piątek, 13 lipca 2018

Jak to jest na tym Jagiellońskim cz. IV

Witajcie, kochani :).

Za mną już czwarta sesja egzaminacyjna w życiu i chyba najdłuższa z jaką do tej pory się zmierzyłam. Mózg mam jak z waty, czuję się jak zombie, gdyż półprzytomnie reaguję na to co się dzieje wokół mnie. W dodatku układ pokarmowy zaczyna mi wariować (witaj, regularne i zdrowe odżywanie się), a w pokoju mam istny armagedon, gdzie wszędzie walają się kartki, porozrzucane chaotycznie notatki i ciuchy, które nie miały czasu ułożyć się w szafie. Żyć a nie umierać :P.

Na szczęście tenże burzliwy okres w życiu mam za sobą (tzn. w głównej mierze) i w końcu mogę wrócić do swojej pasji, czyli do pisania bloga i przygotowywania dla Was materiałów :). Mam mnóstwo planów do zrealizowania, o czym będę Was na bieżąco informować. Generalnie jednak skupię się na dorobku kulturowym, czyli na filmach, serialach, komiksach, być może książkach. Czy mi się uda nie zmarnować wakacji na spaniu to się okaże, ale mam nadzieję, że je w pełni wykorzystam. 



Wracając jednak do sesji... Och, to były naprawdę długie i żmudne dwa tygodnie nauki, wysiłku umysłowego i mniejszego tudzież większego stresu. Nawet sesja letnia na pierwszym roku nie była tak wyczerpująca jak ta obecna. Dosłownie codziennie miałam egzaminy, codziennie musiałam chodzić na uczelnię i wytężać swój umysł, by przelać na papier wiedzę, którą posiadłam. A z czym tym razem przyszło mi się zmierzyć? Jakie przedmioty musiałam zaliczyć/zdać? Czy udało mi się z powodzeniem przejść na trzeci rok? Zacznę może od części angielskiej.


1.) Literatura i kultura amerykańska - z tym przedmiotem to trochę zabawna sprawa. Była oczywiście część wykładowa i ćwiczeniowa. Wykłady prowadzone były przez prze-sympatycznego pana, z którym wcześniej miałam przyjemność zdawać Cywilizację USA. Czemu zabawna sprawa? A no chociażby dlatego, że w tym semestrze nie mieliśmy egzaminu z tegoż przedmiotu w ogóle. Ba, nawet materiał przerobiony w tym półroczu nie będzie obecny na teście na trzecim roku. Po cóż więc zapychać plan zajęć przedmiotem, z którego nie ma egzaminu? No nie wiem, trzeba chyba coś wcisnąć studenciakom, żeby się nie nudzili. Ach, no tak, przecież potrzebujemy punktów ECTS, aha... Zapomniałam na śmierć!

Ciekawa też sprawa miała się z ćwiczeniami. Po raz kolejny zresztą utwierdzam się w przekonaniu, że moje serce bardziej lgnie do amerykańskiego angielskiego. Teksty, które czytaliśmy były znacznie przystępniejsze i łatwiejsze w odbiorze (są wyjątki, oczywiście), a tematyka bliższa moim zainteresowaniom czy też potrzebom (tutaj kolejne wtrącenie, bo przecież opowieść o Tricksterze, srającym i pierdzącym w lesie, to było coś czego akurat w tamtym momencie pragnęłam. Nie wspomnę już o niesamowitym patencie na podryw. Pamiętaj, jeżeli chcesz poderwać dziewczynę, daj jej książkę z kazaniami! Od razu wpadnie w Twe ramiona!). W każdym bądź razie, amerykańska literatura to było dla mnie zabawne zjawisko w tym semestrze. Może też dlatego, że prowadzący zajęcia był troszkę szurnięty i nieogarnięty, ale totalnie mi to nie przeszkadzało. Nie wymagał ogromnej wiedzy czy nawet znajomości lektur. Nawet zmienił zasady zaliczenia, byleby studenciakom pójść na rękę. Koleżka niezwykle zabawny i pozytywnie roztrzepany. Z przyjemnością podchodziłam do testu. Teraz tylko modlę się, żeby po wakacjach było równie sympatycznie na zajęciach:).

2.) Praktyczna Nauka Języka Angielskiego - na tą część egzaminu składały się trzy elementy; pisanie eseju, czytanie ze zrozumieniem oraz tzw. Use of English, czyli przeróżne zagadnienia z gramatyki czy też słownictwa. Każda z tych części i ćwiczonych umiejętności była praktykowana na zajęciach u różnych prowadzących. 

Powiem szczerze, że w tym roku niespecjalnie przygotowywałam się z j.angielskiego, gdyż skupiłam się na j.niemieckim, o którym wspomnę za chwilę. Poza tym nie czułam się jakoś wybitnie dokształcona przez nauczycieli i sama więcej uczyłam się poprzez oglądanie filmów z napisami czy oglądanie wideo na You Tubie. Niemniej na egzamin nauczyć się musiałam, a przynajmniej na Use of English. Myślę, że poszło mi dość dobrze. Co prawda nie widziałam arkusza na własne oczy po korekcie, ale mam poczucie, że skoro zdałam, to zdałam całkiem przyzwoicie. W taki też sposób dostałam się na egzamin ustny, który poszedł mi dość dobrze. Ba, nawet super. Mówienie z amerykańskim akcentem to jest dla mnie czysta przyjemność. 

3.) Literatura i kultura angielska - tego przedmiotu troszkę się jednak bałam. Tak jak w przypadku literatury amerykańskiej, i tutaj występował podział na wykład i ćwiczenia. Jeśli chodzi o wykłady... Hmm... Chodziłam na nie, owszem, ale poza robieniem zdjęć slajdom czy przepisywaniem nieskładnych, z kontekstu wyrwanych notatek, to ja nie wiem co ja tam robiłam. Tym bardziej, że pani, która wykładała, mówiła tak sennym, monotonnym głosem, że człowiek o 8.00 rano ucinał sobie, chcąc nie chcąc, dodatkową drzemkę. 

Na ćwiczeniach z kolei moja wiedza nie została w jakiś znaczny sposób poszerzona niż o to, co znajdowało się w analizach tekstów na Internecie (apropos to polecam serdecznie Sparknotes oraz Schmoop. Wybawienie dla przeciętnego żaka!). Poza tym, za przeproszeniem, ale gostek się tak jąkał, że czasami musiałam się naprawdę powstrzymywać od śmiechu. Tak więc 70% czasu na ćwiczeniach to były takie dźwięki; yyyy, eeee, yyyy. Jak więc można się łatwo domyślić większość materiału musiałam przyswoić na własną rękę, mając gdzieś w podświadomości wiedzę, że test z literatury będzie bardzo surowo oceniany, a zadania w większości będą otwarte. Cóż... Wciąż nie mogę się pozbierać po tym jak dowiedziałam się co dostałam. Jestem dumna z siebie i z tego, że pomimo, że nie przeczytałam wszystkiego tak jak było trzeba (no sorry, ale nie samą literaturą człowiek żyje), to jednak udało mi się osiągnąć bardzo dobry wynik. Litka mi nie straszna! 

4.) Fonologia - co najmniej jeden przedmiot na rok/semestr musi być totalnie dziwny, bezsensowny, kompletnie niezrozumiały i nieprzydatny w życiu codziennym. Takim przedmiotem w tym semestrze okazała się fonologia. Ciężko mi nawet wyjaśnić o czym był tenże przedmiot. Po prostu badanie dźwięków, fonemów, alofonów, porównywanie pewnych zjawisk, które zachodzą między poszczególnymi elementami. Więcej Wam nie opowiem, bo kompletnie nie wiem co się działo na wykładach. Miałam wrażenie, że mimo, że słuch mam jeszcze w miarę sprawny, to słyszę jakiś angielski bełkot, który nawet przetłumaczony na polski nie ma sensu. Jedno jednak Wam powiem. Doceniam i szanuję ludzi, którzy interesują się tak abstrakcyjnymi dziedzinami jak chociażby dźwiękami zwarto-szczelinowymi. Poważnie, chylę czoła i zdejmuję czapkę z głowy, bo naprawdę trzeba mieć niesamowitą umiejętność dostrzegania takich szczegółów i w ogóle chęć zajmowania się czymś tak surrealistycznym, czym przeciętny Kowalski w życiu by sobie głowy nie zawracał. 

Tym bardziej jestem w szoku, że jestem jedną z tych wielce uprzywilejowanych osób, które jakimś cudem/zrządzeniem losu, zdały ten egzamin. Przyznam się, że naprawdę nie miałam już siły uczyć się tego przedmiotu, a przynajmniej nie na tyle na ile chciałam. Mimo, że czytałam przeróżne materiały, to moja wiedza nie stawała się obszerniejsza, więc po prostu modliłam się, aby moje jakże wybitne skrawki o potocznej nazwie ''notatki'', starczyły. Przez pięć długich dni stresowałam się wynikami i normalnie tańczyłam z radości, gdy dowiedziałam się, że jednak zdałam. Tym bardziej, że ponad połowie roku się nie poszczęściło. Z ulgą mogę zapomnieć o istnieniu tego przedmiotu ;P i cieszyć się, że czasami ''strzelanie'' okazuje się być najlepszym wyjściem.

Teraz czas na część niemiecką :).


5.) Praktyczna Nauka Języka Niemieckiego - na ten przedmiot jestem najbardziej wkurzona. Na niemieckim skupiłam w tym roku wszystkie swoje zasoby mózgowe i czasowe. Znosiłam teksty wiedźmy, która twierdziła, że dyslektyk na studiach sobie nie poradzi. Powiem szczerze, że chyba udało mi się jej udowodnić, że jednak coś potrafię. Niemniej musiałam nie zdać i to DWOMA punktami. Boli ten fakt tym bardziej, że i część z gramatyki, i część z czytania, i część z pisania napisałam naprawdę super. Jeszcze bardziej boli fakt, że słuchanie mi wszystko zepsuło, a byłam na wstępnej liście do egzaminu ustnego. Przyznam bez bicia, że troszkę się popłakałam, bo przeznaczyłam tyle czasu i tyle wysiłku na naukę niemieckiego, zaniedbując czasem inne ważne przedmioty, na których bardziej mi zależało. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że muszę we wrześniu pisać od nowa wszystkie części. 

