sobota, 24 czerwca 2017

His brightest star was you


I.
   Jestem z kimś umówiona. Śpieszę się, a przynajmniej przez chwilę tak mi się wydaje. Ktoś za mną idzie. Boję się. To jest jakiś starszy mężczyzna i czuję, że chce mi wyrządzić krzywdę. Uciekam. Udało mi się go zgubić w tłumie ludzi, czekających na zmianę świateł na przejściu dla pieszych. Dzwonię do chłopaka, z którym miałam się spotkać. Mówię mu, że nie dam rady, że nic z dzisiejszego spotkania nie wyjdzie. Zdenerwował się. Akurat przeszedł przez chmarę ludzi i mnie nie zauważył. Przynajmniej tak mi się zdaje.
   Kadr się zmienia. Idę przez wąską, leśną ścieżkę. Przez gałęzie iglastych drzew prześwituje słońce. Wchodzę do jakiegoś drewnianego domku. Jest w nim prawie pusto. Siadam na ławeczce. Na przeciwko znajduje się okno, a przez nie spoglądam na pięknego nastolatka. Tylko raz nasze spojrzenia się spotkały...


II.
   Siedzę sobie na klatce schodowej. Chyba się nudzę, bo zaczynam podrywać jakiegoś faceta, którego o dziwo skądś kojarzę. Na pewno jest starszy ode mnie, co wcale nie oznacza, że nie jest wcale atrakcyjny. Nie mam właściwie pojęcia z jakich sztuczek korzystam, ale w pewnym momencie, przerażona skutecznością swojego szalonego podrywu, uciekam do łazienki. Tak. Do łazienki. Gdzie moim azylem staje się piękny, biały kibel!

III.
   Na rynku zgromadził się tłum ludzi. Wraz z grupką kilku innych zainteresowanych przepycham się przez gromadę. Widzę mały wybieg, a po nim biegną dwa piękne konie. Oba ciągną coś bardzo ciężkiego.  Jeden z nich jest bardzo gruby. Jest w ciąży. Nagle po wybiegu sączy się krew. Koń z ogromnym brzuchem przystaje i siada. Jest zmęczony i zaczyna płakać. Ludzie się śmieją, wręcz rechoczą. A koń dalej krwawi...

IV.
   Jadę sobie spokojnie tramwajem. Jest słonecznie, słonko przyjemnie grzeje mnie po oczach. Jestem szczęśliwa, uśmiecham się sama do siebie. W tramwaju jest pusto, nikogo nie ma. W pewnej chwli słyszę jak ktoś się lekko wierci na siedzeniu. Odwracam się i widzę... samego Hansa Zimmera. Uśmiecha się do mnie serdecznie, odwzajemniając mój banan na twarzy. Mówię mu jak bardzo się cieszę, że go spotykam, a jego koncert był dla mnie niesamowitym przeżyciem. Kompozytor dziękuje mi za komplement i w prezencie pokazuje mi filmik z występem, którego nie zdążył zaprezentować. 

V.
   Podrywa mnie dwóch przystojnych mężczyzn. Czuję, że są to typowi bad boys, kto wie czy nawet nie założyli się o to, który pierwszy się ze mną umówi. Kończy się tak, że rozmawiam z trzecim przybyszem, bardzo sympatycznym i skromnym chłopakiem. Po chwili dowiaduję się o śmierci mojej podopiecznej, Mady. I żałuję, że nie dałam szansy temu jednemu, czarnowłosemu bad boyowi...



VI.
   Jest słoneczna i ładna pogoda. Znajduję się w szkole, w liceum, do którego kiedyś uczęszczałam. Widzę dwie znienawidzone przez siebie nauczycielki. Jedną z nich jest pedantyczna perfekcjonistka, ucząca języka angielskiego, druga to złośliwa zołza-polonistka. Ta druga ma dyżur. Uśmiecha się przez swoje sztuczne, napakowane usta i mówi, że nie będzie rozmawiała z tą kobietą. Chyba obie są siebie warte! 
   Chwilę później kadr się zmienia. Stoję pod wiaduktem. Zebrała się spora gromada ludzi. Trwa jakiś protest. Jakieś dwie ogromne maszyny przerażlwie hałasują, budząc do życia ogromne, owłosione pająki!

VIII.
   Leżę sobie smacznie na łóżku. Słońce delikatnie oświetla moją twarz. Uśmiecham się do siebie. Przynajmniej tak mi się wydaje na początku. Potem okazuje się, że nie jestem sama. Leżę na nagim torsie T.H. Jestem taka szczęśliwa. Tylko czemu głupia się wtedy obudziłam??





piątek, 9 czerwca 2017

Kapitan Ameryka; Zimowy Żołnierz!

Witajcie, kochani!:)

Ponownie spotykamy się z Kapitanem Ameryką, który musi stanąć przed kolejnym niemałym wezwaniem...


Reżyseria ; Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz ; Christopher Markus, Stephen McFeely
Premiera ;  26.03.2014 (Polska)
Produkcja ; USA
W rolach głównych ; Chris Evans, Samuel L. Jackson, Scarlett Johansson, Robert Redford, Sebastian Stan, Anthony Mackie
W pozostałych rolach ; Cobie Smulders, Frank Grillo, Emily VanCamp, Maximiliano Hernández
Nagrody ; Kryształowa Statuetka Ulubiony aktor w filmie akcji Chris Evans


Och, ten film był dobry. Bardzo, bardzo dobry, ale zanim zacznę się zachwycać, to warto przybliżyć oczywiście fabułę:).

Akcja rozgrywa się krótko po wydarzeniach z Avengers. Steve Rogers (Chris Evans) wciąż próbuje jakoś radzić sobie w tym XXI wieku, gdzie świat tak bardzo się zmienił, a technologia rozwinęła się w zawrotnym tempie od czasów II Wojny Światowej. Często też ubolewa nad tym, że stracił przyjaciela, a jego dziewczyna jest już chorowitą staruszką, z którą już nie zatańczy na upragnionej randce. Steve nie siedzi jednak bezczynnie i pracuje dla S.H.I.E.L.D. Wraz z Czarną Wdową (Scarlett Johansson) bierze udział w przeróżnych misjach np. w odbiciu statku Lemurian, należącego do T.A.R.C.Z.Y, z rąk piratów.

