przede wszystkim zapada w pamięć, gdzie mnogość barw rzuca się w oczy i wręcz zachwyca. Tak samo muzyka bardzo pasuje, jest klimatyczna, a motyw przewodni hipnotyzuje. 

Problem jednak mam z fabułą i generalnie treścią filmu. Może to dubbing (!) mi zepsuł nieco odbiór, ale dla mnie to wszystko było takie sztuczne. Mimo, że obsada jest naprawdę z wysokiej półki (poza Helen Mirren czy Keirą Knightley pojawia się także Morgan Freeman czy Matthew Macfadyen) tak odnoszę wrażenie, że nie mieli zbytnio pola do popisu. Scenariusz jest tak płaski, że widać, że mieli problem z odegraniem swoich ról. Seans mnie trochę nużył, acz sama oprawa wizualna dawała mi jako taką przyjemność. Także z jednej strony warto zobaczyć to niesamowite show na wielkim ekranie, ale z drugiej strony... Nie spodziewajcie się jakiejś odkrywczej, wciągającej historii. 

3.) Rise of the Guardians/Strażnicy marzeń (2012)


Kocham tę bajkę! To jest swoiste połączenie filmu świątecznego, fantazji, komedii i porządnej produkcji super-bohaterskiej. Święty Mikołaj, Zając Wielkanocny, Zębowa Wróżka oraz Piaskowy Dziadek spełniają dziecięce marzenia, sny i obecni są zawsze w życiu każdego malucha. Żyją po to, by dzieci w nich wierzyły i by mogli roztaczać radość w świecie. Problem jednak pojawia się, gdy do gry powraca Boogeyman, który pragnie, by strach i ciemność zawładnęły umysłami dzieci. Akurat w samą porę zjawia się Jack Frost, który dołącza do Strażników i przy okazji odkrywa swój życiowy cel oraz pochodzenie. 

Nie rozumiem czemu ta animacja jest tak mało popularna. Ona jest niesamowita! Po pierwsze, mamy naprawdę świetnie wykreowanych bohaterów. Rosyjski Mikołaj, australijski królik, fanatyczna Wróżka oraz niemy Piaskowy Dziadek. Dodajmy do tego bezczelnego i figlarnego młodzieńca, który roztacza wokół siebie dość mroźną atmosferę (if you know what I mean). Każda z tych postaci jest ukazana w dość nietuzinkowy, wcale nieoklepany sposób i to, m.in., czyni tę bajkę tak niesamowicie wciągającą. Wszyscy są tak sportretowani, że nie da się ich po prostu nie lubić. Poza tym relacje między bohaterami są cudne i warto przekonać się o tym osobiście. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się Jack Frost, który dopiero odkrywa swoje pochodzenie i przez to ewoluuje, zmienia się i swoje podejście do pewnych spraw. Dostrzega rzeczy, które uczyniły z niego tym, kim się stał. Poza tym pomijam, że jest nieziemsko przystojny jak na animowaną postać. Nie dziwię się, że Wróżka ma do niego słabość <3. A zresztą Jack i Wróżka to moja ulubiona para w tym filmie <3.

Poza tym rzadko kiedy głosuję za złoczyńcą, chociaż ''głosować'' to niepoprawne słowo. Rozumiałam motywy Boogeymana, byłam w stanie się utożsamić z nim i jego wizją wydarzeń. Poniekąd dostrzegam pewną analogię do Lokiego. Boogeyman został wyrzutkiem, niechcianym przez świat i wygnany przez wiarę dzieci w ''tych dobrych''. A on chciał być zauważonym, docenionym i mieć tę satysfakcję, że inni w niego wierzą. Myślę, że pod tym kątem nawet Jack może go zrozumieć...

Ponadto muzyka w Rise of the Guardians jest cudowna, a jaka obsada świetna! Chris Pine, Hugh Jackman, Alec Baldwin, Isla Fisher czy Jude Law. No jak tu się nie rozpływać ze szczęścia? Cała bajka wygląda elegancko i myślę, że naprawdę warto wziąć się za seans. Zwłaszcza, że być może Mikołaj kiedyś wpadnie do Was w odwiedziny. O ile w niego uwierzycie. A już na pewno w Jacka Frosta!

4.) Aquaman (2018)


(...). Film został osadzony w rozległym, zapierającym dech w piersiach podwodnym świecie Siedmiu Mórz. Produkcja opowiada historię pochodzącego z Atlantydy pół-człowieka Arthura Curry'ego (Jason Momoa) i zabiera go w podróż życia, która nie tylko zmusi go do uznania swojego pochodzenia, ale także do rozstrzygnięcia, czy jest godzien podjąć się przeznaczonego mu zadania... i zostać królem.