Marnym pocieszeniem jest to, że połowa roku znowu nie zdała i jeszcze raz musimy przechodzić przez to samo. Nieważne też do kogokolwiek pójdziemy i o cokolwiek nie poprosimy to i tak nikt nas nie wysłucha i nie pójdzie na rękę, chociaż ten jeden jedyny raz. #JakŻyćNaUJ

6.) Kultura krajów niemieckiego obszaru językowego - przyznam się bez bicia. Byłam tylko na dwóch wykładach z tego przedmiotu. Totalnie olałam te zajęcia. Z jednej strony mi głupio, bo widać, że pani bardzo lubi to co robi, wszystko dokładnie tłumaczy i jest po prostu miłą istotą. Z drugiej strony nie potrafiłam się zmotywować, by iść na jeden wykład i to późnym wieczorem. Zwłaszcza, że dzień później odbywały się ćwiczenia z wiedźmą. Tak też kompletnie zignorowałam tenże przedmiot, a do egzaminu podchodziłam dość obojętnie. Notatki były na platformie, część też dostałam od koleżanek, także byłam na dość bezpiecznej pozycji. Jeszcze na pierwszym roku bym się przejęła, teraz w sumie mnie to obojętne. Najważniejsze, że zdane i to pozytywnie!


Jak już pewnie wiecie jestem też na module pedagogicznym, który ma umożliwić zdobycie kwalifikacji w zawodzie nauczyciela. W związku z tym miałam również kilka egzaminów + odbyłam dodatkowo praktyki pedagogiczne w szkole. 
7.) Dydaktyka języka angielskiego w przedszkolu oraz na I i II etapie edukacyjnym - jeśli chodzi o ćwiczenia to generalnie uczyliśmy się o tym jak nauczać małe dzieci, co brać pod uwagę, gdy pracuje się z młodymi uczniami i jak prawidłowo przygotowywać zajęcia w szkole. Pierwsza część egzaminu polegała na przygotowaniu planu zajęć dla klas od I-III, a druga część z kolei od klas IV-VIII. W moim przypadku oczywiście poszła lepiej ta druga część, bo zdecydowanie lepiej pracuje mi się ze starszakami i tak to mam więcej możliwości jaki materiał chciałabym przerobić z dzieciakami. Z kolei jeśli chodzi o wykład to zdecydowanie było więcej teorii, pojęć z dziedziny psychologii czy metodologii. Generalnie zajęcia były w porządku, a z przyswajaniem wiedzy nie miałam większych trudności, chociaż w przypadku przygotowywaniu planu zajęć to trzeba było raczej liczyć na intuicję i takie swoiste wyczucie.

Odbyłam również praktyki pedagogiczne (obserwacje) w Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 12 im. Janusza Korczaka w Krakowie. Bardzo spodobała mi się taka swojska atmosfera w tejże placówce. Mnóstwo dekoracji, pięknych prac naściennych, dzieci starsze i młodsze wspólnie bawiące się z sobą. Miło wspominam czas praktyk i myślę, że możliwość obserwowania relacji na polu nauczyciel-uczniowie była dość ciekawym doświadczeniem. Mam nadzieję, że jako nauczyciel będę mogła wykazać się nieco większą cierpliwością i wytrwałością niż mi się wydaje. 


Jeżeli chcecie poczytać więcej na temat poprzednich egzaminów zapraszam TUTAJ. Nie wiem czemu nie ma już tych obrazków, pojawiają się i znikają...


A Wam jak poszły egzaminy? Zdaliście wszystko w pierwszym terminie? Z jakim przedmiotem przyszło Wam się najbardziej wysilić? :)

piątek, 15 czerwca 2018

Jak nauczyć się na sesję, żeby się nauczyć? Poradnik studenta

Witajcie, kochani;).

Każdy student zmaga się z tym co semestr. Wiele osób wie, że musi się zacząć uczyć; im prędzej, tym lepiej. Niektórzy panikują i zaczynają wątpić czy dalej chcą brnąć w bagno nauki na wybranym kierunku. Większość zarywa noc, modląc się o łatwe polecenia, a w akcie desperacji zaczyna przygotowywać ściągi. Jak dla licealistów największą zmorą jest matura, tak dla studenta jest nią sesja. Jak się nauczyć, żeby się nauczyć? Poradnik Vombelki!


Od razu mówię. Nie jestem wzorowym uczniem/studentem, z którego warto brać przykład. Uczę się raczej na ostatnią chwilę. Inaczej nie potrafię. To brak motywacji, chęci, samozaparcia, to brak czasu, bo są inne sprawy, którymi trzeba się zająć, to przypływ lenistwa, który skutecznie uniemożliwia chociaż otworzenie książki i przejrzenia notatek. Jednak i mnie udało się znaleźć kilka sposobów, które przynajmniej ułatwiają naukę czy przyswajanie wiedzy, bez picia hektolitrów kawy, zażywania tabletek czy zarywania nocy.

1.) Ciągłe powtarzanie - metoda, którą stosuję od liceum i bardzo jest pomocna. Często przed spaniem otwieram zeszyt, czytam notatki i kładę się spać. Tak po prostu. I tak co wieczór. Oczywiście nie zawsze tak robię, bo można zwariować od ciągłego czytania tego samego tekstu, ale staram się to robić kiedy tylko mogę i jak często potrafię. Uwierzcie mi, może dla niektórych taka metoda jest raczej odpychająca, bo wymaga systematyczności i poświęcenia trochę dłuższej chwili, ale potem to procentuje, bo więcej zapamiętujecie i nie musicie wkuwać tyle informacji do egzaminu. Część materiału już poznaliście, więc możecie skupić się na czymś innym. Dla mnie osobiście takie powtórki to jedna z lepszych metod. Stosuję ją w trakcie roku akademickiego, a nie tylko przed sesją.

2.) Kolorowe markery w dłoń - Przez całe 12 lat edukacji nigdy nie wzięłam mazaka do ręki. Po prostu uważałam, że to nie było mi potrzebne. Zawsze podkreślałam ważne informacje ołówkiem, kreśliłam, rysowałam chmurki, strzałki czy tego typu rzeczy. Stwierdziłam, że może jednak warto się przełamać i chwycić kolor do ręki. Na chwilę obecną stanęłam tylko na jednej barwie - zielonej. Nie wiem czemu, większej palety kolorów raczej nie potrzebuję. Najbardziej markery się sprawdzają w przypadku dat czy liczb, ważnych nazwisk. Jak już to zapamiętacie, to łatwiej będzie wam kojarzyć fakty. 


3.) Metoda skojarzeń - na pewno macie tak, że jest jakieś słowo, nazwisko czy miejsce, które jest niezwykle ważne i po prostu musicie to wkuć do czachy, nie ma bata. Problem w tym, że jest tak skomplikowane i wyszukane, że kompletnie nie da się tego zapamiętać, no nie da. Najlepiej móc kojarzyć, ułożyć sobie rym do danego słowa czy coś w tym stylu. W sumie rzadko praktykuję tą metodę, ale czasami, jak już faktycznie nie mogę, to sięgam po skojarzenia. 

4.) Piszcie ściągi - pisać to nie znaczy koniecznie ściągać. Jest to też forma utrwalania materiału. Poprzez przepisywanie, o ile jesteście wzrokowcami, uczycie się. 


5.) Nie zarywajcie nocy - raz tak zrobiłam i potem pożałowałam. Egzamin jest ważny, owszem, i najlepiej się postarać, aby zdać go najlepiej. Nie oznacza to, żeby tracić noc na naukę. Noc jest przeznaczona na sen. Następnego dnia nie dość, że jesteście zmęczeni i wykończeni, to możecie nawet wypisywać bzdury na arkuszu. Nie dlatego, że nie umiecie, tylko dlatego, że mózg już nie myśli i nie jest w stanie nic z siebie wykrzesać. 

6.) Róbcie przerwy - przerwa to jest zbawienie, moment, kiedy można odetchnąć. Mózg jest się w stanie skupić tak porządnie gdzieś do około godziny. Potem już odpływamy, nie wiemy za bardzo co czytamy. Warto wtedy zrobić sobie przerwę. Posłuchać muzyki, wejść NA CHWILĘ na Facebooka, obejrzeć jakiś odcinek serialu czy coś. Nie przedłużajmy przerwy, bo potem coraz trudniej będzie się nam zmobilizować. Najlepiej wtedy ustalić sobie konkretny zakres czasowy. Przerwa 30 min., potem nauka. 


7.) Najlepiej odciąć się od odciągaczy - czyli mianowicie Facebooka, Instagrama, Twittera i takich innych wyłudzaczy czasowych. Przyznam się, że ciężko mi to szło podczas sesji letniej, robiłam wszystko, żeby się nie uczyć. To jakiś nowy filmik na YouTubie, to koleżanka napisała na grupie etc. Jeżeli jednak macie silną wolę, to rezygnujcie z odciągaczy. 

8.) Konsultacje w grupie wskazane - powiem, że to jest niezwykle skuteczny sposób na przyswajanie wiedzy, pod warunkiem, że nie robicie tego tuż przed egzaminem. Fajnym pomysłem jest spotkanie się w kilka osób i taka wspólna nauka. Korzyści są obopólne, bo każdy może coś wynieść z takich konsultacji. Jedna osoba może wiedzieć więcej na ten temat, ty możesz wiedzieć więcej na inny temat, a jeszcze kto inny w ogóle nic nie wie i poprzez wspólną pogawędkę jakąś tam wiedzę wyłuska. Nawet jeżeli nie macie takich warunków, żeby się spotkać, to załóżcie grupę na facebooku i dzielcie się różnymi informacjami, pytajcie, wspólnie analizujcie. To jest naprawdę dobry pomysł, mnie osobiście bardzo pomógł. Tylko nie róbcie tego tuż przed egzaminem, bo ze stresu wszystko zapomnicie albo stwierdzicie, że i tak nic nie umiecie, co jeszcze bardziej stresuje. 

W sumie to tyle mam takich rad. W moim przypadku się sprawdziły i liczę, że w trakcie kolejnych sesji również okażą się pomocne. Mam nadzieję, że pomogłam i życzę miłej nauki;P.


piątek, 8 czerwca 2018

In your face, mutherfucker, czyli druga część przygód Najemnika z Niewyparzoną Gębą!

Witajcie, kochani! Rychło w czas, ale udało mi się w końcu obejrzeć drugą część przygód Deadpoola, czyli Deadpool 2. Pierwsza część okazała się ogromnym sukcesem, zarówno pod względem finansowym, jak i również oryginalności, niesztampowości i generalnie nietypowego podejścia do kina superbohaterskiego. Pierwszy taki film o kategorii R. Pierwszy, gdzie heros łamie tzw. czwartą ścianę i pierwszy, gdzie nie bano się strug wylewającej się krwi, łamanych kości, latających kończyn czy sporej ilości scen erotycznych. Czy ''dwójka'' dorównała ''jedynce''? Co słychać obecnie u naszego kochanego Najemnika? No i jak Thanos (tzn. Josh Brolin, ach, te uniwersa się mieszają...) poradził sobie w roli Cable'a?