Jednak wszystko co dobre nie trwa wiecznie. Odkąd Wdowa wykradła dane ze statku, Nick Fury (Samuel L. Jackson) wyczuwa, że coś jest nie tak. Prosi swojego przyjaciela, Alexandra Pierce'a (Robert Redford), by na jakiś czas wstrzymał projekt ''Wizja''. Później dowiadujemy się, że jest to projekt, który ma za zadanie likwidować teraźniejszych bądź przyszłych wrogów T.A.R.C.Z.Y zanim doszłoby do jakiejkolwiek konfrontacji. Coś takiego uchroniłoby świat przed kolejnym potencjalnym zagrożeniem.

Akcja nabiera tempa, a Fury chwilę przed śmiercią, wręcza Rogersowi pendrive, nakazując też, by nie ufał nikomu. W tym też czasie poznajemy tajemniczego Zimowego Żołnierza, który właśnie zestrzelił Fury'ego.


Steve, mimo wszystko, nie zostaje sam. Pomaga mu Natasha, dla której Fury był bardzo bliski (to dzięki niemu Natasha wyszła na prostą). Razem szukają informacji, rozwiązują zagadki, wzajemnie się ratują i pomagają sobie. Później do duetu dołącza Sam Wilson aka Falcon (Anthony Mackie), który bez żadnych obiekcji dołącza do Kapitana Ameryki.

Na jaw wychodzi, że tajna organizacja Hydra, z którą niegdyś walczył Kapitan Ameryka, wcale nie zginęła wraz z Red Skullem. Potajemnie ukrywała się i żyła w T.A.R.C.Z.Y. Teraz chce uruchomić projekt ''Wizja'' i, dzięki algorytmowi Zoli, zabić wszystkich potencjalnych wrogów Hydry. Jak się potem okazuje, szefem S.H.I.E.L.D, który należy do Hydry, jest sam Alexander Pierce. Fury zaś przeżył, choć musiał swingować swoją śmierć i wraz z resztą tych, którzy są wierni S.H.I.E.L.D, uratować niewinnych ludzi.


Do tego dochodzi jeszcze sprawa Zimowego Żołnierza. Okazuje się, że... to jest Bucky Barnes (Sebastian Stan)! Przez to, że Zola na nim eksperymentował, Bucky'iemu udało się jakoś przeżyć upadek. Hydra sprawiła mu nie tylko metalowe ramię, wstrzyknęła serum super-żołnierza, zrobiła z niego super-szpiega, najemnika i genialnego zabójcę, lecz także robiła pranie mózgu, przez co Bucky nie był za bardzo świadomy co robi, stąd też nie poznawał Steve'a. Za każdym razem, jak coś zaczyna mu się przypominać, na nowo zostaje poddawany praniu mózgu. Dopiero, gdy Steve podczas jednej z walk, zdziera maskę Zimowemu i poznaje swojego przyjaciela, wie, że po prostu musi Bucky'iemu pomóc.

Powiem tak. Film jest po prostu rewelacyjny! Pamiętam, że gdy oglądałam go pierwszy raz miałam takie dziwne wrażenie. Film raczej nie przypominał typowej produkcji sci-fi, raczej akcję, sensację, powiem nawet, że thriller polityczny! W końcu film odnosi się w jakiś sposób do inwigilacji społeczeństwa i czy, gdyby istniał taki progam, umożliwiający likwidację potencjalnych oponentów, wcielonyby został w życie? Kapitan Ameryka; Zimowy Żołnierz wyróżnił się na tle poprzedników. Teraz wiem, że to był naprawdę świetny zabieg! 


Przede wszystkim pokazano rewelacyjne sceny pościgów (pościg Fury'ego), naprawdę NIESAMOWITĄ choreografię walk (scena na Lemurianie, w windzie czy jeszcze lepsza scena walki Steve'a i Bucky'iego). Wszystko bardzo szczegółowo i dokładnie pokazane, nie ma ani krzty sztuczności. Do tego efekty specjalne są na naprawdę wysokim poziomie. Muzyka również rewelacyjna, zwłaszcza motyw przewodni Zimowego Żołnierza. Henry Jackman zna się na rzeczy:).

W filmie, poza takimi technicznymi sprawami, można zwrócić szczególną uwagę na ciekawą więź Steve-Natasha. Nie są zwykłymi kolegami po fachu ani też parą jako taką. To naprawdę przyjaciele, którzy wzajemnie się o siebie troszczą i jeden dla drugiego pragnie szczęścia. Wdowa chce przecież znaleźć dziewczynę Capowi, widzi w Sharon Carter (Emily VanCamp) kandydatkę dla 95-letniego staruszka Steve'a!^^


Ponadto villain. Alexander Pierce to kolejny oklepany złoczyńca. Tym razem jego najemnik jest znacznie ciekawszą postacią, a mówię tu oczywiście o Winter Soldier'rze. Tzn. nie można go nazwać stricte villainem. Owszem, zabija i wykonuje wszelkie rozkazy Hydry, nawet te najokrutniejsze. ''Zabija'' Fury'ego, rani Wdowę, o mało nie pozbawia życia Capa. Robi to jednak, bo musi, bo jest królikiem doświadczalnym, któremu z mózgu robią papkę. Na szczęście w finałowej walce (która nawiasem mówiąc, była naprawdę epicka!) wyławia z rzeki nieprzytomnego Steve'a i wie już, że Steve nie jest mu obcy. Potwierdza to zresztą scenka po końcowych napisach. Niemniej osoba Zimowego Żołnierza to raczej temat na inny, oddzielny wpis, bo o nim można długo rozważać!^^

Kończąc ten mój długaśny post, naprawdę świetny film, któremu tak właściwie nie mam nic do zarzucenia. Bawiłam się wybornie, film wciąga normalnie jak ruchome piaski. Kolejną postacią, oprócz rewelacyjnej Wdowy, która przykuła moją uwagę, jest właśnie Winter Soldier i wprost nie mogę się doczekać, jak jego losy się potoczą. Film oceniam, pierwszy raz, na 10/10!