Jest to już któryś z kolei film studia Warner Bros. Pictures w oparciu o komiksy DC. Ehh... Filmy, które powstają obecnie z tego studia, że tak powiem, nie są górnych lotów. Man of Steel jest takie dość średnio mocne i bardziej mi się spodobał za 2-3 podejściem. Batman v Superman to jak dla mnie totalna porażka, poza kilkoma mało znaczącymi scenami. Tak samo sprawa ma się z Legionem Samobójców, który dla mnie był karykaturą samego siebie. Wonder Woman nawet całkiem mi się spodobała, bo nie tyle opowiedziano ciekawą historię kobiety w całkiem intrygujący sposób, lecz także wprowadzili kolory (wierzcie mi, jak porównacie chociażby BvS z WW to zrozumiecie o co mi chodzi). Liga Sprawiedliwości to był taki troszkę burdel fabularny, ale przynajmniej sceny akcji były fajne. No i w końcu nadszedł Aquaman. Jak wypada na tle poprzednich produkcji?

Jest naprawdę nieźle. Nawet całkiem dobrze. Chwilami nawet rewelacyjnie. Po wielu rozczarowaniach postanowiłam się nie nastawiać jakoś pozytywnie na ten film, ale powiem, że naprawdę Aquaman to porządnie zrobione zadanie domowe, które poprawiło błędy poprzedników. Przede wszystkim jest kolorowo, jaskrawo, wszystko widać dokładnie i nie trzeba mrużyć oczu. Świat przedstawiony, czyli Atlantyda, wygląda naprawdę prześlicznie. Bardzo przykuła moją uwagę niesamowita wręcz praca kamery. Sceny walk pokazane są z różnej perspektywy, co daje wrażenie jakby się grało w jakąś super grę komputerową. Uważam, że to filmowi wyszło na dobre. Sceny akcji są wręcz genialne.

Oczywiście Jason Momoa to czuł się jak ryba w wodzie (haha, jaki żarcik!), a reszta obsady także spisuje się naprawdę dobrze (Na czele z takimi nazwiskami jak Heard, Wilson, Kidman, Dafoe czy nawet Lundgren) . Główny złoczyńca wydaje się być nie taki zły, jak się wydaje na początku. Mam zastrzeżenie do Black Manty. Spodziewałam się naprawdę świetnego złola, którego po części mogę zrozumieć, ale zniknął w połowie filmu i miałam takie... Aha, ok. Poza tym nie wiem czemu, ale momentami mnie bawił :P. Ogólnie Aquaman to całkiem fajna baja. Może nie jest to produkcja idealna, ale na pewno jest to, tuż po Wonder Woman, dobra droga do sukcesu.

5.) Monster Trucks (2016)


Młody buntownik Tripp (Lucas Till) pragnie oderwać się od codzienności i spełnić swoje marzenie. Chłopak jest mechanikiem, więc wkrótce zbiera się do budowy własnego monster trucka. W tym samym czasie w pobliskiej rafinerii dochodzi do pewnych komplikacji i niechcący na wolność wydostaje się pewna kreatura, przypominająca swym wyglądem ośmiornicę. Jak łatwo się domyślić, Tripp odnajduje niespodziewanego przybysza i zaprzyjaźnia się z nim. Wkrótce potworek staje się głównym motorem przygód Trippa (tak, dosłownie i w przenośni).

Muszę przyznać, że nie wiem co sądzić o samym pomyśle filmu. Z jednej strony, twórcy mieli porządnie pokręcone w bani, żeby stworzyć taką fabułę. Z drugiej jednak, kto inny mógłby na to wpaść? I tak też zmagam się ze sprzecznymi emocjami odnoście całej produkcji. Niby momentami jest zabawnie, ale potem aż kipi elementami kiczu i nieudaną komedią. Niby efekty specjalne są całkiem fajne, zwłaszcza w przypadku tego uroczego stworka, ale z kolei finałowy pościg wygląda jak wyjęty z jakiejś gry komputerowej. Niby mamy fajną obsadę i grę aktorską, ale z drugiej strony nie ma ona za bardzo na czym bazować. Niby główny protagonista jest ciekawie sportretowany, ale np. antagoniści (?) są chyba tylko źli tak dla zasady.

Powiem tak. Nie jest to kino ambitne, więc spokojnie można się wziąć za seans jak ktoś chce się odmóżdżyć, zrelaksować, troszkę cofnąć w czasie, bo klimat filmu jest taki bardziej z dawnych lat. Jak dla mnie jest to seans na jeden raz, ale za to nawet przyjemny.