Reżyseria; David Leitch
Scenariusz; Rhett Reese, Paul Wernick
Premiera; 18.05.2018 (Polska)
Produkcja; USA
W rolach głównych; Ryan Reynolds, Josh Brolin, Julian Dennison, Zazie Beetz, 
W pozostałych rolach; Morena Baccarin, T.J. Miller, Leslie Uggams, Karan Soni, Brianna Hildebrand, Stefan Kapicic, Eddie Marsan


Oszpecony w wyniku śmiertelnie groźnego wypadku bydła podkuchenny ze stołówki zakładowej (Wade Wilson) nie cofnie się przed niczym, by spełnić największe marzenie swojego życia - chce zostać wybrany najseksowniejszym barmanem miejscowej sieci barów mlecznych i udowodnić, że jeszcze się taki nie narodził, który mógłby mu nadmuchać w kakao. Walczy przy tym o odzyskanie utraconego poczucia smaku i skradzionego kondensatora strumienia, stawiając czoło wojownikom ninja, japońskim gangsterom spod znaku jakuzy i sforze agresywnych seksualnie czworonogów. Przemierzając kulę ziemską, odkrywa siłę rodziny, przyjaźni i pikantny smak przygody, a przy okazji zdobywa pożądany puchar dla Najlepszego Kochanka Świata. 


Wade Wilson a.k.a. Deadpool (Ryan Reynolds) staje się płatnym najemnikiem i wykonuje same najtrudniejsze zadania. Walczy z gangsterami, handlarzami nielegalnym towarem oraz innymi złolami wszelkiego kalibru. W czasie wolnym od pracy spędza czas ze swoją ukochaną Vanessą (Morena Baccarin). Wspólnie postanawiają założyć rodzinę. Wade jest prze-szczęśliwy, że może w końcu zostać ojcem. Niestety sielanka nie trwa długo. Kolejnym jego zadaniem jest odnalezienie pewnego niesfornego, młodego mutanta Russella (Julian Dennsion), który jest niezwykle niebezpiecznym osobnikiem. W dodatku, z niewiadomej przyczyny, tegoż dzieciaka zaczyna śledzić tajemniczy podróżnik w czasie, Cable (Josh Brolin).

Problemy się nawarstwiają, ale DP się nie poddaje. Postanawia, z pomocą Weasela (T.J. Miller), Dopindera (Karan Soni) oraz Blind Al (Leslie Uggams) utworzyć ekipę super zdolnych jednostek, która nazywałaby się X-Force. Do drużyny należy m.in. Domino (Zazie Beetz), której atrybutem jest... szczęście. W pewnym momencie nawiązuje się nawet sojusz z X-Menami. Wspólnie team superbohaterów musi uratować chłopaka oraz powstrzymać Cable'a.


Gosh, ten film jest taki porąbany ;P. Totalnie absurdalny, nieobliczalny i ewidentnie widać, że nie bierze siebie na poważnie. Produkcja jest pełna zwariowanych, przekomicznych scen, mniej lub bardziej zabawnych żartów, tony odniesień do popkultury, w tym do uniwersum Marvela oraz DC czy innych dzieł kulturowych, a nie brakuje też porządnego rozlewu krwi i latających kończyn. Formuła więc wydaje się być podobna do pierwszej części przygód tytułowego bohatera. Czym więc wyróżnia się dwójka? Co ma nowego do zaoferowania?

Przede wszystkim poznajemy nowe postacie. Na piedestał wysuwa się oczywiście Cable. Można powiedzieć, że 2018 rok to jest rok Josha Brolina. Najpierw fenomenalnie sportretował Szalonego Tytana w MCU, czyli Thanosa, a teraz pięknie odegrał rolę mutanta z przyszłości. Cable to facet, który konsekwentnie dąży do swojego celu, pragnie odmienić swój los i cofa się w czasie, by pozbyć się tego, który zniszczył mu życie (mowa o Russellu). Jest ponury, mało sympatyczny, niesamowicie silny i głównemu bohaterowi ciężko się zmierzyć z tymże osobnikiem. Nawet zdolności samo-regeneracyjne niewiele pomagają Wade'owi. Powiem, że jestem zadowolona z performance'u pana Brolina i czekam na przyszłe filmy z jego udziałem. Zwłaszcza, że zapowiedziany jest film o X-Force za jakiś odległy czas i byłabym w siódmym niebie, gdyby poszerzyli nieco wątek zwariowanej relacji między Deadpoolem oraz Kablem.


Kolejną nową postacią, która zdecydowanie przyciąga uwagę, jest Domino. Mutantka o dość specyficznej zdolności. Potrafi wytworzyć wokół siebie pole siłowe, które sprawia, że kobiecie zawsze wszystko się udaje. Po prostu ma farta. Miło było zobaczyć w filmie, jak to wygląda w rzeczywistości. Ludzie umierają, auta się przewracają, niejednokrotnie śmierć stuka i puka do drzwi, a ona sobie spokojnie ze wszystkim radzi. Pamiętam, że część fanów była przeciwko wybraniu Zazie do roli Domino. Nie ten kolor skóry, nie te włosy, nie ten wygląd, nie ten kostium. Mnie to jednak totalnie nie przeszkodziło. Dopóki charakter danej postaci z komiksu jest zachowany, a aktor/aktorka dobrze sprawdza się w danej roli, nie mam nic do zarzucenia. Liczę na to, że Domino jeszcze się wykaże, bo dziewczyna ma talent.

Równie intrygującą postacią jest Russell, który ma niesamowitą moc i stanowi dla Deadpoola powód, żeby podnieść się po klęsce (o tym za chwilę w spojlerach pod spodem). Russell to naprawdę spoko chłopak i Julian Dennison spisał się całkiem dobrze w swojej roli. Chętnie zobaczę jak Russell jako Firefist rozwinie swoje niezwykłe zdolności. Będzie mógł się czegoś nauczyć od najlepszych :D.


Oczywiście na pokład powraca również stara kadra. Mamy wyżej wymienionych Blind Al, Vanessę, Dopindera (uwielbiam tego nieogara) oraz Weasela, którego też kocham ponad życie. Do tego dołącza znany już Colossus (Stefan Kapicic), Negasonic Teenage Warhead (Brianna Hildebrand), która jest w związku z inną mutantką, Yukio (Shioli Kutsuna). Cieszę się, że każda z tych postaci miała swoje pięć minut i mogła chociaż na chwilę zabłysnąć na ekranie, a było ciężko, gdy w główną rolę wciela się Ryan Reynolds, któremu japa ani na chwilę się nie zamyka. Bo trzeba Wam przyznać, że Deadpool to jest gwóźdź programu i perełka tego filmu. Nie pozwala sobie na to, żeby ktokolwiek inny poza nim miał coś więcej do powiedzenia niż on sam. Co w sumie ma swoje dobre i złe strony. Tutaj niestety muszę przejść do SPOJLERÓW, także tutaj ostrzeżenie.

Powiem szczerze, że ciężko mi jednoznacznie ocenić ten film. Bawiłam się super i śmiałam się jak nienormalna w trakcie seansu, ale są pewne elementy w tej produkcji, które jakoś mnie ubodły. Przede wszystkim fakt, że większość członków X-Force dosłownie umiera niedługo potem jak ekipa zostaje zmontowana. Tylko dlatego, że dmuchnął silny wiatr, spadochrony zrobiły swoje, i dziwnym zbiegiem okoliczności prawie wszyscy natknęli się na pędzący autobus czy zabójczą kosiarę. To było żałosne, bo spodziewałam się prawdziwej jatki z nimi w rolach głównych, a tu nico (swoją drogą kolejny dowód na to, że zwiastuny bywają zwodnicze. Nie ufajcie trailerom!). Taki potencjał na super team i został zmarnowany. Chociaż z drugiej strony zakończenie filmu, które jest kpiną z całego filmu, poprawiło mi humor i być może ujrzę Bedlama czy Shatterstara ponownie.


Co miałam na myśli, mówiąc o scenie końcowej? Z jednej strony super, że udało się Deadpoolowi podwędzić od Cable'a urządzenie z cofaniem czasu i w ten sposób Wade mógł ocalić Vanessę, która na początku filmu zginęła, ale z drugiej strony... Cały film od pierwszego do ostatniego aktu nie ma większego sensu, bo to właśnie śmierć Vanessy (choć tragiczna i przyznam, że niespodziewana) doprowadziła Wilsona do zemsty na gangu, do odnalezienia Russella, do powstrzymania Cable'a etc. Z jednej strony świetny zabieg, bo daje fanowi nadzieję na więcej i sam film nabija się z utartych schematów, ale z drugiej... no pliz. Zabawa czasem w tym przypadku może nie działać zbytnio na korzyść.

Fakt, że Deadpool jest bohaterem swojej historii jest niepodważalny. Nie ma chwili, kiedy go nie ma. DP jest wszędzie. Co w tym dziwnego? To w końcu jego film. Problem w tym, że w filmie upakowano właśnie dużo nowych, ciekawych i dobrze zapowiadających się postaci, których czas ekranowy został wykorzystany do minimum. W sumie ubolewam trochę nad tym, bo Yukio jest taka sweet i poza gapieniem się w telefon to nie wiem co ona tam robiła. Mam nadzieję, że w kolejnych produkcjach skupią się na całej ekipie X-Menów/X-Force, a nie tylko i wyłącznie na Deadpoolu. Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Deadpoola i uwielbiam jego żarty, jego sposób mówienia, jego jako postać komiksową, ale chciałabym ujrzeć jak on pracuje w grupie, wtedy kiedy każdy jest ważny.


Co mi się najbardziej podoba w Deadpool 2 to przede wszystkim efekty specjalne i muzyka. Jak przystało na porządny film super-bohaterski nie brak scen akcji, świetnych ujęć walk, lejącej się krwi, rozrywanych żywcem kończyć czy innych części ciała. To wszystko wygląda niezwykle wiarygodnie. Przyznam, że momentami było obrzydliwie, ale o to właśnie chodziło. W końcu nie na darmo narzucono kategorię wiekową. Kocham też ścieżkę dźwiękową. Tyler Bates już wcześniej pracował przy blockbusterach (Guardians of the Galaxy vol.1 i 2), więc ma wprawę. W dodatku wplecione w filmie piosenki, czy to z gatunku dubstepu, czy country, czy rapu. Każdy utwór pasuje do pokazanej sceny. Co warto jeszcze wspomnieć, to fakt, że w filmie występuje kilka zaskakujących postaci, które mają swoje tzw. cameo zarówno komiksowych bohaterów, jak i tych z naszego świata show-biznesu. Uwierzcie mi, Brad Pitt jako Vanisher to był dla mnie szok. Cieszę się, że mogłam przyjrzeć się takim niuansom i czerpać z nich radość.

Podsumowując, Deadpool 2 to naprawdę dobry film. Owszem, ma swoje słabsze strony (może to PTSD po Avengers: Infinity War?) i nie jest może najlepszym filmem superhero, ale zdecydowanie zapewnia tonę zabawy, śmiechu, ciekawych doznań i wszystkiego tego, co trzeba, aby wykreować film o antybohaterze. Druga część o Martwym Basenie jest dwa razy mocniejsza, odważniejsza, pewniejsza siebie, bo co tam za świry muszą pracować na planie :D. Uważam, że DP2 jest nawet lepszy od jedynki, ponieważ film jest tak jakby samoświadomy czym jest i nie boi się przekraczać granic. Deadpool z 2016 roku to była próbka i rozgrzewka. Liczę, że teraz będzie tylko lepiej. Film oceniam na 8/10.