PS. Falcon jeszcze się pojawi;). Bardzo fajna postać, z miejsca ją polubiłam.
PPS. Są dwie sceny po napisach!

niedziela, 4 czerwca 2017

Hans Zimmer Live in Cracow! Moja relacja z koncertu

Witajcie, kochani;).

30 maja 2017 roku miałam niezwykłą przyjemność uczestniczyć w koncercie jednego z moich ulubionych, jeżeli nie mojego ulubionego, kompozytora muzyki filmowej, czyli genialnego Hansa Zimmera


Od bardzo dawna czekałam na ten dzień, można rzecz, że od kilku lat. Gdy dowiedziałam się, że rok temu (i to dosłownie) Hans zawitał do Krakowa byłam jednocześnie przeszczęśliwa i zrozpaczona. Geniusz w swoim fachu przybywa do Polski, a ja nie mogę się wybrać na koncert, bo co? Bo matura! Rozpacz była podwójna. Nie dość, że stres związany z egzaminami to jeszcze smutek z powodu faktu, że ominie mnie spotkanie takiej osobistości świata muzyki. 

Jakaż była moja euforia, gdy dowiedziałam się, że Zimmer wraz z swoją ekipą przyjeżdża w tym roku do Krakowa i wystąpi w TAURON Arena Kraków! Bez wahania zarezerwowałam sobie miejsce na trybunach na przeciwko sceny, kupiłam bilet i z wypiekami na policzkach czekałam na ten dzień. Aż w końcu nadszedł!

Byłam niesamowicie zestresowana. Poniekąd to był stres negatywny, bo bałam się, że się spóźnię, że nie znajdę wejścia, że mnie nie wpuszczą, ale jednak stres pozytywny cicho szeptał mi do ucha, że warto się trochę namęczyć. W końcu spełniasz swoje marzenia. Udało Ci się pójść na Superheroes in Concert. Teraz sam Zimmer czeka na Ciebie!

Bez problemu odnalazłam siedzenie i czekałam cierpliwie na to niesamowie show. Ludzie powoli się gromadzili, a ja powyciszałam telefon i porozglądałam się po sali. Tłumy były znacznie, znacznie większe niż na SiC. Właściwie wszystkie siedzenia były powoli zajmowane. Scena była ogromna i sporo ludzi się tam przewijało. Samo wydarzenie nastąpiło z 15-minutowym opóźnieniem, gdyż duża liczba osób nie zdążyła z dotarciem na miejsce (ach, ta komunikacja miejska...). Sam koncert trwać miał 3h z jedną, 20-minutową przerwą w trackie. 

I SIĘ ZACZĘŁO!!!


Na samym koncercie można było usłyszeć muzykę z największych hitowych produkcji, jednocześnie będącą muzycznym sukcesem Zimmera. Pojawiły się utwory z takich filmów jak Sherlock Holmes, Anioły i Demony, Gladiator, Piraci z Karaibów, Kod Da Vinci, Król Lew, Człowiek ze stali, Cienka czerwona linia, Mroczny Rycerz, Incepcja, Interstellar, Niesamowity Spider-Man 2. Same perełki!

Muzyka była naprawdę niesamowita, wypełniała całą salę aż podłoga drżała od tych nieziemskich basów. O wiele lepiej brzmi taka muzyka na żywo niż w słuchawkach. Słyszałam wszystko o 200% lepiej, więcej, bardziej, mocniej. To, czego przez całe życie słuchałam tylko przez telefon tudzież komputer w końcu doświadczyłam na żywo! Usłyszeć i zobaczyć te wszystkie skrzypce, kontrabasy, trąbki, perkusję i ludzi, którzy na tych instrumentach grali jak zaczarowani... niesamowite przeżycie. 

Sama orkiestra i chór naprawdę spisały się na medal. Zimmer wystąpił także ze swoją 15-osobową ekipą, z którą bierze udział właściwie w każdym przedsięwzięciu. Do tego teamu wybitnych artystów zalicza się także nasz rodak, czyli Aleksander Milwiw-Baron, multiinstrumentalista i członek zespołu Afromental, który zrobił wszystkim niespodziankę na koncercie i... zaręczył się z solistką Czariną Russel, która od 2005 roku współpracuje z Zimmerem. Powiem, że nie znałam go wcześniej za dobrze jako muzyka, ale jakie on rzeczy tworzył na gitarze podczas koncertu to się w głowie nie mieści;O. 


Wszyscy muzycy po prostu dali czadu, a fakt, że nie było dyrygenta, tym bardziej wzbudza szacunek. Hans po prostu chodził po scenie, zmieniał instrumenty począwszy od pianina, klawiszy, banjo po gitarę hiszpańską i kotły kończąc. Respekt podwójny za synchronizację orkiestry i wzajemne zaufanie. Podczas tego show nikt się nie pomylił, nikt nikogo nie wyprzedzał z wejściem w daną frazę, każdy wiedział co ma robić. To było piękne.

Sam Hans Zimmer powiedział, że nie chce być główną atrakcją występu, tylko jego drużyna, która tworzy te piękne muzyczne arcydzieła. Z czułością i takim uwielbieniem wspominał o niektórych członkach zespołu, opowiadał krótkie historyjki jak poznał daną osobę i jak bardzo rozwinęła się ich osobista kariera i przyjaźń, nie tylko na tle zawodowym. Nierzadko mówił też o tym jakie miał nastawienie do komponowania muzyki do poszczególnych filmów, o współpracy z reżyserami. Nie brakowało też żarcików, a kiedy wymówił parę słów po polsku to naprawdę aż się ciepło na sercu zrobiło. Nawet nie wiem czy był świadomy też tego, że nawet ubrał się pod kolor naszej flagi. Biała koszula, czerwone spodnie. Przynajmniej tak był ubrany przez pierwszą połowę występu.  