PS. Pamiętajcie o scenach po napisach! Warto zostać na te parę minut dłużej ;P.

piątek, 25 maja 2018

Kiedy ułomność staje się zaletą, czyli ''Legion''

Witajcie, kochani!:)

Na chwilę odrywam się od seriali luźniej lub bardziej powiązanych z Marvel Cinematic Universe. Stwierdziłam, że powrócę na chwilę do świata mutantów. Tak więc na pierwszy rzut ognia poszedł Legion, serial zbierający przeróżne opinie. Chciałam osobiście się przekonać, czy produkcja jest warta zachodu. Tym bardziej, że w główną rolę wciela się Dan Stevens, czyli mega przystojny i utalentowany aktor, znany m.in. z Piękna i Bestia, Gość czy Downton Abbey. Co o serialu sądzi Vombelka i czy warto się zapoznać z tymże dziełem?


Twórca; Noah Hawley
Premiera; 09.02.2017
Produkcja; USA
Dystrybucja; 20th Century Fox Television
W rolach głównych; Dan Stevens, Rachel Keller, Jean Smart, Aubrey Plaza, Bill Irwin, Amber Midthunder, Jeremie Harris, 
W pozostałych rolach; Katie Aselton, Jemaine Clement, Mackenzie Gray, Hamish Linklater


David Haller (Dan Stevens) od kilku lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Zdiagnozowano u niego schizofrenię. Otoczony świrami sam zaczyna zatracać się w sobie. Jego jedyną towarzyszką niedoli jest równie szurnięta pacjentka, czyli Lenny (Aubrey Plaza). Każdy dzień jest kolejnym wyzwaniem. Pewnego dnia młody mężczyzna poznaje piękną Sydney Barrett (Rachel Keller), w której ze wzajemnością się zakochuje. Dzięki niej David uświadamia sobie, że nie jest szaleńcem, a wszystkie głosy, które słyszy czy rzeczy, które widzi, nie są objawem choroby, lecz darem, o którym nie miał pojęcia. Z czasem okazuje się, że David Haller jest jednym z najpotężniejszych mutantów na świecie.

Ten serial jest naprawdę dziwny. Lepsze słowo ciężko mi teraz znaleźć. Jest tak nietypowy, unikatowy, specyficzny, że aż dziwaczny i ciężko to ogarnąć słowami. Spróbuję rozłożyć Legion na czynniki pierwsze to może będę w stanie jakoś to sobie wszystko ułożyć w głowie...


Na największą pochwałę zasługuje kreacja stworzona przez pana Stevensa. David to człowiek zniszczony przez narkotyki, nieudane związki, jak i przede wszystkim swoje zdolności, o których nie wiedział, że posiada. Każde spojrzenie Davida, każdy gest czy też mina są ucieleśnieniem i świadectwem człowieka, którego całe życie było kłamstwem i jednym wielkim cierpieniem. Można dostrzec jego niepewność samego siebie, obłęd w oczach. Sposób jego zachowania, mówienia... to wszystko zostało tak pięknie pokazane. Główny bohater przyciąga uwagę widza jak magnez. Wzbudza w tobie litość, współczucie, kibicujesz Davidowi z całego serca, bo wiesz, że zasługuje na szczęście. 

Skoro już wspomniałam o Davidzie, to równie ważną rolę w produkcji odgrywa jego miłość, czyli Syd. Jak się okazuje ona również jest mutantką, która poprzez dotyk zamienia się ciałami z osobą dotkniętą. Z tego też powodu młoda para musi unikać kontaktu fizycznego, co dla obojga jest sporym utrapieniem. To dzięki Sydney, David odkrywa swoje zdolności, pragnie nad nimi zapanować i można powiedzieć, że wraca do żywych. Chce umieć się kontrolować dla niej. Oboje stają się niemalże jak papużki nierozłączki i są po prostu tacy słodcy. Widzieć jak ich relacja ewoluuje i stają się dla siebie wzajemnym wsparciem to czysta przyjemność. Sama Syd nie daje sobie w kasze dmuchać. Jest uparta i niejednokrotnie udowadnia, że byłaby w stanie poświęcić swoje własne życie dla Davida. W ciekawy sposób serial rozwiązał również kwestię zbliżeń pomiędzy młodą parą, ale o tym najlepiej przekonać się osobiście. 


W serialu występuje również grono innych interesujących postaci. Dr. Melanie Bird (Jean Smart) jest jak serialowy Profesor X. Prowadzi szkołę i próbuje nauczyć Davida kontroli nad mocami. Cary (Bill Irwin) i Kerry (Amber Midthunder) to dwoje mutantów, którzy dzielą jedno ciało. Cary to ten od myślenia, Kerry to ta od działania. Ptonomy (Jeremie Harris) z kolei potrafi wchodzić do umysłu i odczytywać wspomnienia. Cała ekipa składa się z wybitnych i szczególnie utalentowanych jednostek, które również mają swoje historie do opowiedzenia. Dla mnie najbardziej intrygującą okazuje się być ta o Carym i Kerry. Oboje w jednym ciele. Nie mogą bez siebie żyć, a kiedy jedno cierpi, cierpi też i drugie. 

No dobrze. Mamy postacie główne i drugoplanowe. Gdzie w tym wszystkim jest złoczyńca? Powiem tak. W serialu występuje organizacja o nazwie Division 3, która tropi i likwiduje mutanty. Za cel obrała sobie rzecz jasna Davida. Niemniej ten wątek wcale nie jest najważniejszy. Gdzieś D3 węszy i śledzi naszego protagonistę, ale to nie Divison 3 jest największych zagrożeniem. Ważniejsza jest za to postać Shadow Kinga - mutanta o fascynującej historii, który przebywa w umyśle Davida i chce przejąć nad nim władzę. To on od początku zatruwał życie herosa i chce odegrać się na młodym mutancie za klęskę, którą odniosło monstrum w walce z ojcem Davida (w komiksach ojcem Davida jest... sam profesor Xavier!). W umyśle Davida Shadow King przybiera postać Lenny i wraz z upływem akcji staje się coraz silniejszy. Myślę, że wykreowanie takiego bezcielesnego antagonisty jest dosyć intrygującym i na pewno przykuwającym uwagę zabiegiem. Nie łatwo jest przecież pozbyć się tak upartego pasożyta z głowy jakim jest potężny i zwodniczy Shadow King. 


Jeśli chodzi o efekty specjalne to nie jest źle. Większość scen, która ma miejsce w tzw. 'Astral Plane'' (czyli w umyśle Davida, prościej ujmując) to jest po prostu istna fantazja. Wymiary o niesamowitych kolorach, proporcjach, kształtach. Wszystko, co się dzieje w jego głowie jest po prostu niepojęte i momentami nawet przytłaczające, bo nie wiadomo co jest w końcu fikcją a rzeczywistością. Niemniej pewne efekty są takie sztuczne, że odbiera to nieco satysfakcję z oglądania. Zdaję sobie sprawę, że to jest serial i nie można wymagać bóg wie jakiego widowiska, ale jednak w pewnych momentach wizualnie to po prostu można się było wzdrygnąć. Za to muzyka Jeffa Russo genialne oddała klimat produkcji. Jest pełna napięcia, niepokoju. Bywa nieprzewidywanie. Kiedy myślisz, że już wszystko się ułożyło, nagle zostajesz ocucony kubłem zimnej wody. Muzyka idealnie oddaje tajemniczą atmosferę serialu. 

Generalnie to Legion jest połączeniem kilku gatunków filmowych. Nie czujesz, że to jest serial o superbohaterze. Jest to mieszanka sci-fi, fantasy, thrillera psychologicznego, horroru, a w pewnych momentach nawet komedii czy też bollywood. Niejednokrotnie łapałam się za głowę, bo traciłam wątek i nie mogłam pojąć co tak właściwie się dzieje. Pomieszanie rzeczywistości z wyobraźnią to było za dużo jak na mój umysł, który dosłownie eksplodował od tylu ''światów'', które przyszło mi ujrzeć przez perspektywę Davida. Z drugiej zaś strony to był totalny odlot, który ogląda się z wypiekami na twarzy. Nigdy nie wiesz, co wyskoczy zza ściany i kto cię zaskoczy. Czujesz ekscytację, bo akcja brnie do przodu i wcale nie da się przewiedzieć zakończenia.  Zamieszanie i czasem nawet frustracja przeplata się z ekscytacją i chęcią bliższego poznania świata przedstawionego. 


Podsumowując, ciężko mi ocenić Legion obiektywnie. Jest to tak nieprzewidywalny i po prostu dziwny serial, że nie da się jednoznacznie określić go w kategorii fajny czy niefajny. Na pewno produkcja od studia Fox wymaga skupienia. To nie jest jeden z tych seriali, co można bezwiednie oglądać dla czystej, beznamiętnej rozrywki. Tutaj, żeby zrozumieć Davida i to co się dzieje wokół niego, potrzeba koncentracji. Czasami nawet warto zatrzymać się na chwilę i cofnąć o parę minut, by ogarnąć na czym się stanęło w danej chwili. Nie jest to serial prosty. Część uzna to za nudę totalną, ale jeżeli Incepcja ci się spodobała, to być może i Legion przypadnie Ci do gustu. Całość oceniam na porządne 7/10. A teraz czas się wziąć za drugi sezon!


piątek, 11 maja 2018

"Avengers; Infinity War", czyli ciąg dalszy przemyśleń Vombelki (spojlerowo!)

Witajcie, kochani:).

Jakiś czas temu trafiła tutaj na blogu bezspojlerowa recenzja Avengers; Infinity War. Stwierdziłam, że podzielę moje wywody odnośnie najnowszej produkcji od Marvel Studios na dwie części, gdyż po pierwsze, nie chciałam przesadzić z długością pierwszego tekstu, a po drugie i ważniejsze, nie chciałam psuć nikomu przyjemności z oglądania filmu, jeżeli ktoś jeszcze nie zapoznał się z dziełem braci Russo. Jeśli chcecie więc wrócić i poczytać część pierwszą zapraszam TUTAJ. Tymczasem w dzisiejszej porcji tekstu podzielę się z Wami przemyśleniami, które są całkowicie przesiąknięte spojlerami i moimi spostrzeżeniami, także strzeżcie się. To co? Jedziemy z tym koksem!