Nie mogę też zapomnieć jak wychwalał polskich muzyków w świecie muzyki filmowej i miał wyrzuty, że nie zaproszono go na Festiwal Muzyki Filmowej, który miał miejsce 2 tyg. temu^^! Niezwykle wszechstronny, utalentowany, dowcipny i taki przyziemny człowiek, z którym chętnie poszłabym się napić herbatki i pogadać, tak po prostu. 


Całe show było okraszone niesamowitą grą świateł, z dominującym odcieniem bieli, fioletu i granatu, oraz ciekawą animacją, przedstawioną na ekranie tuż za chórkiem. 

Nie umiem wskazać utworu, który spodobał mi się najbardziej, gdyż wszystkie były unikatowe, jedyne w swoim rodzaju i na pewno poruszyły mną na tym samym poziomie. Gdybym musiała jednak wybierać trzy pierwsze miejsca, to bezapelacyjnie motyw z Kodu Da Vinci, Niesamowitego Spider-Mana 2 czy motyw główny Jokera z Mrocznego Rycerza. Pięknym gestem ze strony Zimmera była dedykacja jednego utworu dla Heatha Ledgera, który zmarł przedwcześnie podczas kręcenia filmu o Batmanie oraz dla ofiar zamachu w Manchesterze, co podwójnie wzbudziło szacunek myślę, że nie tylko u mnie, lecz także wszyscy inni na widowni też to poczuli.

Koncert zakończył się owacją na stojąco, gromkimi brawami, trwającymi porządne 10 min. oraz bisem. Na pożegnanie Zimmer zaprezentował swój największy hit - Time z filmu Incepcja


Podsumowując, Hans Zimmer Live in Cracow to niesamowita sprawa, najcudowniejszy koncert na jakim można byłoby się pojawić. W życiu nie bawiłam się tak rewelacyjnie, nawet na SiC, przynajmniej jak teraz porównuję. Może jedynym minusem było to, że brakowało telebimów i nie widziałam wszystkiego dokładnie, nad czym trochę ubolewam. Poza tym, gdy orkiestra dochodziła do punktu kulminacyjnego było tak głośno, że słyszałam tylko skwierczenie w uszach. Ale to są takie detale, naprawdę. Koncert był przewspaniały. Gdybym miała zdecydować, na co wybrałabym się bardziej, na SiC czy Hans Zimmer Live in Cracow, bezapelacyjnie wybieram Hansa

Pamiątka na całe życie^^!



Wszystkie zdjęcia użyte w artykule stanowią właśność Tauron Arena Kraków i do nich należą wszelkie prawa autorskie.





piątek, 2 czerwca 2017

Thor i Mroczny świat...

Witajcie, kochani:)

Kolejny już raz spotykamy się z Thorem i gościmy ponownie w Asgardzie.


Reżyseria ; Alan Taylor
Scenariusz ; Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McFeely
Premiera ; 08.11.2013 (Polska)
Produkcja ; USA
W rolach głównych ; Chris Hemsworth, Natalie Portman, Tom Hiddleston, Anthony Hopkins, Christopher Eccleston, Rene Russo
W pozostałych rolach ; Jaimie Alexander, Zachary Levi, Ray Stevenson, Tadanobu Asano, Idris Elba, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Kat Dennings, Stellan Skarsgård


Akcja filmu dzieje się niedługo po wydarzeniach w Avengers. Thor (Chris Hemsworth) wraz ze swoimi wiernymi kompanami walczą dzielnie o pokój i ład we Wszechświecie po tym jak Loki (Tom Hiddleston) dość znacznie namieszał we wszystkich Dziewięciu Królestwach. A sam Loki za to czego się dopuścił (choć sam nie ma wyrzutów sumienia) trafia na resztę życia do lochów. Tak to by zginął marnie, gdyby nie pomoc jego matki, Friggi (Rene Russo).

Na Ziemi zaś Jane Foster (Natalie Portman) stara się na nowo ułożyć sobie życie po tym, jak Thor do niej nie wrócił, Selvig (Stellan Skarsgård) ześwirował i trafił do psychiatryka po tym, jak Loki namieszał mu w głowie, a Darcy (Kat Dennings) musi jakoś z powrotem zjednać tę dwójkę, bo tak się akurat składa, że dochodzi do koniunkcji, gdzie wszystkie planety stoją koło siebie w jednej linii, a mroczna rasa Elfów na czele z Malekithem (Christopher Eccleston) chcą za pomocą Eteru (kolejny Kamień Nieskończoności) pochłonąć światło tak, by cały Wszechświat oblekł się w ciemności, a elfy odzyskałyby dawną potęgę...


W dodatku Jane, badając zjawisko koniunkcji, przez przypadek zostaje zainfekowana przez Eter, przez co Thor sprowadza ją do Asgardu, by móc uwolnić ją od tej piekielnej mocy. Jednocześnie do życia budzą się owe elfy i sieją zniszczenie w Królestwie Odyna (Anthony Hopkins). Do tego śmierć królowej Friggi sprawia, że sam Wszech-ojciec nie jest w stanie podjąć właściwej decyzji. Thor więc, na własną rękę, uwalnia Jane i przy pomocy Lokiego (!), stara się uciec z Asgardu i dotrzeć do krainy Mrocznych Elfów, gdzie Malekith zabrałby moc Eteru, a Thor wtedy ostatecznie zniszczyłby to narzędzie zagłady, włącznie z samym Malekithem.

Wbrew pozorom ten film był najłatwiejszy do zrozumienia. Powiem, że nawet lepszy od pierwszej części, traktujących o przygodach gromowładnego boga. Jest wciąż dużo humoru, akcji, nawet więcej, zwłaszcza, gdy walka finałowa ma miejsce w Londynie. Świetny mroczny klimat produkcji, niesamowite efekty specjalne, a Brian Tyler kolejny raz udowadnia, że jest świetnym kompozytorem muzyki filmowej, w szczególności jeśli chodzi o motyw przewodni Thora. 


Największym atutem filmu jest oczywiście niekoniecznie sam Thor (choć dalej uważam, że nikt nie zagrałby muskularnego boga lepiej niż Chris Hemsworth), a Loki, który dosłownie kradnie każdą scenę i widać, jak bardzo się zmienia i ewoluuje. Z jednej strony, villain do potęgi, złośliwy, z kąśliwym uśmieszkiem, gotowym na wszystko, by zdobyć władzę i zlikwidować swojego brata-oponenta. Z drugiej, kochający matkę (choć skrzętnie to ukrywa), gotowego do poświęcenia życia w sytuacji, kiedy najmniej widz się tego spodziewa. Brawo dla Toma Hiddlestona, który świetnie sportretował postać Lokiego. Każda mina, każde spojrzenie, nawet gest, pięknie i rzetelnie ukazuje skomplikowaną naturę boga oszustw. Więcej można poczytać TUTAJ 

Inna ciekawa rzecz to przedstawienie ciekawej braterskiej relacji między Thorem a Lokim. Gotowi, by się zabić, mają siebie wzajemnie dość i oboje sobie nie ufają, ale czasem się podroczą, rzucą sobie wzajemnie szelmowski uśmiech, obronią się w walce i jeden dla drugiego potrafi nadstawić karku. To się nazywa braterska miłość!

Ciekawie też została pokazana więź między Lokim a Friggą. Frigga kocha obu swoich synów tak samo i rani ją fakt, że Loki obrał ciemną ściężkę w swoim życiu. Loki krzywdzi ją niejednokrotnie swoim słowem, lecz gdy dociera do niego tragiczna wiadomość,  można poczuć, że jednak kochał ją, choć nie chciał się przed sobą przyznać. 


Co do wad to oczywiście płaski jak decha Malekith. Jego motywy działań są drętwe, zresztą jak on sam. Mówi niewiele, robi też niewiele. Oprócz groźnych min to jego tam nie ma. Mimo to film jest bardzo fajny, przyjemnie się go ogląda, końcowa scena filmu mnie zaskoczyła i to pozytywnie, a scena pogrzebu Friggi i rozpaczy Lokiego. Bardzo mocna!

Generalnie to film oceniam na takie nieco naciągane 8/10:).



PS. Są dwie scenki po napisach. Kolekcjonera radzę zapamiętać!

środa, 31 maja 2017

Muzyczne podsumowanie maja!

Witajcie, kochani;)

Miesiąc maj dobiegł już końca. Chyba nie muszę mówić, jak to ten czas szybko leci i nie ogarniam tego zawrotnego tempa! Czekają mnie teraz ostatnie zaliczenia, kolokwia, by wkrótce przystąpić do sesji letniej. Boję się niesamowicie, bo jest aż osiem egzaminów i nie wiem jak wygospodarować czas, żeby wtłoczyć do mojej mózgownicy tyle wiedzy. Częściowo też bezużytecznej, bo jak to jest być na studiach i nie mieć kilku nieprzydatnych w życiu przedmiotów?


Niemniej muszę jakoś przetrwać ten gorący (dosłownie i w przenośni) okres i modlić się, by nie dopadła mnie kampania wrześniowa. Nastrój poprawia mi oczywiście dobra muzyka, która jest moją nieodłączną towarzyszką dnia codziennego. Ostatnio przeżywam trochę ciężkie chwile, gdyż moje wspaniałe słuchawki bezprzewodowe się zepsuły i muszę jakoś posiłkować się pożyczonymi od kochanej współlokatorki i chodzenie na uczelnię nie jest już takie ekscytujące...

Jakoś jednak daję radę i dzisiaj podzielę się z Wami nowiuśką listą muzyczną, której utwory stanowią moje must-hear. Zapraszam do odsłuchania majowej składanki!


20.) Skillet – I Want To Live


19.) Zara Larsson – I Would Like


18.) Mans Zelmerlow - Glorious


17.) Lindsey Stirling – The Arena


16.) Seinabo Sey – Hard Time


15.) Nickelback – I'd Come For You


14.) Cashmere Cat Ft. Ariana Grande – Quit


13.) Cannon Divison - Greenery


12.) Charlie Puth – Attention


11.) Tyler Bates – Dad


10.) Ursine Vulpine Ft. Annaca – Wicked Game


09.) Halsey – Not Afraid Anymore


08.) Shakira – Try Everything


07.) Boards Of Canada – Dayvan Cowboy


06.) Steve Jablonsky – Tartaruga Brothers


05.) Miley Cyrus – Malibu


04.) Cash Cash Ft. Trinidad James, Dev & Chrish – The Gun


03.) Juicy J, Wiz Khalifa, Ty Dolla Sign Ft. Kill The Noise & Madsonik – Shell Shocked


02.) Darin Ft. Kat Deluna – Breathing Your Love


01.) Novo Amor & Ed Tullett - Alps



Skillet mogę już oficjalnie zaliczyć do moich ulubionych zespołów. Utwór I Want To Live czy Rebirthing są świetnie. Ostatnio też dowiedziałam się, że ta banda uwielbia Marvela i ma całą kolekcję figurek i komiksów. Może dlatego ich utwory są takie energetyczne, motywujące, dające nieziemskiego powera!
Nie mogło zabraknąć też epic music czy muzyki filmowej jak np. ze Strażników Galaktyki vol.2 (która łamie serce!) oraz z Wojowniczych Żółwi Ninja. Lista nie mogła się też obejść bez typowych popowych kawałków:). 
Pierwsze dwa utwory skradły mnie całą i długo myślałam, która piosenka w pełni zasługuje na pierwsze miejsce. Myślę, że jednak wybrałam sprawiedliwie. 


Coś Wam wpadło w ucho??:)

piątek, 26 maja 2017

Iron Man już po raz trzeci!