- Pierwsza scena w filmie, czyli śmierć Heimdalla oraz Lokiego. Już od początku widzowie doznają szoku. Włącznie ze mną. Jeszcze jakoś przebrnęłam przez szybką śmierć Heimdalla. Jakoś szczególnie nie pałałam względem niego większym uwielbieniem, acz przykro mi było widzieć, że odchodzi. Gorzej sprawa miała się z Lokim. Z jednej strony zginął w tak żałosny i prosty sposób (uduszenie), ale z drugiej strony... nie wiem w jaki inny sposób bóg psot i oszustw mógłby umrzeć godniej. Kiedy tylko widziałam jak uchodzi z niego całe życie, a Thanos mówi, że tym razem nie będzie żadnego zmartwychwstania... to bardzo zabolało. Tym bardziej, że Loki ratował Thora! Początkowo z rozkoszą obserwował cierpienia braciszka, ale od razu się opamiętał. Dlaczego? Bo Loki wciąż kochał brata. Thor tak naprawdę był ostatnim elementem, który łączył Lokiego z Asgardem. Dodatkowo pojednanie Lokiego z Odynem i Thorem w Thor; Ragnarok ugruntowało mnie w przekonaniu, że Loki wiedział, że czas na to, by on sam zrobił w końcu coś dla kogoś innego niż dla siebie samego.


- Hulk w końcu się czegoś boi. Po tym jak dostał solidne manto od Thanosa nie bardzo chce się ujawnić. Z kolei gdy Hulk nie chce współpracować, to zmusza Bannera do samodzielności i samoobrony. Z jednej strony dziwi mnie ciekawa relacja między Bruce'em a Zielonym Stworem. W końcu doszli do pewnego rodzaju porozumienia, ale tak czy siak Banner jest teraz zdany na siebie. Nie ma Hulka, nie ma wsparcia, musi sam zawalczyć o swoje bezpieczeństwo. Cieszę się, że w końcu Bruce daje sobie sam radę i potrafi ochronić własną skórę. Szkoda jednak, że Zielony się schował, a z Bannera zrobiono takiego śmieszka. Pocieszam się jednak faktem, że w Avengers 4 Hulk w końcu zachce walczyć.


- Cieszę się, że James Gunn sprawował pieczę nad motywem Strażników Galaktyki. Wciąż czuć tę lekkość i zabawność i wciąż można poczuć tę absurdalną atmosferę Guardiansów. Dialogi są przekomiczne, a gdziekolwiek znajdują się Rocket, Groot czy Drax można się nieźle uśmiać. Dodatkowo więź między Quillem a Gamorą została ciekawie ukazana.W końcu oboje doszli do wniosku, że się kochają. Szkoda, że rychło w czas, kiedy to Gamora poświęciła swoje życie, by ocalić Nebulę... doprowadzając też Star-Lorda do amoku, kiedy ten zniszczył plan Avengersów, którzy byli tak blisko zwycięstwa, już prawie udało im się zdjąć Thanosowi rękawicę! Wkurzyło mnie to, bo wygrana była tuż tuż, a on musiał się tak durnie zachować... chociaż z drugiej strony go rozumiem, bo pewnie też bym tak zareagowała, gdyby ktoś kogo kocham, zginął. Dotarło też do mnie, że Peter zachował się tak jak Stark w Civil War. Tony nie mógł znieść myśli, że Barnes zabił jego rodziców tak samo jak Quill nie mógł przeboleć straty Gamory.
   Co więcej, to w scenie kiedy grupa Mścicieli i Strażników walczy z Szalonym Tytanem okazuje się jak bardzo ważna jest... Mantis! Tylko wydaje się, że a na co ona komu. Nie umie walczyć, jest niewinna i potrafi tylko odczytywać emocje. No to tak nie do końca. Głównie dzięki niej unieruchomiono Thanosa na dość długo. Tylko gdyby nie Star-Lord...


- Bardzo spodobało mi się, jak połączono w filmie różne teamy. To nie tak, że wszyscy herosi naparzają się na ekranie w jednym i tym samym miejscu, w tym samym czasie. Część ekipy znajduje się w Wakandzie, część na Tytanie, część na drugim krańcu kosmosu. Duet Thor i Rocket jest niesamowity. Myślę, że Rocket trochę powściągnął się z kąśliwymi uwagami i znacznym sarkazmem, bo kiedy poznał dzieje Thora to stwierdził, że już wystarczy mu tych przykrości. Rocket jednak wciąż jest Rocketem i jego bezcenne komentarze po prostu robią dzień. Nawiasem mówiąc, to właśnie w IW Thor jest prawdziwym bogiem. W końcu nieczęsto zdarza się, że jak człowiek trzyma w ręce młot to wzbudza trwogę wśród wrogów i szacunek kompanów. No i udało się w końcu połączyć nowego, śmieszkowatego Thora z powagą jaką kiedyś prezentował we wcześniejszych filmach. W końcu mogę zaliczać Gromowładnego boga do moich ulubieńców! Groot też pomaga gromowładnemu w zdobyciu młota i poświęca swoją rękę i mimo, że wiemy, że odrośnie mu ta kończyna, to i tak jest to bardzo heroiczny gest ze strona Badylka ;P.
  Do tego niesamowite trio Spider-Man, Iron Man i Doktor Strange. Zwłaszcza o tych dwóch ostatnich panach warto wspomnieć. Ich słowne potyczki są genialne. Dwóch największych marvelowych egocentryków, dwóch geniuszy w swoim fachu, reprezentacja technologii vs. magii. God, każda scena interakcji między nimi to było po prostu miodzio. Moment, kiedy Strange oddaje Kamień Czasu, aby ocalić ledwie dyszącego Starka, był bezcenny. Nawet nie tylko chodzi mi o to, że Strange widział te wszystkie 14 mln. wersji bitew z Thanosem i w tej jednej drużyna wygrywa, dając widzom do zrozumienia, że Strange miał jakiś plan, oddając Kamyczek, ale z drugiej strony ocalił Tony'iemu życie, kiedy wcześniej wyraźnie dał Starkowi do zrozumienia, że najważniejsza jest ochrona Wszechświata i Kamieni. To było takie mocne...


 - Powiem szczerze, że nie wiem co myśleć o romansie Scarlet Witch i Visiona. Owszem, są słodcy i pasują do siebie, ale tak od razu są parą na śmierć i życie? Gdyby w Civil War pokazano, że już są ze sobą bardzo blisko, to może bym uwierzyła w autentyczność ich związku. Tak to nie mam zbytnio odniesienia. Widać, że Wanda podszkoliła się w zakresie swoich mocy, jak i stylu walki. Nieźle przywaliła Proximie Midnight i za to chwała jej. Cała w ogóle sekwencja w Szkocji to było miodzio. Pojawienie się Corvusa oraz teamu Secret Avengers (Captain America, Black Widow, Falcon), który tak przyfasolił Black Orderowi, gdy motyw przewodni Mścicieli grał w tle... dostałam gęsiej skórki. 
   Co do Visiona... odnoszę wrażenie, że w tym filmie zrobili z niego słabeusza. Android, zrobiony z vibranium, który potrafi zmieniać swoją gęstość i posiada w czole Kamień Umysłu, ciągle leży na ziemi i umiera. Sam w sobie jest jedną z najsilniejszych postaci MCU, a w filmie nieustannie trzeba go chronić. Rozumiem, że niejednokrotnie oberwał, i to dość poważnie, ale mimo to, spodziewałam się, że popisze się jeszcze.


- Jak już wcześniej wspomniałam w recenzji, bardzo czekałam na pojawienie się Black Order. Cała czwórka wyglądała prze-epicko. Największe wrażenie wywarła na mnie Proxima. Zabójcza kobieta. Jej mąż, Corvus, też okazał się okrutnym i bezwzględnym oponentem, choć miał malutki udział w filmie. Ebony Maw wydaje się być najgroźniejszym z nich wszystkich jako prawdziwy manipulator (w każdym tego słowa znaczeniu). Cull Obsidian z kolei to taki typowy, małomówny mięśniak. Żałuję tylko, że cała grupa zginęła w filmie tak szybko. Myślałam, że przeżyją i będą stanowili wielkie zagrożenie, poza oczywiście samym Thanosem. Ale nie, musieli ich uśmiercić tak jakby to wcale nie były najniebezpieczniejsze istoty w kosmosie...


- Teraz może trochę o śmierciach przedstawionych w filmie. O Lokim już mówiłam, ale równie mocno, a może nawet bardziej, zabolała mnie śmierć Gamory. Kobiety, która była torturowana, wychowana na morderczynię przez Thanosa, która musiała uciekać i walczyć o swoje dobre imię. Wtedy, kiedy udało jej się zdobyć rodzinę, odnaleźć schronienie, odkryć miłość swojego życia i pojednać się z Nebulą, która też przeżyła piekło. Musiała odejść, no ja nie mogę... Przykre jest też to, że ona była święcie przekonana, że Thanos jej nie uśmierci, bo jej nie kocha. W końcu Kamień Duszy tego wymagał, aby dać duszę w zamian za duszę. Ona nawet śmiała się niewinnie, że Wszechświat się zbuntował i nie da Thanosowi to czego on pragnie. Potem on zaczął płakać i już wiedziałam, że to nie skończy się dobrze :(. Ach, to była bardzo emocjonalna scena, drżałam wtedy jak osika. 
   O bliskiej śmierci Starka też już wspominałam (co też bardzo zakuło moje serce), ale też końcowa scena. Kiedy Thanos osiągnął swój cel, pstryknął palcem, i randomowo zaczęli znikać ludzie. Mój Bucky zdążył tylko powiedzieć ''Steve'' i puf. Został z niego tylko proch, a Cap bezradnie tylko dotknął ziemi, na której znajdował się pył jego najlepszego przyjaciela. Zniknął Falcon, zniknęli wszyscy Strażnicy (poza Rocketem), Doktor Strange (chociaż jak mówiłam, on musi mieć plan w zanadrzu, więc o niego najmniej się martwię), Scarlet Witch, Black Panther jak w biegu zniknął, a biedna Okoye musiała oglądać jak rozpuszcza się jej król. Wszyscy po kolei zaczęli znikać, jednak najboleśniejszą sceną, była ta ze Spider-Manem. Młody dzieciak, który tak bardzo chciał zaimponować swojemu idolowi, który był gotowy do walki i stanowił jakby jedyną rzecz w życiu Starka, dla której starał się być przykładnym mentorem. Ten dzieciak tak po ludzku mówił, że nie chce odchodzić, a Tony nie mógł nic zrobić. Kiedy Peter się do niego tulił i zaczynał znikać, a Tony musiał patrzeć jak umiera... nie dość, że w ten sposób zawiódł tego dzieciaka, to jeszcze sam przeżył i został sam, trzymając prochy Parkera w rękach. Ryczałam jak nienormalna! Tym bardziej, że Tom Holland improwizował tę scenę. 
   Przynajmniej ostał się stary skład Avengers. To już jest coś...


- Warto wspomnieć, że Marvel jest mistrzem trollingu. Te wszystkie zwiastuny co były w sieci to była jedna wielka ułuda. Zlepek scen, których nawet nie było w większości w filmie. Kto się spodziewał, że Kamień Duszy będzie na jakimś zadupiu (a nie u Heimdalla), a Red Skull stał się Dementorem, strzegącym tegoż właśnie klejnotu? W ogóle co tam robił Red Skull?! Do tego Peter Dinklage miał dość dużą rolę, w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu. W filmie nawet nie było ani Ant-Mana, ani Hawkeye'a! Niejednokrotnie Marvel potrafi zaskakiwać, ale tego to ja się nie spodziewałam. O samym zakończeniu filmu nie mówiąc... a teraz czekaj rok na finał! I na Kapitan Marvel <3

M.in. tej sceny nie było w filmie...

- O Thanosie dość długo już pisałam w poprzedniej recenzji, ale teraz chciałabym przytoczyć kilka przykładów, które podkreślają geniusz ''złoczyństwa'' jakie wyczyniał Thanos. Po pierwsze, pokonał w walce samego Hulka, po drugie zabił własną córkę, aby zdobyć Kamyczek, mimo, że wcale nie chciał jej zabijać, po trzecie torturował Nebulę i, mając też dostęp do jej wspomnień, mógł wybadać prawdziwe położenie Soul Gem, po czwarte wydłubał Visionowi Kamień Umysłu, zmuszając jednocześnie Wandę, aby jeszcze raz oglądała śmierć swojego Ukochanego po tym, jak ona sama musiała go zabić. Dowodów jest więcej, ale właśnie ta mnogość przykładów składa się na skomplikowaną i niejednoznaczną osobowość Thanosa. Jest nie tyle brutalny, co działa w wyższej idei. Nie chce zabijać, bo jego cel jest zupełnie inny. On chce, dla dobra Wszechświata, zdobyć Kamienie Nieskończoności, a zabija wcale nie dla przyjemności czy chorej satysfakcji, tylko dlatego, że herosi stają mu na drodze do celu. On nawet szanuje tych bohaterów za ich poświęcenie. Thanos nigdy nie podnosi głosu i nie robi tego co robi dla tego, bo chce. On czuje, że tak trzeba. I to czyni z niego kontrowersyjną postać, bo mimo, że nie popierasz metod jego działania, tak masz poczucie, że po części Thanos ma rację. W końcu jakaś harmonia i balans muszą być...


- Jaka jest moja ulubiona scena w filmie? Hah, cały film jest moją ulubioną sceną, ale osobiście uwielbiam bitwę w Wakandzie i moment, kiedy Bucky podnosi Rocketa i obraca go tak, że oboje strzelają. No i oczywiście jest scena, kiedy Rocket domaga się metalowej ręki Barnesa. Coś, na co czekałam od tak dawna <3. No i epicka scena, gdy Thor pojawia się w Wakandzie. Cała sala oszalała jak Thor zaczął wymachiwać Stormbreakerem. Za najgorszą scenę mogę wybrać tę, kiedy pojawia się Thunderbolt Ross i prawi te swoje teksty Rhodey'owi. Uważam, że to nie tyle była najgorsza scena, co raczej zbędna. Nic wielkiego nie wniosła do filmu.


Cóż, to na razie koniec moich głębokich przemyśleń. Jest tego dużo, ale mam nadzieję, że Was nie zniechęciłam ;P. Jeżeli sobie co przypomnę (a na pewno) to umieszczę notkę na fan page'u. Teraz jedynie pocieszam się, że przynajmniej Deadpool 2 nie będzie takim smutnym filmem... A jakie wy macie refleksje odnośnie filmu? Jakie Wy macie spostrzeżenia? Co wam się spodobało najbardziej? Co wam się nie spodobało? 

piątek, 4 maja 2018

Mściciele kontra Thanos, czyli Infinity War!

Witajcie, drodzy Vombelkowicze:).

Na ten film czekałam z wypiekami na twarzy. Z jednej strony bałam się, że będę musiała pożegnać się z którymś z moich ulubionych herosów. Z drugiej jednak strony cieszyłam się, że mogę ujrzeć ich wszystkich ponownie, w różnych składach, poznających innych sojuszników i wspólnie walczących z potężnym wrogiem. Avengers; Infinity War to bowiem kulminacja wszystkich dziesięciu lat pracy Marvel Studios, punkt szczytowy wszystkich osiemnastu filmów jakie do tej pory mieliśmy przyjemność oglądać. Trzecia część przygód Mścicieli miała za zadanie połączyć wszystkich herosów, zarówno z solowych, jak i grupowych filmów, w celu pokonania największego złola we Wszechświecie - Thanosa, o którym trąbiono już od czasów Avengers, gdy piękny fioletowo-skóry Tytan pojawił się na ekranie. Czy film sprostał wymaganiom? Spełnij oczekiwania widzów? Co o najnowszej produkcji Domu Pomysłów sądzi Vombelka? 


Reżyseria; Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz; Christopher Markus, Stephen McFeely
Premiera; 26.04.2018 (Polska)
Produkcja; USA
W rolach głównych; Robert Downey Jr., Chris Evans, Benedict Cumberbatch, Scarlett Johansson, Chris Pratt, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Josh Brolin, Elizabeth Olsen, Zoe Saldana, Sebastian Stan, Paul Bettany, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Tom Holland, Anthony Mackie, Tom Hiddleston, Chadwick Boseman, Don Cheadle
W pozostałych rolach; Karen Gillan, Idris Elba, Danai Gurira, Peter Dinklage, Benedict Wong, Pom Klementieff, Gwyneth Paltrow, Benicio del Toro, Sean Gunn, William Hurt, Letitia Wright, Winston Duke, Terry Notary, Tom Vaughan-Lawlor, Carrie Coon, Michael James Shaw


Bezprecedensowe wydarzenie kinowe w historii kina <Avengers; Infinity War>Avengersi ramię w ramię z innymi superbohaterami muszą być gotowi poświęcić wszystko, jeśli chcą pokonać potężnego Thanosa, zanim jego plan zniszczenia obróci wszechświat w ruiny. 

RECENZJA BEZSPOJLEROWA

Akcja filmu dzieje się tuż po Thor; Ragnarok. Statek Asgardczyków został zaatakowany przez Thanosa oraz jego sługusów, Black Order. Od pierwszej sceny kolejna odsłona Avengers obiera bardzo poważny ton i wzbudza uczucie nieustannego zagrożenia. Bracia Russo postanowili pobawić się ludzkim sercem i sprawdzić ile można wytrzymać w ciągłym bezdechu, totalnym bezruchu, kiedy krew płynie w żyłach jak oszalała, a fale przeszywającego gorąca mieszają się z gęsią skórką.

Nie będę rozwodzić się za dużo o fabule, gdyż wiadomo już o co chodzi. Szalony Tytan Thanos, ojciec Gamory (Zoe Saldana) i Nebuli (Karen Gillan), chce zniszczyć połowę Wszechświata, aby zapanował porządek i harmonia w świecie. Jest za dużo ludzi, a za mało jedzenia i zasobów. Thanos widzi się jako boga i jedynego zdolnego, który potrafiłby zaradzić przeludnieniu i niesprawiedliwości, losowo pozbywając się połowy ludzkości. Aby osiągnąć swój cel, dąży do zdobycia sześciu potężnych Kamieni Nieskończoności, które pośrednio miały swój udział w poprzednich filmach od Domu Pomysłów. Są to Kamień; Mocy, Przestrzeni, Rzeczywistości, Duszy, Czasu oraz Umysłu. Mając je wszystkie, Thanos może dokonać ludobójstwa na niewyobrażalną skalę. Avengersi więc sprzymierzają się ze Strażnikami Galaktyki oraz Doktorem Strange'em, aby zapobiec zagładzie całego uniwersum.


Największy nacisk położono na postać właśnie Thanosa. To jemu poświęcono największą ilość czasu ekranowego i Avengers; Infinity War to jest jego historia. Thanos (Josh Brolin) to prawdziwa bestia. Jest bezwzględny, okrutny, niesamowicie sprytny i potrafi bez trudu przewidzieć ruch przeciwnika. Nawet bez Kamieni stanowi ogromne wyzwanie. Nie jest to kolejny złoczyńca, który chce przejąć władzę nad światem. Thanos owszem, chce pozbyć się połowy ludzkości, ale nie dlatego, że tak chce i tak mu się spodobało. On czuje, że masowe ludobójstwo jest jego zadaniem, aby tej drugiej połowie Wszechświata, która przeżyła, żyło się lepiej. To jego utrapieniem jest wyzbycie się nadmiaru populacji, a żeby nikt nie cierpiał i śmierć była bezbolesna, chce do tego użyć Rękawicy Nieskończoności ze wszystkimi Gemami. Wystarczy tylko pstryknięcie palca, by pozbyć się problemu... Thanos czuje się odpowiedzialny za wykonanie swojego zadania i nie pozwoli, by ktokolwiek stanął na jego drodze do sukcesu. Kiedy więc napotka jakąkolwiek przeszkodę, czuje się zobligowany, by ją zlikwidować. Nieważne jak wiele on sam musi poświęcić.

Tak naprawdę to Thanos jest świetnie skonstruowaną postacią. Można go nienawidzić i po prostu gardzić nim i w żaden sposób nie popierać jego działań. W końcu jak można chcieć wyrżnąć ludzkość tylko dlatego, że matematycznie jest to poprawne rozwiązanie? Z drugiej strony możemy bliżej przyjrzeć się jego historii, poznać jego motywy, jego ambicje, plany, ale też tą słabszą, bardziej uczuciową część osobowości Szalonego Tytana. Potrafi kochać, potrafi czuć, potrafi płakać i żałować za swoje czyny. Cieszę się, że złoczyńca może też opowiedzieć swoją historię, która uczyniła z niego tym, kim jest teraz.


Poza Thanosem mamy też kilka innych postaci, które się wyróżniają i mają swoje kilka groszy do dodana. Zważywszy na czas trwania filmu (który i tak jest dość spory) oraz ilość postaci, która występuje w produkcji, nie można było zbytnio rozwodzić się nad każdą z nich. Niemniej każdy ma swoje pięć minut do pokazania, Nawet Falcon (Anthony Mackie) czy War Machine (Don Cheadle). Tak jednak patrząc z perspektywy czasu dużo miał do opowiedzenia Thor (Chris Hemsworth), poszukujący kolejnego młota do walki, towarzyszący mu Rocket (Bradley Cooper), który pierwszy raz w życiu wydaje mi się, że nie stosuje strategii sarkastycznego szopa (a przynajmniej nie tak często). W ogóle Strażnicy Galaktyki mają dość dużą rolę w filmie, wątek Petera (Chris Pratt) i Gamory został jeszcze bardziej poszerzony. Romans między Visionem (Paul Bettany) oraz Scarlet Witch (Elizabeth Olsen) również ciekawie ukazany. Walka słowna dwóch egocentryków, czyli Iron Mana (Tony Stark) oraz Doktora Strange'a (Benedict Cumberbatch) to po prostu miodzio. Pojawienie się Secret Avengers oraz świata Wakandy... te wszystkie elementy zostały pięknie ukazane w filmie, chociaż wiadomo. Czegoś jest mniej, czegoś więcej. Z jednej strony żałuję, że za mało było np. Kapitana Ameryki (Chris Evans) czy Black Panthera (Chadwick Boseman), ale z drugiej strony wiem, że ciężko byłoby rozwodzić się nad ich wątkami, bo przecież fabuła musi iść do przodu, a całość filmu trwałaby z 5-6 godzin (chociaż bym w sumie nie narzekała... ). Niemniej podziwiam braci Russo, że udało im się aż tylu herosów upakować na jednym ekranie.