Witajcie, kochani:)

Kolejny raz spotykamy się z Żelaznym Człowiekiem, który tym razem musi zmierzyć się ze swoimi demonami przeszłości...


Reżyseria ; Shane Black
Scenariusz ; Drew Pearce, Shane Black
Premiera ; 09.05.2013 (Polska)
Produkcja ; Chiny, USA
W rolach głównych ; Robert Downey Jr., Gwyneth Paltrow, Don Cheadle, Guy Pearce, Rebecca Hall, Ben Kingsley
W pozostałych rolach ; Jon Favreau, James Badge Dale, Stephanie Szostak, Paul Bettany, William Sadler, Ty Simpkins
Nagrody ; Saturn Najlepsza adaptacja komiksu
                  Saturn Najlepszy aktor Robert Downey Jr.
                  Saturn Najlepszy aktor drugoplanowy Ben Kingsley
                  Kryształowa Statuetka Ulubiony film
                  Kryształowa Statuetka Ulubiony film akcji
                  Kryształowa Statuetka Ulubiony aktor w filmie akcji Robert Downey Jr.
                  Teen Choice Ulubiony film akcji
                  Teen Choice Ulubiony aktor filmu akcji Robert Downey Jr.
                  Sterowiec Ulubiony męski kopacz tyłków Robert Downey Jr.


Szczerze mówiąc, to drugi już raz oglądałam ten film i drugi raz mam mieszane uczucia co do tego, czy podobał mi się, czy nie...

Film rozpoczyna się retrospekcją. Najpierw widzimy wybuchające zbroje Iron Mana, potem cofamy się do roku 1999, kiedy Tony Stark (Robert Downey Jr.) przebywa w Szwajcarii i romansuje sobie z młodą panią botanik, Mayą Hansen (Rebecca Hall), a przy okazji poznaje kilku ważnych ludzi w tym późniejszego kompana z jaskini Yinsena (Shaun Toub) oraz Aldricha Killiana (Guy Pearce), który również zajmuje się nauką i tego typu rzeczami. Sam Tony jednak nie zwraca na nich uwagi i bawi się przednio w noc sylwestrową. Jak sam jednak mówi, tak narodziły się jego demony. A to przecież była zwykła noc i zwyczajni ludzie...

Potem pokazana jest teraźniejszość. Tony żyje sobie w stabilnym związku z Pepper (Gwyneth Paltrow), jest zakochany, buduje coraz to nowocześniejsze i sprawniejsze zbroje. Jednak nie wszystko złoto co się świeci. Szalony terrorysta Mandaryn (Ben Kingsley) wznieca przeróżne ataki, siejąc postrach i zniszczenie. Do tego grozi prezydentowi (William Sadler) i praktycznie jest niewykrywalny. 


W dodatku Tony nie może spać po nocach. Wciąż śnią mu się koszmary, które nieustannie go nawiedzają odkąd na Ziemię z kosmosu zstąpili kosmici, a on o mały włos nie zginął (pamiętna scena z Avengers). Wciąż ma ataki panicznego strachu (cierpi na PTSD), które się potęgują. Oczywiście najbliżsi Tony'iego, w tym jego przyjaciel Rhodey (Don Cheadle), pracujący u boku prezydenta jako Iron Patriot, starają się mu pomóc, lecz Tony'iemu nie tak łatwo oczywiście przychodzi mówić o sobie, nie jest zbyt wylewny.

Obecny ochroniarz Pepper, a kiedyś jeszcze Tony'iego, Happy (Jon Favreau) węszy jakiś podstęp, gdy ponownie widzi Aldricha Killiana oraz jego dziwacznego sługusa Savina (James Badge Dale). Zaczyna śledzić tego drugiego i o mało nie ginie w wyniku wybuchu ''bomby'', podrzuconej w teatrze zgodnie z terrorystyczną polityką Mandaryna. Happy kończy w śpiączce, a Tony, w gniewie, rzuca wezwanie Mandarynowi. Przy okazji Tony'iego odwiedza...Maya! No i zaczynają się poważne kłopoty...

Willa Tony'iego jest pod ostrzałem, traci cały swój dom, o mały włos (znowu!) nie ginie, gdyby nie pomoc Jarvisa (Paul Bettany), ląduje gdzieś na jakimś zadupiu, nie ma przy sobie nic, oprócz zepsutej zbroi. Do tego stany lękowe Tony'iego się nasilają, a pomaga mu jedynie mały chłopiec Harley (Ty Simpkins) i Jarvis, który jako tako działa sprawnie.


Coraz więcej się jednak dzieje. Rhodey zostaje wystawiony, traci swoją zbroję, prezydent zostaje porwany, do tego Aldrich uprowadza Pepper i robi na niej eksperymenty. Jak się okazuje później, Maya pracuje dla Aldricha i tworzy projekt Ekstremis, który ulepsza ludzi i ich ułomności, czyniąc z nich dosłownie ludzkie bomby, które niekontrolowane, wybuchają. Do tego Mandaryn okazuje się być zwykłą maskotką, nędznym aktorzyną, który tylko odwraca uwagę publiczności (nawiasem mówiąc, zabawna kreacja Bena, hah!^^). Za całą tą maskaradą stoi Killian.

Generalnie film jest niezły, choć wydaje mi się, że najgorszy ze wszystkich filmów, przynajmniej solowych, o Iron Manie. Te ludzkie ''bomby'', to, jak świeciły, to jak odrastały im kończyny, jak wybuchały, a jak co niektóre ziały ogniem (patrz; Aldrich Killian)! To było takie dziwne, nie pasowało to do filmu, do klimatu filmu. Nie umiem tego wyrazić słowami, ale po prostu...no meh! Choć, przyznam szczerze Pepper przez moment wyglądała naprawdę czadowo w takiej wersji superheroiny (spojler!). Do tego cienie po ludziach, którzy ginęli w wyniku wybuchu tych ognistych ludzi. To też było takie nie na miejscu. 