Bardzo też cieszyłam się, że w końcu mogłam przyjrzeć się bliżej Czarnemu Zakonowi, czyli czwórce dzieci Thanosa. Jakoś mam wrażenie, że ani zwiastuny, ani plakaty czy inne arty niewiele mówiły o tej potężnej grupie. Tym bardziej się ekscytowałam, że ta czwórka tak bardzo odzwierciedlała wyglądem swoje komiksowe odpowiedniki. No i faktycznie, bardzo mi zaimponowali, choć znowu - nie mieli zbyt dużo do pokazania. Szczególnie Ebony Maw (Tom Vaughan-Lawlor) oraz Proxima Midnight (Carrie Coon) okazali się świetnymi złolami, acz gdyby troszkę Corvusa Glaive'a (Michael James Shaw) oraz Cull Obsidiana (Terry Notary) było więcej to byłabym w siódmym niebie.


Avengers; Infinity War posiada rewelacyjne efekty specjalne. To co się działo na ekranie to jest istny majstersztyk. Akcja filmu dzieje się w przeróżnych miejscach. W Nowym Yorku, w Wakandzie, w Kosmosie, na Tytanie czy w innych przeróżnych lokacjach. Nieważne jednak gdzie akcja przeskoczy, tak klimat danego miejsca jest zachowany. Te żywe kolory, kształty, osobliwości. Mało tego sceny walk są tak perfekcyjnie nakręcone. Kamera biegnie w przeróżne strony. Są zbliżenia, ucięcia, tzw. ''shaky cam'', po prostu płynność ruchów kamer zniewala. Dzięki właśnie tym zwinnym i precyzyjnym ruchom widać wszystko dokładnie, z różnych perspektyw. Podałabym Wam kilka przykładów, ale to już w spojlerowej recenzji:). Muzyka Alana Silvestriego również świetnie wkomponowuje się w całość. Sam kompozytor w wywiadach stwierdził, że miał problemy z połączeniem tak różnych składowych z poprzednich filmów. Niemniej poradził sobie bardzo dobrze. Motyw przewodni Avengersów, gdy rozbrzmiewał za każdym razem, przyprawiał o gęsią skórkę. Nie zapomniano też o lekkim tonie Strażników Galaktyki oraz afrykańskim brzmieniu Wakandy.

Bardzo podoba mi się, że w filmie wyważono właśnie typowe marvelowskie żarciki i poczucie humoru z dramatyzmem i powagą, którą dana scena wymusza. Kiedy jest wesoło, jest wesoło. Kiedy jest smutno, jest smutno. Myślę, że w filmie udało im się pogodzić te dwa aspekty, bo Marvel bez dowcipów to nie byłby Marvel ;P.


Summa summarum, Avengers; Infinity War w pełni mnie usatysfakcjonował. Jest wszystko i nawet więcej. Pod względem wizualnym, jak i muzycznym czy pod kątem fabularnym nie mam naprawdę nic do zarzucenia. Wszystko jest spójne, estetyczne, ale co najważniejsze - produkcja wzbudza skrajne emocje. Od radości po smutek. Przyznam, że z kina wyszłam zalana łzami. Zakończenie filmu to był dla mnie cios w plecy i ten cliffhanger to było dla mnie za dużo... Avengersi to totalny emocjonalny rollercoaster i myślę, że wisienka na torcie całego dorobku MCU. Czy jest to najlepszy film od Marvel Studios? Ciężko mi ocenić, zwłaszcza, że emocje wciąż są na świeżo. Niemniej u mnie na pewno plasuje się w pierwszej piątce, a może nawet trójce. Nie jest to film bez skazy, ale i tak na chwilę obecną daję Avengers 10/10. A wkrótce... moje spojlerowe rozważania!



PS. Jest jedna scenka po napisach. Warto poczekać:)

piątek, 20 kwietnia 2018

Najlepsi złoczyńcy w Kinowym Uniwersum Marvela!

Witajcie, kochani:)

O wiele prościej jest przyszykować listę ulubionych złoczyńców Kinowego Uniwersum Marvela niż protagonistów. Poważnie. Mam tak wielu ulubieńców-bohaterów, że katorgą i męką byłoby przygotowanie topki i wskazanie kto na jakim miejscu być powinien. Raz jest to Spider-Man, raz jest to Iron Man, raz jest to Black Panther (tak, to właśnie teraz), a jeszcze kiedy indziej Kapitan Ameryka czy Rocket Racoon. Pisałam kiedyś nawet tutaj posta z moją topką dziesiątką ulubionych filmowych herosów Marvela, ale teraz już się z nią totalnie nie zgadzam.

Z villainami sytuacja jest o tyle prostsza, że Marvel ma troszkę kłopoty z kreacją ''tych złych'' (choć trzeba przyznać, że od jakichś 2 lat się poprawili). Często antybohaterowie są płascy, mają kiepskie motywy działań, żałosny plan podboju świata lub jego zniszczenia i nic poza tym. Władza albo zagłada świata to są najczęściej powtarzające się pobudki złoczyńcy. Generalnie to często zdarza się też, że antagonista jest krzywym odbiciem superbohatera, czyli ma zbliżone moce, zdolności lub ekwipunek, np. AbominationWhiplash, Yellowjacket czy Kaecilius. No i generalnie za każdym razem wygrywa heros, no bo jak mogłoby być inaczej? W związku z przewidywalnym i oklepanym scenariuszem złoczyńcy, Marvel nie może się pochwalić nadmierną ilością ikonicznych czy też tkwiących w pamięci świetnie wykreowanych złoli. Co nie oznacza, że wcale takich nie ma. Powiem nawet, że jest ich kilku i pokusiłam się o zrobienie tej mojej top ten.


PS. Nie uwzględniam tutaj serialowych złoczyńców, gdyż nie obejrzałam jeszcze wszystkich telewizyjnych produkcji na czele z Agents of S.H.I.E.L.D. (shame on me). Ponadto jest to moja osobista ocena i macie prawo się z moim wyborem poszczególnych miejsc nie zgadzać. To wolny kraj (dah). Także proszę o wyrozumiałość i bez żadnych hejtów tutaj, bo Vombelka usuwa. Zaczynam!


10). Crossbones


Szczerze? Mogłam tutaj dać kogoś, kto miał większy udział w filmie. Mogłam wybrać Justina Hammera, mogłam wybrać Aldricha Killiana czy nawet Alexandra Pierce'a lub tego plastusiowatego Ronana. Zamiast tego dziesiąte miejsce u mnie przypadło Brockowi Rumlowowi a.k.a. Crossbonsowi, granego przez Franka Grillo. Pierwszy raz agent Rumlow pojawił się w Kapitan Ameryka; Zimowy Żołnierz, a później już w masce w Kapitan Ameryka; Wojna Bohaterów. Z pozoru pracujący dla T.A.R.C.Z.Y. tak naprawdę służy Hydrze i jest zaciętym wrogiem Kapitana Ameryki. 

Jego rola w obu filmach jest raczej mała i drugorzędna. Tak właściwie to żałuję, że miał tak mało do powiedzenia i już raczej się nie pojawi (tak przynajmniej wynika z filmu). Zapowiadało się na bardzo porządnego złoczyńcę. Choć nie ma żadnych nadnaturalnych zdolności, tak coś w sobie ma, co sprawiło, że musiałam go uwzględnić w mojej liście. Być może ukaże się w jakichś flashbackach, byłoby miło. 

09.) Ulysses Klaue


Kolejny villain, któremu zdecydowanie poświęcono za mało czasu i kolejny, który naprawdę wywarł na mnie ogromne wrażenie. Może też po części, że gra go Andy Serkis. Klaue pojawił się w dosłownie jednej, dwóch scenach w Avengers; Czas Ultrona oraz ostatnio w Black Panther. Andy jest niesamowitym aktorem, według mnie trochę niedocenianym, a w roli przemytnika i największego wroga Wakandy spisał się na medal. Pełen charyzmy, poczucia humoru i takiego szaleństwa w oczach naprawdę wzbudza strach i podziw, ale w pewnych momentach również bawi, zwłaszcza w drugim jego występie. Szacun!

08.) Red Skull


No dobra. Czerwona Czaszka (Kapitan Ameryka; Pierwsze Starcie) ma zbliżone zdolności do Kapitana Ameryki, jest jego krzywym odbiciem i chce zniszczyć świat, ale kreacja Hugo Weavinga po prostu rozwaliła mnie na łopatki. Jako stworzyciel najpotężniejszej organizacji terrorystycznej, z którą Kapitan będzie toczył wojnę w kolejnych filmach, okazuje się być naprawdę niebezpiecznym oponentem, gotowym na wszystko. Nie boi się zabijać, a jego fascynacja magią i mitologią sięga szczytu, gdy chwyta się za niebezpieczną broń Odyna. Żywię nadzieję, że się jeszcze pojawi, bo to, że dotknął Tesseractu nie oznacza, że zginął. Równie dobrze mógł się teleportować, bo do tego służy Sześcian. 

07.) Ultron


Ultron (głos Jamesa Spadera), czyli robot-program stworzony przez Tony'ego Starka w filmie Avengers; Wiek Ultrona, który w założeniu miał służyć dobru i strzec Ziemi przed kosmitami. Coś jednak nie wyszło, a Ultron chce zniszczyć nie tylko swojego stwórcę, lecz całą ludzkość. Cóż, oklepany motyw, owszem, ale nie zmienia to faktu, że jest dość potężnym wrogiem do wytępienia. Nie dość, że jego ciało jest zbudowane z vibranium (najtwardszego i najlżejszego metalu na Ziemi), to jeszcze podróżuje przez internet. A jak masz dostęp do wszystkich kodów i danych na całym świecie... no to nie jest dobrze.

Dodatkowo Ultron ma niesamowitą prezencję. Poza potężnym pancerzem i groźnymi oczami, króluje również jego głos, sposób mówienia, postawa. Potrafi być dowcipny i... ludzki. Denerwuje się, boi, ma sporą wiedzę na temat ludzkiej psychiki, można rzec. Bardzo ujęła mnie kreacja Ultrona i kto wie? Może wciąż istnieje? Nie pokazano sceny, gdy Vision faktycznie go unicestwia. Jest szansa, że Ultron powróci!

06.) Zemo


Ten pan jest wyjątkowy. Wystąpił w Kapitan Ameryka; Wojna Bohaterów. Po pierwsze, nie ma żadnych, ale to żadnych supermocy ani zdolności. To zwykły człowiek po dramatycznych przejściach. Po drugie, nie nosi żadnego kostiumu, pancerza ani nic z tych rzeczy, co oznacza, że nie kryje się. Po trzecie, gra go utalentowany Daniel Brühl. Po czwarte, jest niezwykle sprytny, inteligentny, posiada wojskowe doświadczenie, które potrafi wykorzystać w mądry sposób bez używania siły fizycznej. Jest brutalny, nieprzewidywalny, zdeterminowany, by osiągnąć swój cel. A jego celem jest zniszczenie Avengersów. I to nie tak jak próbowali to zrobić jego poprzednicy, czyli w sposób bezpośredni i siłą, lecz tak, by przyjaciele i sojusznicy rzucili się na siebie nawzajem. Plan się niestety powiódł, a konsekwencje jego czynów tak bardzo wpłyną na kolejne filmy. Nic już nie będzie takie samo. Taki, można powiedzieć, marny człowiek, porównując z bogami, robotami, ulepszonymi ludźmi czy kosmitami, a jednak dokonał czegoś, czego jego poprzednicy nie byli w stanie. 

05.) Ego The Living Planet




Prawdę mówiąc, wahałam się kogo postawić na tym miejscu. Albo Ego, albo Vulture, ale jednak Ego wylądował tutaj. Ego (Strażnicy Galaktyki vol. 2), grany przez legendarnego Kurta Russella, jest żyjącą planetą, najstarszą formą życia w galaktyce. Poczuł się samotny, tak więc upatrzył sobie matkę Quilla jako swoją życiową partnerkę i spłodził syna, po czym ją opuścił. Brzmi brutalnie? Będzie jeszcze brutalniej. Miał mnóstwo kochanek, z którymi chciał mieć potomstwo, które z kolei miałoby jego kod genetyczny i byłoby zdolne do tworzenia planet na jego podobieństwo. Tym dzieciom, które nie posiadły zdolności Ego, on sam zabijał, a w głowę matki Quilla umieścił guza, by pozbyć się problemu. Quill, jak się okazuje, nie zginął, bo okazał się być tym silnym genetycznym ewenementem. Sprytne, co nie?

Na początku naprawdę uwierzyłam, że Ego jest tym dobrym tatuśkiem, który chce odpłacić swoje winy i nadrobić zaległości ze swoim synem, spędzić z nim czas i nauczyć go, kim tak naprawdę jest. W momencie kiedy wypowiedział to zdanie, co się znajduje wyżej, szczena mi opadła. Kreacja Ego jest naprawdę jedną z najlepszych, a Kurt spisał się w swojej roli znakomicie. Stanowił ogromne wyzwanie dla Strażników Galaktyki, a jego pozorna troska i miłość to była jedna wielka fikcja. Genialny złoczyńca, którego chciałabym jeszcze zobaczyć, choć zapewne nie ma szans...

04.) Vulture




Niech Was nie zmyli straszna maska. Pod kaskiem znajduje się Michael Keaton! Adrian Toomes a.k.a. Vulture nie chce zniszczyć świata ani zdobyć władzy. Jest złodziejem i kradnie szczątki pozaziemskiej broni po bitwach Avengersów. Aby osiągnąć swój cel nie waha się zabić. Wszystko po to, by chronić swoją córkę i żonę. Nie robi tych wszystkich okrutnych rzeczy z chorej satysfakcji czy ambicji. Chce po prostu zarobić pieniądze dla swojej rodziny, która jest dla niego całym światem. 

Bogaci mają wszystko co tylko dusza sobie zapragnie. Nie wszystkim jednak dane jest życie w luksusach. On sam musi kraść i sprzedawać broń na lewo. Gdyby nie świat, który go stworzył, Vulture by nie istniał. Vulture to naprawdę świetnie wykreowany złoczyńca. Czuję, że to nie koniec jego historii. 

03.) Hela




Niestety Hela to jedyna kobieta na tej liście. O mamuniu, Cate Blanchett w roli Heli (Thor; Ragnarok) to jest istne spełnienie marzeń. Co prawda nie przepadam za tą aktorką, ale w roli Bogini Śmierci sprawdziła się fenomenalnie. Jest straszna, okrutna, bezwzględna i potężna. Sama jedna pokonała całe asgardzkie wojsko, a wielki braciszek Thor nie jest w stanie jej pokonać. Jej mowa, gesty, sposób bycia, ruszania się i ogólna prezencja to jest po prostu aktorski majstersztyk.

Motywy Heli nie są jakieś odkrywcze. Chce zdobyć moc z Asgardu i zlikwidować każdego kto stanie na jej drodze, ale jej wdzięk i groza sprawiają, że włos jeży się na głowie i ze strachu, i z podziwu. Mam nadzieję, że to nie koniec zabójczej Heli, bo oglądanie jej w kinie było istną rozkoszą. No i ten jej wygląd, wow!

02.) Killmonger



Michael B. Jordan był kiedyś Human Torchem. Teraz stał się Erikiem Killmongerem (Black Panther). To jedna z najlepszych kreacji złoczyńcy jaką kiedykolwiek widziałam. Ma swój plan, dąży do celu po trupach, wie czego chce i jak chce to zdobyć. Z pozoru kolejny maniak i nieustraszony zabójca jest niejako związany z Wakandą oraz samym Black Pantherem. Jego historia jest tragiczna, smutna, przeszywająca i dająca naszemu protagoniście sporo do myślenia. Killmonger przeżył w życiu piekło, które jest poniekąd winą wcześniejszych pokoleń Wakandy i owocem źle podjętych decyzji. Ponadto sam fakt, że pokonał Czarną Panterę w uczciwym pojedynku mówi samo przez się. 

Szczerze mówiąc, nigdy nie wzruszyłam się tak mocno jak w końcowej scenie przy zachodzie słońca. Historia Killmongera mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Żal mi tego pana i tak bardzo chciałabym jeszcze móc go kiedyś ponownie zobaczyć! Brawo za wspaniałą kreację dla Michaela. Kłaniam się!

01.) Loki


You didn't see that coming, did ya? Chyba nie byłabym sobą, gdybym nie dała Lokiego na pierwszym miejscu. Tom Hiddleston po prostu zmiażdżył tę rolę. Jako bóg psot i oszustw spisał się genialnie i nie widziałabym nikogo kto mógłby przedstawić tą niezwykłą trójwymiarowość inaczej niż pan Hiddleston. Loki pojawił się w każdym filmie o przygodach Thora oraz w Avengersach

Serio, Loki zalicza się już do kultowych i ikonicznych postaci. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego fandom jest większy od fandomu Thora. Syn Laufey'a, lodowego olbrzyma, zazdrosny o brata i zrozpaczony tym, że przez całe życie go okłamywano, postanowił obrać ścieżkę zła. To on przerwał koronację braciszka, to on sprowadził wrogie armie do skarbca, to on okłamał Thora. Potrafi bez trudu odczytywać ludzkie umysły i obracać przyjaciół przeciwko sobie. W końcu to on rozpoczął bitwę w Nowym Yorku i doprowadził do wydarzeń, które na zawsze odmieniły losy Asgardu i Ziemii. Kiedy mu pasuje, pomaga bratu. Kiedy nie, robi to co chce. Nigdy nie wiesz, w którym momencie zdradzi, jakie kroki podejmie. Ponadto, oprócz bycia genialnym manipulantem i strategiem, umie świetnie walczyć, posługiwać się nożami i magią, z której słynie. Jego słowa wrzynają się w mózg, że człowiekowi przyjdzie zgłupieć. 

Loki również jest postacią tragiczną, choć nie chce po sobie pokazywać, że cierpi, że ma coś takiego, co się nazywa powszechnie uczuciami. Ma w sobie pokłady dobra, które skrzętnie zataja sam przed sobą i nie chce ich ujawnić. Im szczelniej ukrywa te pokłady, tym bardziej niebezpieczny się staje. Ciekawi mnie jaką rolę odegra w tegorocznym Avengers; Infinity War


Chciałabym jeszcze wspomnieć o trzech postaciach, których nie uwzględniłam w mojej liście. Dlaczego? Już wyjaśniam.

-Thanos 


Uważam, że to jeszcze nie czas, by uwzględniać go w mojej liście. Owszem, pojawił się kilka razy m.in. w Strażnikach Galaktyki, ale to były krótkie wstawki, scenki, w których się tajemniczo uśmiecha lub siedzi na krześle... Wiadomo, że będzie głównym antagonistą w kolejnych dwóch produkcjach o Avengersach i myślę, że wtedy Thanos (Josh Brolin) wykaże się swoją potęgą i szaleństwem. Dotychczas nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia i z niecierpliwością czekam na jego epickie wejście!

-Nebula


Z tą panią (graną przez Karen Gillian) też mam pewien problem. W pierwszej części Strażników Galaktyki służy Ronanowi, jest brutalna, bezwzględna i po prostu be. Chce zabić siostrę i w ogóle jest zła do kości. Czy aby na pewno? W drugiej części poznajemy bliżej jej historię i to jak postrzega swojego okrutnego ojczyma i siostrę Gamorę, z którą tak bardzo chciała się zaprzyjaźnić. Niestety żadnej z nich nie było dane pokochać się wzajemnie... Jaka będzie jej rola w Avengers? Czy przejdzie na dobrą stronę? Czy z Gamorą uda jej się pogodzić? Jaką podejmie decyzję? Czas pokaże.

-The Winter Soldier


Z tym panem mam jeszcze większy problem. Grany przez Sebastiana Stana, Zimowy Żołnierz również zdobył niesamowitą popularność. Przyjaciel Kapitana Ameryki, Bucky Barnes, w latach 40. uległ wypadkowi podczas jednej z misji. Po ponad siedemdziesięciu latach okazuje się, że przeżył i stał się najemnikiem, profesjonalnym zabójcą i ekspertem w dziedzinach walk i szeroko pojętej śmierci. Kwestia jest taka, że Hydra prała mu mózg i Bucky nie jest do końca świadom swoich czynów. Był marionetką w rękach wroga, narzędziem do czynienia zła. Tak się też niefortunnie składa, że to Zimowy Żołnierz odpowiedzialny jest za śmierć rodziców Tony'ego Starka. Bucky Barnes to naprawdę tragiczna postać i mam nadzieję, że będzie miał szanse odkupić swoje czyny. To wciąż jest dobry człowiek, dlatego nie mogę, no NIE MOGĘ zaliczyć go do złoczyńców!


Tak więc prezentuje się moja dziesiątka ulubionych Marvelowych złoczyńców. Co o tym sądzicie? Który/a z nich jest Waszym ulubionym antagonistą? Kto powinien być na pierwszym miejscu? A kogo może wy byście tutaj dodali, biorąc pod uwagę cały dorobek MCU?