Niemniej, muszę przyznać, pomysł na wykreowane nadnaturalnie ''uzdolnionych'' ludzi był ciekawy, bo do tej pory Stark toczył walkę z Iron-Mongerem, który walczył w żelaznej zbroi, potem z Whiplashem, który też był uzbrojony w technologię bliską Starka. W końcu starcie jest nierówne. Technologia versus siła przyrody, można rzecz. Aczkolwiek, nie przemówiła do mnie ta zmiana. 


No i ten villain... Ja nie wiem w końcu co on chciał osiągnąć. Czy zemścić się na Tony'm, czy udowodnić światu, że jest najpotężniejszy, czy w końcu zawładnąć światem, a z ludzi zrobić jakieś chodzące pochodnie, niby chcąc ludziom pomóc, a tak naprawdę im szkodząc. Nie ogarnęłam logiki tego pana. Guy Pearce jest dobrym aktorem, ale tutaj mnie nie kupił. Same efekty specjalne są dobre, choć niektóre zdecydowanie przesadzone. Zwłaszcza to zianie ogniem, litości!

Niewątpliwie największym atutem filmu jest muzyka Briana Tylera. Bardzo energetyczna, żywiołowa, świetnie pasująca do filmu, o czym szerzej się wypowiem we wpisie dotyczącym muzyki filmowej. 

Downey Jr... Świetny z niego Tony Stark. Film sam w sobie może się nie podobać, ale Robert sprawia, że nawet tak czy siak ogląda się produkcję z jego udziałem z ogromną przyjemnością. Choćby właśnie dla samej postaci, bo Downey jest wręcz stworzony do tej roli. Robi to w sposób tak naturalny, że ciężko uwierzyć, że gra. Cieszy mnie też powrót Pepper, Happy'ego i Rhodey'a. Stara, dobra kadra...;)


Co jeszcze. Do tej pory gdzieś tam pojawiał się Jarvis (Paul Bettany, a raczej jego głos), komputerowy program, pracujący dla Starka. Jakoś nie zwracałam na niego szczególnej uwagi, bo w końcu to tylko program i ponadto nic więcej jak sztuczna inteligencja. W tym filmie widać jednak, że naprawdę myśli (wtedy, kiedy komentuje pracę Starka) i ma nawet poczucie humoru. Ponadto, Jarvis ratuje Tony'iemu życie, gdy ten się topi po ataku na Malibu i robi to bardzo sprytnie. Po prostu odłącza rękawicę ze zbroi Iron Mana, wyciąga go z gruzów i włącza jeszcze zasilanie. Brawo Jarvis!^^

Film był taki sobie, choć scena walki finałowej była nawet satysfakcjonująca. Kolejny raz pokazano wielki geniusz Starka w postaci coraz nowocześniejszych zbroi czy w scenie, gdy ratuje ludzi w wyniku wypadku samolotowego. Bardzo mądre rozegranie i kolejny popis intuicji i umiejętności Starka, także strategicznych. 

Generalnie, to dobrze się bawiłam, acz jakiś niesmak w ustach został. Sama nie wiem do końca, jaką ocenę postawić. Daję to 6/10.



PS. Jest scenka po napisach!:)

piątek, 19 maja 2017

Marvel Orchestral Universe! Part I

Witajcie, kochani;)


Jak już zapewnie wiecie (lub nie) jestem ogromną fanką muzyki filmowej. Mam wielu ulubionych kompozytorów, o których na pewno pisałam czy może chociażby wspominałam we wcześniejszych postach. Hans Zimmer, James Horner czy Thomas Bergersen to tylko wierzchołek góry lodowej. 

Na pewno też zauważyliście, że jestem kompletnym nerdem/geekiem, jeśli chodzi o filmy Marvela, konkretniej Marvel Cinematic Universe (z komiksami dopiero się zaznajamiam i całkiem dobrze mi to idzie). Faza nie przechodzi mi od dobrych kilku lat i zapewne nie prędko minie, zważywszy na coraz to nowsze i lepsze produkcje, wchodzące do kin. 

Niedawno miałam też niesamowitą sposobność uczestniczyć w koncercie poświęconym tylko i wyłącznie herosom, zarówno z uniwersum Świata Cudów, jak i DC. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ 

Do czego zmierzam tym trochę zawiłym i nieco chaotycznym wstępem? Postanowiłam, że połączę swoje dwie pasje, czyli muzykę filmową i świat MCU, i przedstawię Wam tych kompozytorów, którzy stworzyli (bądź tworzą) podkład muzyczny do filmów Marvel Studios. 

Słyszałam wiele opinii odnośnie muzyki z filmów Marvela. Że nie jest dobra, mało oryginalna, nie wybija się ponad soundtracki z takich filmów jak Star Wars, Titanic, Jurassic Park, Indiana Jones czy inne kultowe filmy. W dzisiejszym wpisie spróbuję udowodnić, że jednak muzyka ze świata herosów jest naprawdę niesamowita, energetyzująca, motywująca i idealnie reprezentująca każdego bohatera w każdym filmie. Witam serdecznie w moim epickim świecie! Kolejność filmów jest zgodna z poszczególnym produkcjami.


1.) Ramin Djawadi (Iron Man)


Początek jego kariery zaczął się wraz z filmem Equilibrium, Blade; Mroczna Trójca, Skazany na śmierć, Pytając o miłość, Starcie tytanów, Gra o tron, Postrach nocy, Czerwony świt, Pacific Rim, Dracula; Historia nieznana, Warcraft; Początek

To właśnie ten urodzony w Niemczech kompozytor stworzył muzykę do pierwszego filmu Marvel Cinematic Universe. Jako małe dziecko uwielbiał bohaterów bez żadnych nadludzkich mocy, w tym był wielkim idolem Iron Mana. Konsultując swoją wizję muzyczną z reżyserem Jonem Favreau oraz samym Hansem Zimmerem, doszedł do wniosku, że motywem przewodnim ma się stać heavy metal, dopiero potem muzyka orkiestralna. To właśnie ostre brzmienie gitary jest symbolem Tony'iego Starka i jego zamiłowania do rock&roll. 

Znałam wcześniej pana Djawadiego z innych muzycznych dzieł, ale to właśnie w Iron Manie pokazał na co go stać. Myślę, że to otworzyło mu furtkę do kariery i dalszych niesamowitych aranżacji. Ostre brzmienie i charakterystyczna tonacja to właśnie on. 


2.) Craig Armstrong (The Incredible Hulk)


Stworzył soundtrack do Szkoła uwodzenia, Kolekcjoner kości, Moulin Rouge (bardzo wiele nagród na koncie), To właśnie miłość, Ray, World Trade Center (cudeńko), Wyścig z czasem, Wielki Gatsby, Bridget Jones 3, Zanim się pojawiłeś. Jak widać, nie próżnuje tylko w jednym gatunku filmowym.

Marvel wahał się nad przyjęciem go do ''ekipy'', gdyż wcześniej Armstrong nie pracował przy filmach akcji i nie miał żadnego doświadczenia w tej sferze. Sam pan Craig nie inspirował się wcześniejszymi filmami tego gatunku, a gdy powiedzano mu, by stworzył więcej partii orkiestralnej niż elektronicznej, to tak nie do końca posłuchał. Czy wyszło mu to na dobre? Powiem, że tak. Muzyka świetnie oddała postać Hulka. Może nie jest jakoś spektakularna, ale na pewno nie jest beznadziejna i nie psuje odbioru filmu. Czasami trzeba się zbuntować, by powstało dobre dzieło.


3.) John Debney (Iron Man 2)


Głównie słynie z kompozycji w serialach, ale i w filmach go nie brak. Nie powiem, pan Debney ma na końcie sporo tego. Koszmar minionego lata, Inspektor Gadget, Nowe szaty króla, Pamiętnik księżniczki, Śnieżne psy, Król Skorpion, Bruce Wszechmogący, Spider-Man 2, Pasja, Sin City, Maczeta, Predators, Dom snów, Sex story, Księga dżungli etc., etc. 

Powiem szczerze. Jego wersja muzyki do przygód Iron Mana czy porównując do innych filmów MCU najmniej mi się podobała. Paradoksalnie to on pierwszy miał wziąć się do pracy nad pierwszą częścią Żelaznego Człowieka, ale nie mógł. Gdy wziął się za dwójkę miał pewne problemy z postacią Starka. Ciężko mu było sportretować tą różnicę między superbohaterem a miliarderem, która jest właściwie minimalna i rozeznać się w często nagłych zmianach klimatu w kolejnej produkcji pana Favreau. 

Niby pozostał element gitary, dodano nawet składankę utworów ACDC, ale to jednak nie to samo. Trochę się zawiodłam, ale cóż... zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej motyw villaina mu podszedł. 


4.) Patrick Doyle (Thor)


To m.in Frankenstein, Mała księżniczka, Rozważna i romantyczna, Hamlet, Wielkie nadzieje, Harry Potter i Czara Ognia, Eragon, Wyspa Nim, Geneza planety małp, Merida Waleczna, Kopciuszek i wiele, wiele innych. 

Pan Doyle bardzo chciał się przyłożyć do nowego projektu. Wraz z reżyserem bardzo często uzgadniali w jaki sposób przedstawić motyw Asgardu, motyw Ziemi, motyw głównego bohatera. Jak prawidłowo oddać klimat filmu i żeby nie straciło to swojego patosu. Ułatwieniem dla kompozytora stało się jego celtyckie pochodzenie, a jak wiadomo, Thor jest postacią związaną z mitologią nordycką. 

Na pewno Patrick Doyle spisał się całkiem nieźle i przepięknie oddał klimat Asgardu i motyw samego Thora. Cieszę się, że akurat Jego zatrudnili do tego filmu, bo widać, że sprawdza się w filmach fantasy/przygodowe. 


5.) Alan Silvestri (Captain America; The First Avenger, The Avengers)


Ten pan przoduje w świecie muzyki filmowej. Miłość, szmaragd i krokodyl, cykl Powrót do przyszłości, Predator, Bodyguard, Forrest Gump, Egzekutor, Stuart Malutki, Czego pragną kobiety, Cast Away, Mumia powraca, Pokojówka na Manhattanie, Van Helsing, Dżungla, Beowulf, Drużyna A. 

Ten człowiek jest geniuszem w swoim fachu! Nie będę umniejszać moim ulubieńcom, ale stworzył naprawdę świetne soundtracki do obu Marvelowskich produkcji. Niesamowicie oddał klimat postaci Kapitana (patrz poniższe video). Miał swoje inspiracje jak np. z cyklu Star Wars czy z innych, kluczowych filmów. Żeby oddać odpowiedni nastrój filmu musiał wgłębić się w samą heroikę postaci Capa, żeby też nie przesadzić, i udało mi się to znakomicie. Nie było to łatwe zadanie, by połączyć współczesność z kompletnie innym odbiorem czasów II Wojny Światowej. Mimo to, trafił w tą ikoniczą postać i aż można poczuć, jak rozpiera cię patriotyzm i gotowość do walki!


Nie zawiódł także w The Avengers, gdzie w sumie zadanie było jeszcze trudniejsze, bo postaci było od groma, a klimat ''militarny'' nie sprawdziłby się tak dobrze jak w Jego poprzednim dziele, Pan Silvestri jednak wiedział, że Marvel wie co robi i czego chce, więc czuł się dobrze i wraz z reżyserem mogli spokojnie pomyśleć nad oprawą muzyczą. Sam kompozytor przyznał, że jeszcze nie pracował nad tak wielkim projektem i miał wysoko postawioną poprzeczkę. Jak przedstawić każdego z bohaterów w unikatowy sposób, by nie przesadzić z ilością dodatków? Połączyć ich w całość, dodając jednak trochę swojskiego smaczku. Tym pięknym sposobem Avengers stał się wielkim sukcesem muzycznym!



Na razie koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi;).